Czy świat jest przeludniony? Wpływ populacji na klimat
Spis treści
Przeludnienie a klimat to związek prawdziwy, ale słabszy, niż sugeruje hasło „jest nas za dużo”, bo emisje dwutlenku węgla zależą jednocześnie od liczby ludzi, ich zamożności i źródła energii. W latach 2010–2019 wzrost dochodów na osobę podnosił emisje mniej więcej dwa razy szybciej niż przyrost ludności. Ten sam przyrost waży więc niewiele przy niskiej konsumpcji, a wielokrotnie więcej przy wysokich dochodach i prądzie z węgla. Liczba ludzi to mnożnik, nie wyrok.
Czy na Ziemi żyje więcej ludzi, niż planeta może utrzymać?
Odpowiedź zależy od przyjętej miary. Gdy miarą jest największa liczba ludzi, jaką planeta utrzyma, nie da się wskazać granicy niezależnej od założeń. Gdy miarą jest zużycie zasobów przy obecnym sposobie życia, werdykt jest jednoznaczny. Ludzkość zużywa więcej, niż planeta zdąży odtworzyć. Spór, czy „jest nas za dużo”, czy „przeludnienie to mit”, bierze się w dużej mierze z mieszania tych dwóch miar.
Pierwsza z nich to pojemność środowiska, czyli największa populacja, jaką dany obszar utrzyma bez trwałej degradacji. Dla ludzi szacunki tej wartości sięgają od liczb niższych niż obecna populacja po jej wielokrotność. Rozpiętość wynika z założeń. Każdy szacunek przyjmuje inną dietę, technologię i poziom konsumpcji. Oderwana od tych założeń sama liczba mieszkańców nie rozstrzyga więc sprawy.
Druga miara to ślad ekologiczny – powierzchnia lądów i wód potrzebna do wytworzenia tego, co ludzie zużywają, i do pochłonięcia ich odpadów, w tym dwutlenku węgla. Według wyliczeń Global Footprint Network ludzkość zużywa zasoby przyrody o 73% szybciej, niż ekosystemy je odtwarzają. W efekcie korzysta z nich tak, jakby miała do dyspozycji 1,73 planety. Przy niższym zużyciu na osobę ta sama populacja dałaby wynik bliższy jednej planecie, więc werdykt zmienia się bez zmiany liczby ludzi. Do surowego wniosku prowadzi badanie zespołu Bradshawa, które szacuje pojemność środowiska przy obecnym sposobie korzystania z zasobów. Bez gruntownej zmiany tego sposobu Ziemia nie utrzyma ani przyszłej, ani obecnej populacji.
Sceptycyzm wobec takich ostrzeżeń ma dwustuletnią historię. Thomas Malthus przewidywał w 1798 r., że liczba ludności prześcignie produkcję żywności. Plony rosły jednak szybciej, więc katastrofa maltuzjańska w skali świata nie nastąpiła. Nie sprawdziły się też prognozy masowego głodu z „Bomby populacyjnej” Paula Ehrlicha z 1968 r. – późniejszego współautora wspomnianego badania. Kto więc ma rację? Sceptycy mają ją w sprawie głodu. Chybione prognozy nie rozstrzygają jednak sporu o ślad ekologiczny. Ślad mierzy także pochłanianie CO₂, czyli wprost to, co napędza zmiany klimatyczne.
Mnożniki emisji i spór o pojemność Ziemi

Emisje CO₂ ze spalania paliw kopalnych, stanowiące część emisji gazów cieplarnianych, są iloczynem liczby ludzi, PKB per capita i emisyjności gospodarki. Emisyjność to ilość dwutlenku węgla przypadająca na jednostkę PKB, zależna od energochłonności gospodarki i udziału paliw kopalnych. Taki zapis jest uproszczoną wersją tożsamości Kaya, za pomocą której klimatolodzy rozkładają przyrost emisji na przyczyny. Intuicja „więcej ludzi to więcej emisji” jest w nim prawdziwa, ale populacja działa zawsze razem z dwoma pozostałymi mnożnikami. Przy niskiej konsumpcji i czystej energii przyrost ludności daje niewielki skutek. Przy wysokich dochodach i prądzie z węgla ten sam przyrost waży wielokrotnie więcej.
Proporcje między mnożnikami da się zmierzyć. Według analizy czynników emisji IPCC w latach 2010–2019 wzrost PKB per capita podnosił globalne emisje CO₂ z paliw kopalnych o 2,3% rocznie. Wzrost liczby ludności podnosił je o 1,2% rocznie. W tej dekadzie wzrost PKB per capita ważył więc mniej więcej dwa razy tyle co wzrost liczby ludności. Trzeci mnożnik działał w przeciwną stronę: spadająca energochłonność gospodarek i rozwój źródeł odnawialnych hamowały przyrost, ale go nie zatrzymały.
Ścierają się dwa twierdzenia: że kluczem jest liczba ludzi i że kluczem jest nadmierna konsumpcja. Ten sam spór toczy się w nauce. Millward-Hopkins i współautorzy w polemice w Environmental Research Letters podważają wniosek o przekroczeniu pojemności Ziemi. Ich argumentem są nierówności w konsumpcji. Autorzy badania odpowiadają, że dane nie potwierdzają wniosku krytyków.
Obie strony mają część racji, bo ograniczona pula zasobów kurczy się dwiema drogami. Większa populacja oznacza, że skończone zasoby trzeba dzielić między więcej osób, a większe zapotrzebowanie na osobę zmniejsza pulę dla wszystkich. Obie drogi działają naraz, bo według danych, na których opiera się metodologia śladu ekologicznego, rośnie jednocześnie liczba ludności świata i konsumpcja. Skoro emisje są iloczynem, to który mnożnik jest ważniejszy? Matematycznie żaden. Spadek dowolnego czynnika o 1% obniża wynik również o mniej więcej 1%. Przewaga PKB per capita w latach 2010–2019 wynikała z szybszego tempa jego wzrostu. Spór o kluczowy mnożnik dotyczy więc wyboru tego, na który da się wpłynąć najskuteczniej.
Gdzie rośnie populacja, a gdzie rosną emisje?
Najszybciej przybywa ludzi w Afryce Subsaharyjskiej. Największe emisje przypadają na najzamożniejsze grupy dochodowe. Te dwa rozkłady prawie się nie pokrywają. Region o najwyższym współczynniku dzietności, czyli średniej liczbie dzieci na kobietę, ma zarazem jedne z najniższych emisji per capita. W 2019 r. przeciętna emisja CO₂ z paliw kopalnych i przemysłu w całej Afryce wynosiła 1,2 t na osobę. W krajach o najniższej dzietności, w większości zamożnych, ta wartość jest zwykle wyższa.
Podział według dochodu daje obraz jeszcze ostrzejszy niż podział według krajów. Raport Oxfam o nierówności szacuje, że najbogatszy 1% populacji wyemitował ponad dwa razy więcej niż najbiedniejsza połowa ludzkości. Szacunek obejmuje emisje konsumpcyjne grup dochodowych w latach 1990–2015. Metoda zakłada, że powyżej pewnego minimum emisje rosną proporcjonalnie do dochodu, więc wynik jest modelem rozkładu, a nie bezpośrednim pomiarem.
Ten rozjazd nie musi być trwały. Emisje krajów rozwijających się nadal rosną, ale od niskiego poziomu na osobę. Gdy kraje o szybkim przyroście ludności się bogacą, rośnie w nich konsumpcja na osobę, a wraz z nią emisje – o ile nowa energia nie pochodzi ze źródeł bezemisyjnych.
Szczyt liczby ludności a tempo redukcji emisji
Sam spadek liczby ludności nie złagodzi zmiany klimatu na czas. Nastąpi on dekady po terminie, w którym emisje mają spaść niemal do zera. Według prognozy demograficznej ONZ liczba ludności osiągnie szczyt w drugiej połowie stulecia. Potem będzie stopniowo spadać do 10,2 mld pod koniec stulecia. Ta prognoza na 2100 r. jest o 6%, czyli o około 700 mln osób, niższa niż prognoza sprzed dekady.
Wyludnianie się świata i przeludnienie to zjawiska w różnych skalach. Depopulacja dotyczy już części krajów, podczas gdy suma globalna wciąż rośnie. Różnice między prognozami biorą się głównie z założeń o tempie spadku dzietności. Model Earth4All przyjmuje, że szybki rozwój gospodarczy, edukacja dziewcząt i ekonomiczna samodzielność kobiet obniżają dzietność szybciej, niż zakłada ONZ. Stąd w jego scenariuszach szczyt przychodzi wcześniej i na niższym poziomie.
Każda z tych ścieżek napotyka inercję demograficzną. To zjawisko, w którym populacja rośnie jeszcze długo po spadku dzietności, bo w wiek rodzicielski wchodzą liczne roczniki urodzone wcześniej. Populacja zmienia się więc w rytmie pokoleń, a emisje trzeba ciąć w ciągu dekad. Do połowy stulecia demografia zdąży zmienić tempo wzrostu ludności świata, ale nie jej rząd wielkości.
Wolniejszy wzrost populacji obniżyłby emisje do końca stulecia, lecz tylko w części przypadającej na pierwszy mnożnik. W latach 2010–2019 ta część ważyła mniej niż wzrost PKB per capita. Resztę redukcji potrzebnej do zahamowania globalnego ocieplenia musi przynieść zmiana źródeł energii i poziomu konsumpcji.
W debacie pojawia się też wątek decyzji o posiadaniu dzieci podejmowanych ze względu na klimat. Czy takie decyzje zmieniają rachunek emisji? Ich skutek rozkłada się na życie kolejnego pokolenia, więc do połowy stulecia pozostaje niewielki.





