Mieszkańcy wsi nie będą mogli protestować przeciwko hałasowi czy odorowi, bo produkcja żywności jest najważniejsza? To część zapisów projektu ustawy, która ma ukrócić sprzeciwy wobec uciążliwej działalności rolniczej. Eksperci obawiają się, że jej celem jest ochrona nie polskiego rolnictwa, lecz zysków wielkich korporacji.
„Wieś była, jest i będzie przestrzenią produkcji żywności. To kwestia nie tylko tradycji i gospodarki, ale przede wszystkim bezpieczeństwa państwa” – podkreśla Stefan Krajewski, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Zdaniem ministerstwa rosnąca liczba protestów na terenach wiejskich sprawia jednak, że bycie rolnikiem jest coraz trudniejsze. Z tego powodu przygotowano zmiany w przepisach, które mają „realnie chronić funkcję produkcyjną wsi”.
„Rolnik nie może być karany za to, że zbiera plony czy utrzymuje zwierzęta. Jednocześnie przepisy muszą jasno wyznaczać granice, aby nie było miejsca na nadużycia. Potrzebujemy ustawy, która faktycznie rozwiązuje problemy i porządkuje zasady współistnienia na wsi – a nie tworzy kolejne pozorne regulacje” – tłumaczy Krajewski.
Rząd chce chronić rolników
To właśnie minister rolnictwa przedstawił projekt ustawy o ochronie rolniczych funkcji produkcyjnych wsi. Jego konsultacje dobiegły końca 30 kwietnia.
„Celem projektu jest zabezpieczenie realizacji funkcji produkcyjnych wsi oraz ograniczenie konfliktów społecznych na tym tle. Zakłada się przygotowanie przepisów uwzględniających specyfikę życia na obszarach wiejskich, chroniących prawa wszystkich mieszkańców, przy jednoczesnym podkreśleniu ważnej pozycji rolników ze względu na dostarczanie żywności i innych dóbr publicznych” – napisano na stronie kancelarii premiera.
Autorzy projektu tłumaczą, że choć współczesna wieś ma charakter wielofunkcyjny, to jednak jej podstawową funkcją pozostaje produkcja żywności. Ta zaś jest kluczowa dla bezpieczeństwa żywnościowego kraju. Jednocześnie na obszarach wiejskich mieszka coraz więcej osób „niezwiązanych zawodowo lub rodzinnie z prowadzeniem gospodarstwa rolnego”. Efekt?
„Obserwowana jest m.in. wzrastająca presja na ograniczenie skali hałasu w dni wolne od pracy oraz w porze wieczornej i nocnej, a także zapachów pochodzących z produkcji rolniczej, w szczególności zwierzęcej. Pojawiają się także konflikty przestrzenne, m.in. w sytuacji, gdy grunty przeznaczone na cele inne niż rolne (najczęściej pod budownictwo mieszkaniowe) stykają się z terenami przeznaczonymi na cele produkcji rolniczej” – czytamy w opisie.
Zgoda na uciążliwości
W projekcie przedstawiono też proponowane rozwiązania legislacyjne.
I tak jedno z nich to przyjęcie w kodeksie cywilnym, że prowadzenie działalności rolniczej „mieści się w granicach normalnego korzystania z nieruchomości i co do zasady nie powinno być uznawane za nadmierne oddziaływanie na sąsiadów”. Wyjątek miałyby stanowić sytuacje, w których w konkretnej sprawie ustalono, że działalność jest prowadzona niezgodnie z zasadami prawidłowej gospodarki rolnej lub przepisami prawa.
Do tego resort proponuje, aby nowi mieszkańcy wsi podpisywali oświadczenie, że zdają sobie sprawę z potencjalnych „uciążliwości” i „zakłóceń”. Oświadczenie takie miałoby się pojawić w akcie notarialnym dotyczącym nabycia nieruchomości poza granicami administracyjnymi miasta. „W efekcie już w chwili nabycia nieruchomości, nabywcy otrzymają pełną i transparentną informację o możliwych skutkach transakcji – co z kolei może zapobiec wielu niepotrzebnym i kosztownym dla nich konfliktom” – wyjaśniono.
W osobnym komunikacie ministerstwo zapewniło, że projektowane rozwiązania nie zmieniają zakresu praw przysługujących pozostałym mieszkańcom wsi. „Porządkują one natomiast relacje sąsiedzkie i uwzględniają specyfikę działalności rolniczej, która stanowi naturalny element funkcjonowania obszarów wiejskich” – twierdzi resort rolnictwa.
Plan zakłada przyjęcie projektu przez Radę Ministrów w trzecim kwartale 2026 r. Już teraz budzi on jednak duże wątpliwości.
„Projekt ochrony fermiarzy”
W ostatnich latach przybywa protestów wobec przemysłowej i intensywnej produkcji rolnej. Mieszkańcy wsi, często wspierani przez organizacje pozarządowe, sprzeciwiają się już istniejącym lub planowanym przemysłowym chlewniom, kurnikom czy oborom. Nie brak więc opinii, że głównym celem ustawy jest obrona interesów dużych gospodarstw poprzez uciszenie głosu mieszkańców.
„To podejście bardziej reżimowe niż demokratyczne, a sam projekt łatwiej byłoby nazwać projektem ochrony fermiarzy niż funkcji produkcyjnej wsi” – komentuje dosadnie Justyna Zwolińska, prawniczka z Koalicji Żywa Ziemia, która działa na rzecz zrównoważonego rolnictwa.
Zwolińska przywołuje przy tym działania Rzecznika Praw Obywatelskich. W 2025 r. Marcin Wiącek zwrócił się do premiera Donalda Tuska o „podjęcie inicjatywy legislacyjnej w celu prawnego uregulowania lokalizowania i funkcjonowania przemysłowych ferm zwierzęcych”.
„Przemysłowe fermy zwierzęce to istotny problem społeczny” – stwierdził RPO.
Dlatego według niego należy zapewnić udział społeczeństwa w postępowaniach ws. zezwoleń na fermy produkujące na znaczną skalę. Do tego powinny powstać przepisy określające zawartość substancji zapachowych w powietrzu i metody ich oceny. Według Wiącka trzeba również wyznaczyć minimalną odległość ferm od domów oraz obszarów cennych przyrodniczo lub kulturowo. Z kolei nowo powstające fermy powinny być lokalizowane wyłącznie na podstawie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego.
„Jak więc widać nie jest tak, że to ci źli mieszkańcy przeprowadzający się z miasta na wieś są źródłem problemu. Skoro RPO zauważył masowość i rutynowość w postaci nadmiernej uciążliwości ferm, to jest wręcz odwrotnie – to właśnie takie praktyki są problemem” – ocenia Zwolińska.
„Lex smród” po stronie korporacji
Eksperci i organizacje pozarządowe krytycznie nastawione do ustawy nazywają ją już „Lex smród”. Zwracają też uwagę, że ustawa zawiera wiele bubli prawnych – np. nie precyzuje określeń „przeciętna miara” zakłóceń „zasady prawidłowej gospodarki”, których definicje nie pojawiają się też w innych ustawach.
„Trudno nie odnieść wrażenia, że nowelizacja ministra z PSL była pisana nie dla ochrony polskiego rolnictwa, lecz dla zysków wielkich korporacji. Skandaliczny jest fakt, że chcąc kupić sobie działkę na wsi trzeba będzie się zrzec notarialnie prawa do protestu” – komentuje Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Ślusarczyk podkreśla przy tym, że nie chodzi tylko o nowych mieszkańców terenów wiejskich. „Zdecydowana większość mieszkańców wsi nie prowadzi już działalności rolniczej. Im wszystkim zagrażają fermy przemysłowe, które zanieczyszczają powietrze, co prowadzi do chorób układu oddechowego oraz pogorszają jakość gleby i wód. Wychodzi więc na to, że minister rolnictwa chce, żeby polska wieś była brudna, skażona i śmierdząca” – podsumowuje ekspert.
Będzie ustawa, będzie skarga?
Zdaniem Wolińskiej jeśli ustawa zostanie przyjęta w obecnym kształcie, nie obędzie się bez skierowania skargi do Trybunału Konstytucyjnego.
„Produkcja żywności przedstawiana jest jako główna funkcja wsi. Nie jest to jednak zgodne z tym, że wieś to również miejsce zamieszkania, rekreacji, turystyki i innych form działalności gospodarczej. Nie można podporządkować tego wszystkiego interesom jednej grupy podmiotów, zbiorczo nazywanych rolnikami” – tłumaczy Zwolińska w rozmowie z naszym portalem.
Prawniczka powołuje się też na zasady dobrego sąsiedztwa i współżycia społecznego.
Ta pierwsza pochodzi z planowania przestrzennego i polega na tym, że nowe zabudowy i inwestycje powinny współgrać z otoczeniem. Z kolei zasada współżycia społecznego zapisana jest w kodeksie cywilnym. W skrócie zakłada ona, że nie można swojego prawa (np. do użytku nieruchomości lub prowadzonej działalności) przedkładać nad prawa i dobra innych osób.
„Nie można więc mówić, że jak ktoś jest nadmiernie uciążliwy pod względem hałasu czy odoru, to wszyscy muszą się na to zgodzić” – podkreśla Zwolińska.
Sprawa jest skomplikowana
Nie oznacza to jednak, że sytuacja nie jest skomplikowana.
„Z jednej strony na terenach wiejskich powstają osiedla łanowe, które dość często wchodzą pomiędzy pola uprawne. Ludzie się oburzają, że w nocy jeździ kombajn, by zbierać plony, albo że czują smród, bo rolnik gnojówką polał pole. Według mnie to trochę nieuzasadnione protesty, bo jednak ci ludzie przenieśli się na tereny wiejskie. Z drugiej strony wprowadzając takie przepisy można wylać dziecko z kąpielą, bo często protestują też mieszkańcy, w których sąsiedztwie budowane są kolejne kurze fermy czy chlewnie – i to naprawdę może być coś uciążliwego” – mówi prof. Zbigniew Karaczun ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, ekspert Koalicji Klimatycznej.
Dlatego choć prof. Karaczun uważa, że sytuacja faktycznie wymaga unormowań prawnych, to jednak znalezienie rozwiązania dobrego dla wszystkich będzie niezwykle trudne.
„Nawet jeśli przemysłowa produkcja jest uciążliwa, to wciąż jest jednak legalną częścią rolnictwa. Nie można więc jej zakazać. Nie potrafię więc odpowiedzieć na pytanie o to, jak rozwiązać ten problem. Z pewnością problem jednak istnieje” – ocenia naukowiec.












