Artykuly

Naomi Klein: Kapitalizm vs Klimat – część pierwsza

Klimatyczni denialiści są kompletnie na bakier z nauką. Jednak mniej lub bardziej intuicyjnie rozumieją coś, czego wciąż nie zauważa lewica: rewolucyjnego znaczenia Zmiany Klimatu.

Pan z czwartego rzędu ma pytanie.

Przedstawia się jako Richard Rotschild. Mówi zebranym, że kandydował na członka komisji w radzie hrabstwa Carroll w stanie Maryland, ponieważ doszedł do wniosku, że polityka walki z globalnym ociepleniem to naprawdę „atak na amerykańską kapitalistyczną klasę średnią”. Jego pytanie do zebranych w hotelu Marriott w Washington DC jest takie: „W jakim stopniu ruch 'zielonych’ jest koniem trojańskim, w którym kryje się marksistowska doktryna społeczno-gospodarcza?”.

Na Szóstej Międzynarodowej Konferencji Heartland Institute na temat Zmiany Klimatu, czyli głównego zgromadzenia osób oddanych negowaniu konsensusu naukowego o ocieplaniu planety w wyniku działalności człowieka, to pytanie jest jedynie retoryczne. To tak, jakby spytać urzędników niemieckiego banku centralnego, czy Grecy są godni zaufania. Ale goście i tak nie przepuszczą okazji, żeby potwierdzić, jak słuszne jest zdanie pytającego.

Chris Horner, starszy współpracownik Competitive Enterprise Institute, którego specjalnością jest dręczenie naukowców procesami i zalewanie ich wnioskami o dostarczanie dokumentów i korespondencji w oparciu o Prawo Dostępu do Informacji Publicznej, przysuwa sobie mikrofon: „Możecie wierzyć, że chodzi o klimat”, mówi ponuro, „i wielu ludzi wierzy, ale to nie jest rozsądna wiara”. Przedwcześnie posiwiały Horner wyglądający jak prawicowy Anderson Cooper lubi cytować Saula Alinsky’ego: „Nie chodzi o to, o co chodzi”. Tak naprawdę chodzi o to, że „wolne społeczeństwo nigdy nie zrobiłoby tego, czego wymaga ich plan… Pierwszy krok to usunięcie tych dokuczliwych swobód, które stoją im na drodze”.

Twierdzenie, że zmiana klimatu to spisek przeciw amerykańskiej wolności, jak na standardy Heartland Institute jest całkiem łagodnym określeniem. Podczas dwudniowej konferencji dowiem się, że obietnica Obamy wspierania lokalnych rafinerii biopaliw, naprawdę ma na celu „zielony kolektywizm”, podobny do „maoistowskiego” planu, żeby „postawić każdemu na podwórzu wielki piec” (Patrick Michaels z Cato Institute). Dowiem się, że zmiana klimatu to „przykrywka narodowego socjalizmu” (były senator Republikanów i astronauta Harrison Schmitt). A także, że obrońcy środowiska są jak azteccy kapłani, którzy poświęcają liczne ofiary, żeby przebłagać bogów i zmienić pogodę (Marc Morano, redaktor jednej z ulubionych stron denialistów ClimateDepot.com).

Przede wszystkim jednak usłyszę warianty opinii wypowiedzianej przez komisarza z czwartego rzędu: że zmiana klimatu to koń trojański pomyślany dla zlikwidowania kapitalizmu i zastąpienia go jakimś eko-socjalizmem. Jak krótko podsumowuje mówca Larry Bell w nowej książce Climate of Corruption, zmiana klimatu „ma mało wspólnego ze stanem środowiska, a dużo z krępowaniem kapitalizmu i przemienianiem amerykańskiego stylu życia na rzecz globalnej redystrubucji bogactwa”.

Rzeczywiście, delegaci pozorują, że odrzucanie przez nich nauki o klimacie bierze się z prawdziwej niezgody na temat danych. A organizatorzy też wysilają się, żeby naśladować wiarygodne konferencje naukowe, nazywając zebranie „Przywracając metodę naukową” (Restoring the Scientific Method), a nawet przyjmują skrót ICCC, jedynie jedną literą różniący się od najważniejszej światowej instytucji zajmującej się zmianą klimatu, IPCC. Jednak przedstawione teorie są stare i od dawna zdyskredytowane. Nie podejmuje się żadnej próby wyjaśnienia, dlaczego każdy mówca nie zgadza się z kolejnym (Nie ma ocieplenia, czy jest ocieplenie, ale to nie problem? A jeśli nie ma, to dlaczego cała ta mowa o tym że plamy na Słońcu powodują wzrost temperatury?).

Prawda jest taka, że niektórzy członkowie raczej starszej widowni wydają się drzemać, gdy pokazuje się wykresy temperatur. Ożywiają się tylko wtedy, kiedy wchodzą na scenę gwiazdorzy ruchu – nie trzeciorzędni naukowcy, ale pierwszorzędni ideologiczni wojownicy jak Morano i Horner. To jest prawdziwy cel zebrania: stworzyć forum dla zatwardziałych denialistów, żeby zgromadzić retoryczne kije do bicia działaczy ekologicznych i klimatologów w nadchodzących tygodniach i miesiącach. Sprawdzone tutaj motywy będą zalewać komentarze pod każdym artykułem i filmem na YouTube, w którym jest zwrot „zmiana klimatu” albo „globalne ocieplenie”. Będą też padać z ust setek prawicowych publicystów i polityków – od republikańskich kandydatów na prezydenta takich jak Rick Perry i Michele Bachmann aż do członków komisji powiatowych takich jak Richard Rotschild. W kuluarowym wywiadzie Joseph Bast, prezes Heartland, szczyci się „tysiącami artykułów i przemówień… zainspirowanymi przez kogoś, kto przyszedł na jedną z tych konferencji”.

Heartland Institute, oddany „promowaniu rozwiązań wolnorynkowych” chicagowski think tank, organizuje te „konferencje” od 2008 roku, czasem dwa razy w roku. Strategia wydaje się działać. Pod koniec pierwszego dnia Morano, który szczyci się rozdmuchaniem historii, która pogrążyła demokratę Johna Kerry’ego w kampanii prezydenckiej 2004, kreśli publiczości historię triumfalnego pochodu: Cap and trade: nie żyje! Obama na szczycie w Kopenhadze: porażka! Ruch na rzecz klimatu: samobójczy! Wygłasza nawet kilka anegdot o ekologach, którzy składają samokrytykę (co tak dobrze wychodzi postępowcom), i nawołuje publiczność aby „świętować!”.

Nie było tylko balonów i konfetti z sufitu, ale równie dobrze mogłyby być.

Opinia publiczna w poważnych sprawach społecznych i politycznych ewoluuje zwykle powoli. Jeśli przychodzą gwałtowne zmiany, to zwykle poprzedzają je dramatyczne wydarzenia. Dlatego ankieterzy byli zaskoczeni tym, co stało się z postrzeganiem zmian klimatu po 2007 roku. Badanie Harris Interactive z 2007 wykazało, że 71% Amerykanów jest zdania, że ciągłe spalanie paliw kopalnych spowoduje zmianę klimatu. Do roku 2009 słupek spadł do 51%. W czerwcu 2011 liczba przekonanych o tym Amerykanów spadła zaś do 44% – czyli wyraźnie poniżej połowy populacji. Według kierownika badań w Pew Research Center, Scotta Keetera, jest to „jedna z największych zmian w krótkim okresie, o jakich słyszano w ostatnim czasie w badaniach opinii publicznej”.

Co jeszcze bardziej uderzające, prawie cała zmiana zaszła po jednej stronie sceny politycznej. Jeszcze w 2008 roku (kiedy Newt Gingrich wystąpił w spocie o zmianach klimatu z Nancy Pelosi) na pierwszy rzut oka sprawę popierały obydwie partie w USA. Te dni definitwnie minęły. 70 do 75 procent osób uważających się za zwolenników Demokratów i liberałów uważa, że ludzie zmieniają klimat – ten poziom pozostawał jednakowy albo trochę rósł w ostatniej dekadzie. Tymczasem Republikanie, a szczególnie zwolennicy tzw. Partii Herbacianej, przeciwnie – masowo wybrali odrzucenie konsensusu naukowego. W niektórych regionach tylko około 20% Republikanów przyjmuje opinię naukowców.

Równie znacząco zmieniło się nasilenie emocji. O zmianie klimatu prawie każdy mówił, że go obchodzi – choć nie aż tak bardzo. Kiedy pytano Amerykanów o ich priorytety w polityce, zmiana klimatu regularnie lądowała na końcu.

Jednak teraz istnieje rzesza Republikanów, którzy całym sercem i obsesyjnie przejmują się zmianą klimatu – ale chodzi o ukazywanie jej jako oszustwa lewicy, mającego na celu zmuszenie ich do zmiany żarówek, mieszkania w osiedlach w stylu radzieckim i porzucenia SUV-ów. Dla tych prawicowców sprzeciw wobec zmiany klimatu stał się filarem światopoglądu, tak jak niskie podatki, posiadanie broni i niezgoda na aborcję. Wielu klimatologów opowiada o groźbach śmierci, podobnie jak autorzy artykułów o pozornie „bezpiecznych” zagadnieniach, takich jak oszczędzanie energii. Jak napisał autor listu do Stana Coxa, autora ksiązki krytycznej wobec klimatyzacji: „Zabierzecie mi termostat po moim trupie”.

Takie nasilenie wojny kulturowej to najgorsza wiadomość, bo kiedy kwestionujemy czyjeś stanowisko w ważnej kwestii światopoglądowej, fakty i argumenty są postrzegane jako kolejny atak i są automatycznie odpychane. Denialistom udało się nawet odrzucić nowe badania potwierdzające prawdziwość globalnego ocieplenia, które były częściowo finansowane przez braci Koch i kierowane przez naukowca przyjmującego stanowisko „sceptyczne”.

Efekty tych emocji objawiły się w całej okazałości w walce o przywództwo w Partii Republikańskiej. W pierwszych dniach swojej kampanii, kiedy jego rodzinnym Teksasie szalały pożary, gubernator Rick Perry wprawił swoich wyborców w zadowolenie oświadczając, że klimatolodzy manipulują danymi „żeby do ich projektów napływały dolary”. W tym czasie jedyny kandydat, który konsekwentie bronił nauki o klimacie, Jon Huntsman, odpadł w przedbiegach.Tym, co uratowało kampanię Mitta Romneya, było między innymi jego wycofanie z wcześniejszego poparcia stanowiska naukowego.

Skutki tych prawicowych klimatycznych teorii spiskowych sięgają dużo dalej niż Partia Rebuplikańska. Demokraci zwykle milczą na ten temat, nie chcąc odstraszać niezdecydowanych. Media i rozrywka podążają za nimi. Pięć lat temu gwiazdy pokazywały się na rozdaniach Oscarów w pojazdach hybrydowych, Vanity Fair miało coroczne zielone wydanie, a w 2007 roku trzy duże amerykańskie telewizje pokazały 147 historii o zmianie klimatu. Koniec z tym. W 2010 roku telewizje nadały tylko 32 historie, na gali oscarowej do łask wróciły wielkie limuzyny, a „coroczne” zielone wydanie Vanity Fair nie ukazuje się od 2008 roku.

To niepokojące milczenie trwało przez koniec najgorętszej dekady w historii pomiarów i jeszcze jedno lato pełne niezwykłych katastrof i rekordowego gorąca na świecie. W tym czasie przemysł paliwowy planuje wielomiliardowe inwestycje w nową infrastruturę do wydobycia ropy, gazu i węgla z najbrudniejszych i najbardziej ryzykownych złóż na kontynencie (rurociąg Keystone XL za 7 miliardów dolarów to tylko jeden z wielu przykładów). W piaskach roponośnych w Albercie, na Morzu Beauforta, na polach gazowych Pennsylwanii i węglowych w Wyoming i Montanie, branża mocno obstawia śmierć ruchu na rzecz klimatu.

Jeśli węgiel, który mają wyciągnąć z ziemi te projekty, zostanie wypuszczony do atmosfery, szansa spowodowania klimatycznej katastrofy dramatycznie wzrośnie (samo wydobycie ropy z piasków Alberty według Jamesa Hansena z NASA w zasadzie „przesądzi wynik” dla klimatu).

Wszystko to oznacza, że potrzebujemy naprawdę wielkiego powrotu ruchu klimatycznego. Żeby nastąpił, lewica musi się uczyć od prawicy. Denialiści nabrali tempa mówiąc, że chodzi o gospodarkę: działanie zniszczy kapitalizm – twierdzili – zlikwiduje miejsca pracy oraz spowoduje eksplozję cen. Ale w czasie, kiedy coraz więcej ludzi zgadza się z protestującymi z Occupy Wall Street, z których wielu uważa, że kapitalizm taki jak do tej pory sam powoduje utratę stanowisk pracy i jarzmo długu, jest wyjątkową okazją, żeby przęjąć teren na gruncie gospodarczym od prawicy. Trzeba przekonująco argumentować, że prawdziwe rozwiązania kryzysu klimatycznego są też najlepszą drogą do zbudowania bardziej oświeconego systemu gospodarczego – takiego, który zlikwiduje głębokie nierówności, wzmocni i odmieni sferę publiczną, stworzy liczne i godziwe miejsca pracy i znacznie ukróci władzę korporacji. To by wymagało też odejścia od idei, że sprawa klimatu jest tylko jedną z listy ważnych spraw, które walczą o uwagę postępowców. Tak jak denializm stał się jedną z podstaw tożsamości dla prawicy, nierozerwalnie powiązaną z obroną obecnego porządku władzy i bogactwa, naukowa prawda o zmianie klimatu musi zająć dla postępowców centralne miejsce w spójnym przekazie o zagrożeniach płynących z nieokiełznanej chwiwości i o potrzebie rzeczywistej alternatywy.

Budowanie takiego ruchu na rzecz transformacji nie musi być tak trudne, jak się wydaje. Rzeczywiście, jeśli spytamy tych z Heartland Institute, zmiana klimatu właściwie wymusza lewicową rewolucję, co jest właśnie przyczyną, dla której tak im zależy na zakłamywaniu rzeczywistości. Może powinniśmy uważniej posłuchać ich teorii – mogą rozumieć coś, czego lewica wciąż jeszcze nie pojmuje.

Denialiści nie stwierdzili, że zmiana klimatu to lewicowy spisek, dlatego że odkryli jakąś tajną socjalistyczną intrygę. Doszli do tego przyglądając się uważnie, co trzeba zrobić, żeby obniżyć globalne emisje tak radykalnie i szybko, jak wymaga tego wiedza o klimacie. Wyciągnęli wniosek, że jest to możliwe jedynie poprzez gruntowne przestawienie systemów gospodarczych i politycznych na sposób przeciwny do ich wierzeń w „wolny rynek”. Jak wskazał James Delingpole, brytyjski bloger i stały współpracownik Heartland Institute: „Współczesny ruch ochrony środowiska skutecznie wysuwa różne kwestie bliskie lewicy: redystrybucja majątku, wyższe podatki, większy interwencjonizm, regulacje”. Bast z Heartland wyraża to jeszcze bardziej bez ogródek: dla lewicy „Zmiana klimatu to świetna sprawa… To powód, żebyśmy zrobili wszystko, co oni [lewica] chcieli zrobić tak czy inaczej”.

A oto moja niewygodna prawda: nie mylą się. Zanim będę kontynuować, niech wyjaśnię: 97% klimatologów na świecie poświadcza, że głoszone przez Heartland Institute informacje o klimacie są całkowicie sprzeczne z wiedzą naukową. Gazy zatrzymujące ciepło wypuszczane do atmosfery przez spalanie paliw kopalnych już powodują wzrost temperatury. Jeśli do końca tej dekady nie znajdziemy się na całkiem innej ścieżce energetycznej, czeka nas gehenna.
Ale jeśli chodzi o praktyczne konsekwencje tych odkryć naukowych, szczególnie głębokie zmiany wymagane nie tylko względem zużycia energii, ale też samych podstaw naszego systemu gospodarczego, tłum zebrany w hotelu Marriott może być znacznie bliżej prawdy niż wielu zawodowych ekologów, którzy rysują obraz ocieplenia jako Armagedonu, oraz zapewniają nas, że możemy uniknąć katastrofy kupując „zielone” produkty i tworząc sprawne rynki na zanieczyszczenia.

Fakt, że ziemska atmosfera nie może bezpiecznie pochłonąć ilości węgla, który w nią pompujemy, jest objawem dużo większego kryzysu, zrodzonego z główej iluzji naszego modelu gospodarczego: że przyroda nie ma ograniczeń, że zawsze możemy znaleźć więcej tego, co chcemy, i że kiedy coś się kończy, można bez problemu zastąpić to innym zasobem, który da się wydobywać bez końca. Ale nie tylko atmosferę wykorzystujemy bardziej, niż pozwala jej zdolność regeneracji – robimy to samo z oceanami, wodą pitną, glebą i bioróżnorodnością. Ekspansyjne, rabunkowe podejście, które obecnie rządzi naszymi związkami z przyrodą, to coś, co kryzys klimatyczny każe nam głęboko rozważyć. Obfitość badań naukowych wskazujących, że wyciskamy naturę do oporu, nie tylko wymaga zielonych produktów i rozwiązań rynkowych; wymaga nowego modelu cywilizacyjnego, zakorzenionego nie w panowaniu nad naturą, ale na poszanowaniu jej cyklicznego odtwarzania – i mocno wyczulonego na jej ograniczenia, w tym granice ludzkiego rozumu.

A więc w pewnym sensie Chris Horner miał rację, kiedy mówił kolegom z Heartland Institute, że zmiana klimatu nie jest „tą sprawą”. Tak naprawdę w ogóle nie jest żadną. Zmiana klimatu jest wiadomością dla nas, która mówi, że wiele idei hołubionych przez naszą kulturę nie jest już możliwych do dalszego utrzymania. Są to bardzo kłopotliwe nowiny dla nas wszystkich, nieprzyzwyczajonych do krępowania naszych ambicji przez przyrodę. A dotyczy to po równi etatystycznej lewicy i neoliberalnej prawicy.

Chociaż Heartland, żeby odstraszać Amerykanów od działania w sprawie klimatu, lubi przywoływać widmo komunizmu (prezydent Czech Vaclav Klaus, gwiazda konferencji, mówi że próby zapobiegania globalnemu ociepleniu przypominają „ambicje komunistycznych planistów kontrolowania całego społeczeństwa”), prawda jest taka, że radziecki socjalizm państwowy był klimatyczną katastrofą. Pożerał zasoby tak łapczywie jak kapitalizm, i tak samo beztrosko wypluwał odpady: przed upadkiem Muru Berlińskiego Czesi i Rosjanie mieli większy ślad węglowy per capita niż obywatele Wielkiej Brytanii, Kanadzy i Australii. I chociaż niekórzy wskazują palcem na zawrotny rozwój programów energetyki odnawialnej w Chinach, gdy przekonują, że tylko centralnie sterowane reżimy mogą wykonać zieloną robotę, chińska gospodarka nakazowa wciąż jest nastawiona na wojnę totalną z przyrodą poprzez kolosalne mega-zapory, superaustostrady i przedsięwzięcia energetyczne oparte na wydobyciu, szczególnie węgla.

Prawdą jest, że odpowiedź na zagrożenia klimatyczne wymaga silnego działania rządów na każdym szczeblu. Jednak rzeczywiste rozwiązania klimatyczne to takie, które nakierowują te interwencje na systematyczną decentralizację i przenoszenie władzy na poziom lokalny, czy to poprzez społecznie zarządzaną energię odnawialną, lokalne rolnictwo organiczne czy systemy transportu.

Na podstawie: The Nation

Następna część: Naomi Klein: Kapitalizm vs Klimat – część druga

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly