Felietony Ryszarda Kulika pokazują świat okiem ekologa-filozofa, bez liczb i wykresów, ale z głęboką wrażliwością na otaczający nas świat. Choć dla większość naszego społeczeństwa uznałaby te myśli za bardzo krytyczne i radykalne, niewątpliwie warte są refleksji.
Terrorysta prawdopodobnie kojarzy się nam z kimś, kto z pobudek ideologicznych
morduje, podkłada bomby, wysadza samoloty, porywa zakładników czy w inny jeszcze
sposób czyha na czyjeś zdrowie i życie.
Ostatnio mianem terrorystów określa się też aktywistów ekologicznych, którzy bynajmniej
nie mordują, nie podkładają bomb i nie biorą zakładników. Dzisiaj wystarczy
założenie w sądzie sprawy, która utrudnia, bądź też uniemożliwia przeprowadzenie
jakiejś inwestycji szkodzącej środowisku. Nawet sporządzenie naukowej inwentaryzacji
przyrodniczej, która może zostać wykorzystana jako argument przeciw realizacji określonej
inwestycji, prowadzi do przypisania terrorystycznej etykiety. W tym przypadku
nazywa się to naukowym ekoterroryzmem (!).
Zatem wszystko wskazuje na to, że ekoterrorystą jest ten, którego określa się tym
mianem. Nawet, jeśli są jakieś obiektywne kryteria pozwalające na użycie wobec kogoś
takiego określenia, to ludzie nic sobie z nich nie robią. Każdy ma swoje subiektywne
przekonania i swojego wykreowanego na ich podstawie ekoterrorystę. Ale jeżeli tak, to
warto przyjrzeć się tym przekonaniom oraz roli, jaką spełnia ekoterrorystyczna etykietka.
Otóż ekoterrorysta jest zbawiennym wynalazkiem. W świecie współzależności ciągle
trzeba się z kimś dogadywać, coś uzgadniać, rozstrzygać w formie dialogu różnego
rodzaju kwestie. Ten proces zwykle jest czasochłonny i kosztuje sporo energii. Pewnie
większość z nas marzy, by na drodze realizacji własnych interesów nie stała żadna przeszkoda.
Tak się jednak składa, że natura życia jest zupełnie odmienna – trzeba się liczyć
z innymi oraz brać pod uwagę cudze interesy. Jeżeli więc określimy kogoś, kto stoi po
drugiej stronie ekoterrorystą, to automatycznie wykluczamy go poza obszar dialogu.
Z ekoterrorystą się nie rozmawia; ekoterrorystę się zwalcza lub ignoruje (jeśli to możliwe).
Tak czy owak, to negatywne określenie pozwala szybko i łatwo, czyli bez dogadywania
się, forsować założone wcześniej rozwiązanie.
Zbawienne jest również to, że przypisywanie komuś takiej etykietki pozwala na
rozdzielenie ocen: ekoterrorysta jest tym złym, a my jesteśmy ci dobrzy. Jedną z podstawowych
potrzeb człowieka jest podtrzymywanie dobrego mniemania na swój temat.
Dlatego przypisanie komuś negatywnego określenia jednocześnie pozwala samemu poczuć
się lepiej ze sobą. Jeżeli on jest tym złym, a ja jestem po przeciwnej stronie, to tym
bardziej jestem tym dobrym. Zabieg ten pozwala na utwierdzaniu się w powziętych planach
czy decyzjach. Tylko dobrzy maja rację, ci źli błądzą – są w błędzie. Tak więc mówienie
o kimś „ekoterrorysta” znaczy „to ja mam tutaj rację i każdy inny pogląd jest błędny”.
Z tego też powodu ferowanie takich negatywnych ocen redukuje własne wątpliwości co
do preferowanego rozwiązania.
Wszystko ma swoją drugą stronę i każdy z nas nosi w sobie wiele różnych ambiwalencji.
Dlatego najlepszą z możliwych dróg jest prawdopodobnie droga środka, bo pozwala
integrować przeciwstawne bieguny. Jeśli ktoś wybiera skrajne rozwiązanie, to musi
jakoś spacyfikować tę część siebie, która stoi po drugiej stronie. Innymi słowy musi jakoś
uciszyć swoje wątpliwości. I tutaj „ekoterrorysta” jest doskonałym wyjściem, ponieważ
można na niego przerzucić wszystkie te własne znaki zapytania, rozterki i przeciwstawne
poglądy. Gdy się już to zrobi, ma się (pozorne) poczucie wewnętrznej spójności
i klarowności. Wróg jest na zewnątrz.
Ten psychologiczny mechanizm bardzo wyraźnie pokazuje, że ci, którzy rzucają
w innych negatywnymi epitetami, mają sporo własnych wątpliwości co do preferowanego
rozwiązania jakiejś sprawy i próbują tym samym przenieś konflikt, jaki się toczy
wewnątrz nich samych, na zewnątrz.
Angażowanie się w walkę na zewnątrz przynosi jednak kolejne problemy natury
etycznej. Jak postępować wobec wrogów? Co można, a czego nie można robić? I tutaj
etykietka „ekoterrorysta” po raz kolejny przychodzi z pomocą. Deprecjonowanie osoby
takim określeniem zwalnia z konieczności traktowania jej w sposób humanitarny. Ekoterrorysta
jakby w mniejszym stopniu zasługuje na miano człowieka; jest jakimś wadliwym
albo niepełnym modelem tegoż, co sprawia, że różnego rodzaju ludzkie standardy
zostają w tym przypadku zawieszone. Krótko mówiąc, tam gdzie są poważne konflikty,
np. wojny, tam też ludzie mają tendencję do dehumanizującego określania wroga, co ma
rozgrzeszać i usprawiedliwiać ich wątpliwe etycznie działania.
Jak widać, „ekoterrorysta” w dużym stopniu jest nie tyle obiektywną rzeczywistością,
co raczej optyką spostrzegającego. Można by więc powiedzieć: pokaż mi swego ekoterrorystę,
a powiem ci, kim jesteś.
Nie zmienia to jednak faktu, że istnieją osoby, które są obrońcami przyrody i stawiają
się w opozycji wobec głównego nurtu współczesnej cywilizacji. Często osoby te określają
działania, jakich się podejmują, jako radykalne; to właśnie one są źródłem frustracji
różnych osób, które chciałyby łatwo i prosto realizować swoje partykularne interesy. Co
można powiedzieć o tych radykałach?
Pozwólcie, że przywołam tutaj metaforę. Wyobraźmy sobie palacza, który z powodu
uporczywego kaszlu trafia do lekarza. Tam słyszy, że grozi mu poważna choroba.
Lekarz mówi: „musi pan przestać palić”. Pacjent na to: „a nie może przepisać mi pan jakiejś
tabletki?” „Nie – odpowiada lekarz – musi pan natychmiast rzucić palenie”. Pacjent:
„palenie jest takie przyjemne, dzięki paleniu się uspokajam, mogę pogadać z kumplami
w pracy na przerwie. Jak rzucę palenie, to oni przestaną ze mną rozmawiać”.
Trudno nie zauważyć, że lekarz w tej historii jest prawdziwym radykałem, mówi bowiem:
albo zdrowie, albo przyjemność palenia. Z punktu widzenia pacjenta lekarz jest
kimś zagrażającym jego wartościom i stylowi życia. Pacjent oczekuje od lekarza tabletek,
a nie wtrącania się w prywatną sferę życia. Większość pacjentów oczekuje wyleczenia
i jednocześnie zachowania własnego stylu życia w niezmienionej postaci. W tym sensie
chorobę i zalecenia lekarskie traktujemy jako przeszkodę w prowadzeniu takiego
życia, jak byśmy chcieli. Bardzo trudno nam dostrzec związek między tym, jak żyjemy,
a chorobą, która w końcu nas dopada. Chcemy używać sobie do woli i być zdrowymi.
A jeśli pojawiają się problemy, to chcemy tabletek, byleby nic nie zmieniać w swoim życiu.
Mamy przekonanie, że to nie my trzymamy w rękach nasze zdrowie; zależy ono przede
wszystkim od lekarza.
Prawda jest jednak taka, że tabletki nas nie uratują – uratuje nas jedynie zmiana naszego
życia. To jest bardzo radykalne podejście, ale wydaje się, że inne być nie może.
Radykalne – oznacza sięgające do korzeni, do przyczyn danego zjawiska, a nie skupiające
się na powierzchownym niwelowaniu skutków czy objawów.
W czasach globalnego kryzysu ekologicznego przeciwstawianie się niszczeniu
przyrody, co pociąga za sobą niejednokrotnie ograniczanie własnych przyjemności, wygody
i luksusu, jest działaniem prawdziwie radykalnym, bo ingerującym w styl życia ludzi.
Większość z nas liczy jednak na technologię, która rozwiąże nasze obecne problemy
bez naruszania stylu życia. Mamy np. nadal jeździć samochodami, tyle że takimi, które
są ekologiczne. W kontekście naszej metafory te rozwiązania technologiczne są niczym
innym jak rodzajem cudownej tabletki lub urządzenia podtrzymującego życie. Ich rolą
jest zwolnienie nas z konieczności zmiany naszego stylu życia.
Poza tym prawdopodobnie większość z nas uważa, że nie ma żadnego problemu:
„nie jestem uzależniony, tylko tak trochę przypalam”. Inni mówią „palenie jest takie przyjemne,
nie będę zatruwał sobie umysłu jakimiś apokaliptycznymi wizjami – mnie to nie
spotka”. Dodajmy jeszcze, że 30-40 lat temu wcale nie było tak oczywiste, że palenie
grozi czymś poważnym. Przekonanie, że palenie jest źródłem problemów zdrowotnych,
rodziło się długo i w bólach.
Czy coś wam to przypomina?
Załóżmy, że dla naszego palacza rzucenie palenia było zbyt radykalnym wyjściem. Po
kolejnych kilku latach zgłosił się do lekarza, a ten oznajmił mu, że rak w jego płucach jest
w bardzo zaawansowanym stadium i że zostało mu kilka miesięcy życia.
Wydaje się, że jeśli dzisiaj nie posłuchamy ekologów, tych radykałów, których intencją
jest ratowanie przyrody i ludzkiej cywilizacji poprzez jej gruntowną przemianę, to pojawi
się coś jeszcze bardziej radykalnego. Pojawi się prawdziwy terrorysta, z którym nie będzie
można w żaden sposób negocjować.
Felietony Ryszarda Kulika z cyklu „Stąpając mocno po ziemi” jest dostępny tutaj.








