W środę 18 marca instytucje państwowe zjednoczą siły, by
wystraszyć prosumenta przed skorzystaniem z wywalczonych przez niego
praw.Ministerstwo Gospodarki, Urząd
Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Urząd Regulacji Energetyki
przedstawią w Sejmie największe pułapki czekające na ludzi chcących
skorzystać z przywilejów zawartych w tzw. poprawce prosumenckiej.
Podejście polskiego rządu do
ustawy o OZE nie przestaje zadziwiać. Z ust Janusza Pilitowskiego,
dyrektora Departamentu Energetyki Odnawialnej w Ministerstwie
Gospodarki, dowiadujemy się, że prosument nie będzie miał szans w
zderzeniu z koncernami energetycznymi i państwową biurokracją.
Wdrażanie energetyki
obywatelskiej stanie się wielkim testem polskiej demokracji. Już
niedługo okaże się, czy instytucje rządowe działające dzięki naszym
podatkom istnieją po to, by realizować uchwaloną w Sejmie ustawę, czy
też zaczną rzucać prosumentom kłody pod nogi.
Narzędzia wywoływania strachu
przedstawione zostały przez Janusza Pilitowskiego w wywiadzie dla
„Rzeczpospolitej” z dnia 11 marca br. Są nimi: energetyczne spółki
skarbu państwa, Komisja Europejska i sądy. A wszystko to w oparach
enigmatycznych liczb, insynuacji i cynicznych interpretacji.
Ministerstwo Gospodarki straszy
Dyrektor Pilitowski najpierw straszy
prosumentów Komisją Europejską, twierdząc, że nie zaakceptuje ona nowego
prawa właśnie przez poprawkę prosumencką. Taryfy gwarantowane są ponoć
zbyt wysokie. – Moim zdaniem uchwalone taryfy same w sobie są zbyt
wysokie. Uwzględniają bowiem 9% stopę zwrotu, podczas gdy średnioroczna
dopuszczalna przez KE stopa zwrotu to 3,58 % – mówi Pilitowski.
To bardzo ostry zarzut sformułowany na podstawie magicznej liczby 9%. Wielkość
podana przez Pilitowskiego nie ma jednak merytorycznego uzasadnienia. W
ocenie skutków regulacji ustawy o OZE nie obliczono stopy zwrotu na
podstawie taryf gwarantowanych. Ministerstwo Gospodarki nie pochwaliło
się również kalkulacją, źródłem czy założeniami do swoich obliczeń, na
które powołuje się dyrektor Pilitowski.
Mimo to komunikat płynący z Ministerstwa
Gospodarki doprowadzić ma do sytuacji, w której Kowalski będzie się
obawiał zainwestować w instalację OZE. Co się bowiem wydarzy, gdy
Komisja Europejska nakaże zwrócić udzielone wsparcie?
Kolejnym straszakiem dyrektora
Pilitowskiego są duże firmy energetyczne, które będą miały obowiązek
odkupywać energię elektryczną od prosumentów. – Obawiam się, że w
aktualnym stanie prawnym przedsiębiorstwa energetyczne będą żądać
zaświadczeń od najmniejszych wytwórców z potwierdzeniem, że mieszczą się
oni jeszcze w owych 800 MW, z zastrzeżeniem, że wszelkie ryzyko
związane z przekroczeniem tego limitu będzie po stronie wytwórcy – mówi
dyrektor.
Czyli spółki Skarbu Państwa będą wymagać
absurdalnych zaświadczeń, w których prosumenci będą musieli „dać
głowę”, że mieszczą się w zapisanym w ustawie limicie 800 MW, w ramach
którego obowiązują taryfy gwarantowane.
Kowalski oczywiście nie będzie miał
pojęcia o tym, czy limit ten został wyczerpany, czy nie, ponieważ
instytucje rządowe mu w tym nie pomogą. Lepiej więc będzie zrezygnować z
inwestycji, żeby uniknąć ryzyka nieotrzymania taryfy gwarantowanej.
Dlaczego zatem dyrektor
Pilitowski nie proponuje mechanizmów, które pozwoliłyby uniknąć takich
sytuacji, tylko z satysfakcją podkreśla problemy czekające Kowalskiego?
Czy nie od rozwiązywania takich problemów zatrudniamy w końcu
ministerialnych urzędników?
Janusz Pilitowski straszy prosumentów
sądami. – Sprawy sporne – być może dziesiątki tysięcy – będą trafiać do
sądów – mówi. I znów Kowalski, postawiony przed alternatywą inwestycji w
energię odnawialną, w obliczu groźby niekończących się rozpraw
sądowych, wybierze prąd z sieci.
Ustawa o OZE dopiero wchodzi w
życie, taryfy gwarantowane obowiązywać zaczną dopiero od 1 stycznia 2016
roku, ale proces pacyfikacji nienarodzonego, bezbronnego i często
nieświadomego swoich praw obywatela został rozpoczęty.
Co wolno wojewodzie…
Co do reszty ustawy dyrektor Pilitowski
widzi same plusy. To przecież dzięki ustawie spodziewa się wysypu nowych
elektrowni wiatrowych. – Wielu inwestorów chce przed końcem roku
rozpocząć produkcję energii elektrycznej, co uprawniać ich będzie do
otrzymania zielonych certyfikatów i zapewni możliwość pozostania w
starym systemie – mówi Pilitowski. Tylko czy to znaczy, że ustawa jest
aż tak dobra… czy aż tak zła?
Między innymi dzięki temu, według
Pilitowskiego, hipotetycznie do roku 2017 Polska może już spełnić swój
cel OZE w segmencie elektroenergetyki. – Teoretycznie mogę sobie
wyobrazić scenariusz, że już w 2017 roku osiągniemy nasze założenia w
sektorze elektroenergetyki na rok 2020, a potem organizowane aukcje mogą
być tylko na symboliczne ilości energii – mówi.
To kuriozalne zdanie daje do
myślenia. Czy to znaczy, że dzięki ustawie po roku 2017 branża OZE może
się ostatecznie zwinąć z Polski? Jeśli tak, to mamy do czynienia z
bardzo ciekawą sytuacją: pisana cztery lata ustawa przysłuży się
rozwojowi rynku przez okres… jednego roku!
Taka opinia wysokiego
przedstawiciela polskiego rządu świadzczy nie tylko o całkowitym
niezrozumieniu trendów w światowej energetyce, ale również o cynicznym
podejściu do kształtowanego prawa.
Okazuje się jednak, że istnieje pewien
segment rynku OZE, który na pewno skorzysta z nowej ustawy. Stare
instalacje współspalające, posiadające podajnik (czyli te dedykowane),
mają otrzymać ok. 420 złotych stałych taryf za MWh. Spora część tych
instalacji otrzymywała w tzw. międzyczasie dotacje unijne na te
podajniki – zarabiały całkiem sporo na zielonych certyfikatach w
poprzednich latach, a teraz wejdą w system aukcyjny. Będzie im się
raczej nieźle powodzić, skoro według byłego prezesa PGE, Krzysztofa
Kiliana, koszt wytworzenia 1MWh ze współspalania to ok. 250 zł, a
dostawać będą 420 zł.
Znamienne, że dyrektor Pilitowski nie
zauważył, jaką taki interes przynosi stopę zwrotu, i nie zastanowił się,
czy Komisja Europejska nie powinna właśnie w tym wypadku zainteresować
się nadmiernym i często podwójnym wsparciem.
Urzędnicy kontra demokracja
Urzędnicy zachowują się, jak
gdyby nie rozumieli intencji wnioskodawcy poprawki prosumenckiej.
Wykazują przemyślane lekceważenie woli demokratycznie wybranych
polityków (Sejm i Prezydent) oraz oczekiwań społeczeństwa, które
wywalczyło sobie prawo do rozwoju energetyki obywatelskiej. Robią to w
białych rękawiczkach, pod przykrywką troski i poprawności legislacyjnej.
Ministerstwo Gospodarki, UOKiK oraz URE
funkcjonują dzięki hojności podatników. W środę 18 marca pokażą, jak z
tych podatków korzystają: czy na rzecz wsparcia obywateli, czy w celu
ich zastraszenia.
Jeśli rzeczywiście kierują się troską i
dobrą wolą, to przyjdą z propozycjami zapisów nowelizujących ustawę,
które rozwieją ich własne wątpliwości i doprecyzują, że:
- prosumentem może zostać każdy,
- źródeł wsparcia nie można łączyć,
- nie trzeba płacić akcyzy od prądu, który się zużyje z własnej instalacji,
- Urząd Regulacji Energetyki i
Ministerstwo Gospodarki biorą na siebie jednoznaczną odpowiedzialność za
zbierania danych rynkowych, - będą w sposób przejrzysty konsultować z ekspertami stawki taryf gwarantowanych.
Dodatkowo, Ministerstwo Gospodarki
powinno zaprezentować zaktualizowaną ocenę skutków regulacji do ustawy o
odnawialnych źródłach energii, ponieważ jest ona dawno nieaktualna.
Pytań odnośnie skutków liczbowych narodziło się całkiem sporo – po
wprowadzeniu około 200 poprawek od czasu rozpoczęcia prac nad ustawą w
parlamencie.
W innym przypadku pozostanie
wyłącznie poczucie, że rząd Platformy Obywatelskiej, który przegrał
batalię z obywatelami o kierunek rozwoju energetyki, teraz będzie
próbował ich zastraszyć sądami i Komisją Europejską, a na dokładkę
poszczuje swoimi korporacjami energetycznymi.
Tobiasz Adamczewski, Piotr Siergiej, Ministerstwo Gospodarki Straszy









