Artykuly

Naomi Klein: Kapitalizm vs Klimat – część trzecia

Poprzednie części: pierwsza, druga.

Kiedy twarde fakty z prawdziwego świata zagrożą potężnym ideologiom, te rzadko giną całkowicie. Zamiast tego stają się podobne do sekt i ulegają marginalizacji. Kilku prawdziwych wyznawców zawsze trwa i mówi sobie, że nie było problemu z ideologią; że to słabość przywódców, którzy nie dość surowo stosowali reguły. Są tacy na lewicy stalinowskiej, i istnieją też wśród prawicowych neonazistów. Ale w tym momencie historii fundamentaliści wolnego rynku powinni być zepchnięci na taki sam margines, ściskając swoje egzemplarze Free to choose i Atlas shrugged pośród mroku. Od tego losu ratuje ich tylko to, że ich idee państwa minimum, nieważne jak jaskrawo sprzeczne z rzeczywistością, pozostają tak popularne u miliarderów tego świata, a ich think tanki żywią i ubierają tacy jak Charles i David Koch oraz Exxon Mobil.

Widać w tym ograniczenia „postrzegania kulturowego„. Denialiści robią więcej niż ochrona swojego światopoglądu – bronią potężnych interesów, którym mącenie wody w debacie o klimacie jest bardzo na rękę. Powiązania między denialistami i tymi interesami są dobrze znane i udokumentowane. Sam Heartland Institute otrzymał ponad milion dolarów od ExxonMobila i fundacji związanych z braćmi Koch i Richardem Mellonem Scaife (być może o wiele więcej, ale think tank zaprzestał publikacji listy darczyńców, twierdząc jakoby informacja ta odwracała uwagę od „merytorycznej wartości naszego stanowiska„).

Natomiast naukowcy, którzy przemawiają na konferencjach klimatycznych Heartland Institute, prawie zawsze są tak nasiąknięci petrodolarami, że właściwie można poczuć ich opary. Żeby podać tylko dwa przykłady, Patrick Michaels z Cato Institute, który wygłosił główną przemowę, powiedział kiedyś CNN, że 40% dochodów jego firmy konsultingowej pochodzi od firm naftowych, a kto wie ile z pozostałych bierze się z węgla. Śledztwo Greenpeace w sprawie kolejnego z przemawiających, astrofizyka Willie’ego Soona, wykazało, że od 2002 roku 100% jego grantów na badania pochodzi z biznesu paliwowego. A spółki wydobywcze nie są jedynym beneficjentem mającym poważne motywy do podkopywania klimatologii. Jeśli rozwiązanie tego kryzysu wymaga głębokich zmian porządku gospodarczego, które opisałam, to każda duża firma korzystająca z luźnych przepisów, wolnego handlu i niskich podatków ma się czego obawiać.

Przy tak dużej stawce nie powinno dziwić, że denialiści klimatyczni są tymi najbardziej uwikłanymi w nasze bardzo nierówne i niefunkcjonalne gospodarcze status quo. Jednym z najciekawszych odkryć badań nad postrzeganiem klimatu jest wyraźne powiązanie między odrzucaniem ustaleń klimatologii i przywilejami społeczno-gospodarczymi. Ogromna większość denialistów to nie tylko konserwatyści, ale biali mężczyźni, czyli grupa o dochodach wyższych niż przeciętne. Są też bardziej od innych dorosłych pewni swoich przekonań, niezależnie od tego, jak rażąco błędne by one nie były. Szeroko omawiana praca na ten temat Aarona McCrighta i Rileya Dunlapa (o pamiętnym tytule „Cool Dudes” – Równi Goście) wykazuje, że pewni siebie biali konserwatyści, prawie 6-krotnie częściej niż reszta badanych wierzą, że zmiana klimatu „nigdy nie nastąpi”. McCright i Dunlap podają proste wyjaśnienie tej różnicy: „Biali konserwatywni mężczyźni zajmują nieproporcjonalnie dużo stanowisk wysokiej rangi w naszej gospodarce. Biorąc pod uwagę coraz większe wyzwanie, jakie stawia zmiana klimatu przed systemem kapitalizmu przemysłowego, nie powinno zaskakiwać, że silne postawy prosystemowe białych konserwatystów będą powodować zaprzeczanie zmianie klimatu”.

Ale względna przewaga ekonomiczna i społeczna denialistów nie tylko oznacza, że mają oni więcej do stracenia w nowym porządku gospodarczym; daje im przed wszystkim motyw do większego bagatelizowania zagrożeń wypływających ze zmiany klimatu. Zdałam sobie z tego sprawę słuchając, jak następny przemawiający na konferencji Heartland okazuje coś, co można nazwać tylko kompletnym brakiem współczucia dla ofiar zmiany klimatu. Larry Bell, którego biografia opisuje go jako „architekta przestrzeni”, wywołał mnóstwo śmiechu, gdy powiedział widowni, że trochę ciepła nie zaszkodzi: „Specjalnie przeprowadziłem się do Houston!” (Houston przechodziło wtedy to, co później okazało się najgorszym rokiem suszy w historii stanu). Australijski geolog Bob Carter stwierdził, że „świat naprawdę radzi sobie z naszej perspektywy lepiej w cieplejszych czasach„. A Patrick Michaels powiedział, że ludzie zmartwieni zmianą klimatu powinni zrobić to, co Francuzi po niszczącej fali upałów, która zabiła 14000 ludzi: „odkryli Walmart i klimatyzację”.

Słuchanie tych dowcipów, kiedy szacunkowo 13 milionów ludzi w Rogu Afryki staje w obliczu śmierci głodowej na spieczonej ziemi, było wstrząsające. Taki brak wrażliwości umożliwia mocna wiara, że jeśli denialiści się mylą, kilkoma stopniami ocieplenia bogaci ludzie w rozwiniętych krajach i tak nie muszą się przejmować. („Kiedy pada, znajdujemy schronienie. Kiedy jest gorąco, znajdujemy cień”, wyjaśnił kongresman z Teksasu Joe Barton na posiedzeniu komitetu energii i środowiska).

Jeśli chodzi o wszystkich innych, no cóż, powinni przestać czekać na pomoc i brać się do roboty, żeby nie być biednym. Kiedy zapytałam Michaelsa, czy bogate kraje są odpowiedzalne za pomoc biednym w płaceniu za kosztowne przystosowania do cieplejszego klimatu, parsknął, że nie ma powodu dawać pieniędzy jakimś krajom, „bo z jakiegoś powodu ich system polityczny nie jest zdolny do adaptacji„.

Prawdziwe rozwiązanie, to jego zdaniem więcej wolnego handlu.

To tutaj przecięcie ideologii dalekiej prawicy i zaprzeczenia zmianom klimatu staje się naprawdę groźne. Nie tylko jest tak, że ci „Równi Goście” negują klimatologię, bo zagraża unicestwieniem ich hierarchicznego światopoglądu. Ten hierarchiczny światopogląd zapewnia im intelektualne narzędzia do spisania na straty wielkich rzesz ludzi w krajach ubogich. Rozpoznanie zagrożenia wynikającego z mentalności zabijającej empatię jest sprawą bardzo pilną, ponieważ zmiana klimatu sprawdzi nasz kręgosłup moralny jak mało co. Amerykańska Izba Handlowa, podejmując wysiłki, aby powstrzymać Agencję Ochrony Środowiska przed regulacją emisji dwutlenku węgla, twierdziła w petycji, że w obliczu globalnego ocieplenia „populacje mogą się dostosować do cieplejszych klimatów przez całą gamę adaptacji behawioralnych, fizjologicznych i technicznych„. Te „adaptacje” to coś, co najbardziej mnie niepokoi.

Jak się przystosujemy do ludzi bezdomnych i bezrobotnych, którzy znaleźli się w takiej sytuacji z powodu potężniejszych i częstszych klęsk żywiołowych? Jak potraktujemy uchodźców, którzy przybędą na nasze wybrzeża w przeciekających łódkach? Otworzymy granice, przyznając, że wywołaliśmy ten kryzys, przed którym uciekają? Czy też będziemy budować coraz nowocześniejsze twierdze i uchwalać coraz bardziej drakońskie przepisy antyimigracyjne? Jak sobie poradzimy z niedoborem zasobów?

Odpowiedzi już znamy. Poszukiwania rzadkich surowców przez koncerny staną się bardziej drapieżne, bardziej brutalne. Ziemia orna w Afryce będzie w dalszym ciągu zagrabiana na żywnośc i paliwo dla zamożniejszych krajów. Susze i głód będą wciąż wymówką dla promowania nasion GMO, co wpędzi rolników w większe długi. Będziemy próbować ominąć szczyty wydobycia ropy i gazu używając coraz bardziej ryzykownych technologii do wyciągnięcia ostatnich kropli, degradując przy tym coraz większe połacie globu. Będziemy umacniać granice i wtrącać się w konflikty innych krajów o zasoby, albo wywoływać je sami. „Wolnorynkowe rozwiązania klimatyczne”, jak się je nazywa, będą magnesem dla spekulacji, oszustwa i kapitalizmu kolesiów, co już widzimy na przykładzie handlu emisjami i równoważenia ich zalesianiem. A kiedy zmiana klimatu zacznie dotykać nie tylko biednych ale też bogatych, będziemy coraz bardziej szukać technicznych rozwiązań geoinżynieryjnych, żeby obniżyć temperaturę, z ogromnym i nieprzewidywalnym ryzykiem.

Wraz z ocieplaniem świata, panująca ideologia, która mówi, że każdy sobie rzepkę skrobie, możemy panować nad przyrodą, a ofiary zasługują na swój los, zabierze nas w naprawdę ponure miejsce. I będzie tylko coraz bardziej ponuro, gdy teorie o rasowej wyższości, miejscami słabo skrywane w ruchu denialistycznym, odnotują wielki powrót. Te teorie nie są czymś przygodnym: są konieczne dla usprawiedliwienia nieczułości wobec w większości niewinnych ofiar zmiany klimatu na globalnym Południu i w przeważająco afroamerykańskich miastach w rodzaju Nowego Orleanu.

W Doktrynie szoku zgłębiam to, jak prawica regularnie wykorzystuje kryzysy – prawdziwe i zmyślone – żeby przepychać brutalny program ideowy nakierowany nie na rozwiązywanie problemów powodujących kryzys, ale na wzbogacanie elit. Kiedy kryzys klimatyczny zacznie doskwierać, sytuacja ta nie będzie wyjątkiem. Jest to całkiem przewidywalne. Szukanie nowych sposobów na prywatyzację wspólnych dóbr i zyskiwanie na nieszczęściach są tym, do czego został stworzony obecny system. Ten proces zaszedł już daleko.

Jedyną niewiadomą jest to, czy pojawi się jakiś społeczny ruch opozycyjny, który przyniesie rozsądną alternatywę dla tak ponurej przyszłości. Oznacza to nie tylko zestaw alternatywnych propozycji politycznych, ale też inny światopogląd – konkurencyjny wobec tego będącego w sercu kryzysu ekologicznego – tym razem zbudowany na współzależności, a nie hiperindywidualizmie, wzajemności a nie dominacji, i współpracy a nie hierarchii.

Zmiana wartości kulturowych to, trzeba przyznać, bardzo ambitny cel. Wymaga on tego rodzaju ambitnej wizji, która pomagała walczyć ruchom społecznym 100 lat temu, zanim wszystko rozpadło się na pojedyncze „kwestie” do rozwiązywania przez odpowiedni segment zorientowanych biznesowo organizacji pozarządowych. Zmiana klimatu jest, zgodnie ze słowami ze Stern Review on the Economics of Climate Change, „największą klęską rynku, jaką kiedykolwiek widzieliśmy„. Zgodnie z wszelką logiką, realia te powinny wypełniać żagle postępowców zdecydowaniem, tchnąc nowe życie i zapał w długotrwałe walki ze wszystkim, od wolnego handlu do spekulacji finansowej, rolnictwa przemysłowego i zadłużenia trzeciego świata, elegancko splatając przy tym te utarczki w spójną opowieść o tym, jak chronić życie na Ziemi.

Ale to się nie dzieje, przynajmniej na razie. Jest to bolesna ironia, że kiedy ludzie z Heartland Institute obwołują zmianę klimatu lewicowym spiskiem, większość lewicowców dopiero musi się zorientować, że klimatologia wręczyła im najpotężniejszy argument przeciw kapitalizmowi od czasu „mrocznych diabelskich fabryk” Williama Blake’a (a te fabryki oczywiście były początkiem zmiany klimatu). Gdy protestujący przeklinają korupcję swoich rządów i elit biznesowych w Atenach, Madrycie, Kairze, Madison, Nowym Jorku i Warszawie, zmiana klimatu jest często niewiele więcej niż przypisem, podczas gdy powinna być ostatecznym ciosem.

Połową problemu jest to, że postępowcy – z rękami pełnymi roboty przez ogromne bezrobocie i liczne wojny – są skłonni zakładać, że wielkie grupy zielonych załatwiają sprawę klimatu. Drugą połową jest to, że wielu z tych zielonych panicznie unika jakiejkolwiek poważnej debaty o rażąco oczywistych źródłach kryzysu klimatycznego: globalizacji, deregulacji i pogoni współczesnego kapitalizmu za nieustannym wzrostem (tych samych sił, które odpowiadają za destrukcję reszty gospodarki). Wynik jest taki, że ci, którzy zajmują się problemami kapitalizmu, i ci walczący o działanie na rzecz klimatu pozostają od siebie odseparowani, a mały (choć dzielny) ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej – wskazujący na powiązania między rasizmem, nierównością i zagrożeniem dla środowiska – tworzy kilka chwiejnych mostów między nimi.

Prawica tymczasem miała wolną rękę w używaniu globalnego kryzysu gospodarczego do przedstawiania walki ze zmianą klimatu jako przepisu na ekonomiczny Armageddon, sposób na nieuniknione podniesienie kosztów dla gospodarstw domowych i zablokowanie nowych, niezbędnych miejsc pracy przy wierceniu i budowie nowych rurociągów. Jako, że właściwie nie ma mocnych głosów oferujących konkurencyjną wizję tego, jak nowy paradygmat ekonomiczny może zapewnić rozwiązanie kryzysów gospodarczego i ekologicznego, to sianie strachu łatwo znajduje publiczność.

Zamiast uczyć się na błędach, potężny odłam ruchu ekologicznego brnie tą samą katastrofalną drogą, przekonując, że jedyna szansa na klimatyczne zwycięstwo to przykrojenie sprawy do konserwatywnych wartości. Słychać to np. ze strony mocno centrowego Breakthrough Institute, który nawołuje do pójścia w rolnictwo przemysłowe i energię jądrową zamiast upraw organicznych i rozproszonej energii odnawialnej. Mówią to też niektórzy badacze śledzący rozwój denializmu klimatycznego. Niektórzy, jak Kahan z Yale, wskazują, że ci, którzy kwalifikują się jako „hierarchiści” i „indywidualiści”, chociaż jeżą się na każdą wzmiankę o regulacji, lubią duże, scentralizowane technologie, które potwierdzają ich wiarę, że człowiek może panować nad naturą. Tak więc, jak przekonuje on i inni, ekolodzy powinni zacząć podkreślać takie środki jak energia jądrowa i geoinżynieria (celowa interwencja w system klimatyczny przeciw globalnemu ociepleniu), oraz położyć większy nacisk na bezpieczeństwo narodowe.

Pierwszy problem jest taki, że ta strategia nie działa. Przez całe lata wielkie zielone organizacje promowały działanie na rzecz klimatu jako sposób na „bezpieczeństwo energetyczne”, a „rozwiązania rynkowe” są w zasadzie jedynymi do przyjęcia w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem denializm bije rekordy. Jednak bardziej martwiące w tym podejściu jest to, że zamiast sprzeciwiać się pokrętnym wartościom stojącym za denializmem, ono je umacnia. Energia atomowa i geoinżynieria to nie rozwiązania kryzysu ekologicznego; to zdwojenie wysiłków w tym pełnym pychy myśleniu krótkoterminowym, które wpędziło nas w te tarapaty.

Nie jest zadaniem dla ruchu postępowego zapewnianie członków spanikowanej, megalomańskiej elity, że ciągle są panami świata – ani nie jest to potrzebne. Według McCrighta, współautora badania o „Równych Gościach„, najbardziej skrajni, niereformowalni denialiści (wielu z nich to konserwatywni biali mężczyźni) są niewielką mniejszością populacji USA – około 10%. Jest prawdą, że ta statystyka kompletnie pomija układy sił. Ale rozwiązaniem tego problemu nie jest zmiana idei i wartości większości ludzi. Jest nim próba zmiany kultury tak, żeby ta mała choć nieproporcjonalnie potężna grupa – z jej niebezpiecznym światopoglądem – trzymała znacznie mniejszą władzę.

Niektórzy po stronie walczących o ochronę klimatu mocno przeciwstawiają się strategii ustępowania. Tim DeChristopher, który odsiaduje w Utah dwuletni wyrok za zakłócenie kompromitującej aukcji licencji na wydobycie ropy i gazu, wypowiedział się w maju na temat prawicowego twierdzenia, że działanie na rzecz klimatu pogrąży gospodarkę. „Wierzę, że powinniśmy stawić czoła zarzutom. Nie, nie próbujemy podkopać gospodarki, ale tak, chcemy ją wywrócić do góry nogami. Nie powinniśmy się starać ukrywać naszej wizji tego, co chcemy zmienić – zdrowego, sprawiedliwego świata, który pragniemy stworzyć. Nie szukamy małych zmian: chcemy gruntownej przebudowy gospodarki i społeczeństwa„. Dodał jeszcze: „Myślę, że jak zaczniemy o tym mówić, znajdziemy więcej sojuszników niż myślimy„.

Gdy DeChristopher wyraził swoją wizję ruchu klimatycznego połączonego z ruchem domagającym się głębokiej przemiany ekonomicznej, na pewno dla większości brzmiało to jak marzenie ściętej głowy. Ale już po pięciu miesiącach, kiedy Occupy Wall Street (OWS) zajmowało place i parki w setkach miast, można to było uznać za prorocze. Okazało się, że bardzo wielu Amerykanów łaknęło takiej transformacji na wielu frontach, od praktycznego do duchowego.

Chociaż zmiana klimatu we wczesnych tekstach ruchu była jakby myślą poboczną, świadomość ekologiczna była wpleciona w OWS od początku – od skomplikowanego systemu filtrowania wody, który używa wodę po zmywaniu naczyń do nawadniania roślin w Parku Zuccottiego, do społecznego ogrodu zasadzonego w Portland. W Bostonie laptopy i komórki były zasilane generatorami rowerowymi, a w Washington DC zainstalowano panele słoneczne.

I powstaje nowy sojusz polityczny. Rainforest Action Network, biorące na celownik Bank of America z powodu finansowania przez niego przemysłu węglowego, łączy się we wspólnej sprawie z aktywistami OWS (Occupy Wall Street), mającymi go na celu z powodu przejęć hipotek. Aktywiści przeciwni frackingowi wskazywali, że ten sam model gospodarczy, który rozsadza skały, żeby gaz ciągle płynął, rozsadza podłoże społeczeństwa, żeby ciągle płynęły zyski. A jest jeszcze historyczny ruch przeciw rurociągowi Keystone XL, który tej jesieni wyciągnął ruch na rzecz klimatu z biur lobbystów na ulice (a nawet do więziennych cel). Ludzie prowadzący kampanię przeciw Keystone zauważyli, że każdy, kogo niepokoi przejęcie demokracji przez korporacje, nie musi szukać dalej niż zepsuty proces, który doprowadził Departament Stanu do wniosku, że rurociąg niosący brudną ropę z piasków przez jeden z najbardziej wrażliwych obszarów kraju będzie mieć „ograniczony niekorzystny wpływ na środowisko”. Jak stwierdził Phil Aroneanu z 350.org: „Jeśli Wall Street okupuje Departament Stanu prezydenta Obamy i sale Kongresu, to czas, żeby ludzie okupowali Wall Street„.

Jednak te powiązania wychodzą poza wspólną krytykę władzy korporacji. Gdy członkowie Occupy pytają sami siebie, jaką gospodarkę należy zbudować na miejsce tej, która się rozpada wokół nas, wielu znajduje inspirację w sieci zielonych alternatyw ekonomicznych, które zakorzeniły się w ostatniej dekadzie – w zarządzanych społecznie projektach energetycznych, rolnictwie spółdzielczym i rynkach rolnych, w inicjatywach, które z powrotem ożywiły główne ulice i w sektorze spółdzielczym. Grupa w OWS przygotowuje plany uruchomienia pierwszej zielonej spółdzielni (drukarni); miejscowi aktywiści wołają o „Occupy the Food System!”; 20 listopada jest dniem „Occupy Rooftops” – to skoordynowany wysiłek, żeby przy pomocy crowdsourcingu kupować panele słoneczne dla wspólnych budynków.

Te modele gospodarcze nie tylko tworzą miejsca pracy i ożywiają społeczności, redukując przy tym emisje; robią to w sposób, który systematycznie rozprasza władzę – antyteza „ekonomii przez i dla 1%”. Omar Freilla, jeden z założycieli Green Workers Cooperatives w Południowym Bronksie, powiedział mi, że doświadczenie demokracji bezpośredniej, które tysiące przeżyły na placach i w parkach, było dla wielu „jak zginanie mięśnia, o którym nie wiedziało się, że się go ma”. I, jak mówi, teraz chcą więcej demokracji – nie tylko spotkań, ale też wspólnego planowania w miejscu pracy.

Innymi słowy, kultura szybko się zmienia. A to naprawdę wyróżnia ruch OWS. Trzymając transparenty mówiące „CHCIWOŚĆ JEST OHYDNA” i „LICZYSZ SIĘ DLA MNIE”, wcześnie zdecydowali się nie ograniczać swoich protestów do wąskich postulatów politycznych. Zamiast tego koncentrują się na głębszych wartościach niepohamowanej chciwości i indywidualizmu, które wywołały kryzys gospodarczy, tymczasem ucieleśniając w bardzo widoczny sposób radykalnie odmienne sposoby traktowania się nawzajem i odnoszenia się do przyrody.

Ta świadoma próba zmiany wartości kulturowych nie jest odwróceniem uwagi od „prawdziwych” zmagań. W trudnej przyszłości, którą już właściwie sobie zagwarantowaliśmy, niewzruszona wiara w równe prawa wszystkich ludzi i zdolność do głębokiego współczucia będą jedynym, co oddzieli człowieczeństwo od barbarzyństwa. Zmiana klimatu, narzucając nam ograniczenie, może posłużyć za katalizator właśnie takiej głębokiej zmiany społecznej i ekologicznej.

Kultura, koniec końców, jest płynna. Może się zmieniać. To dzieje się przez cały czas. Delegaci na konferencji Heartland Institute to wiedzą, i dlatego są tak zawzięci, żeby zagłuszyć góry materiału dowodowego, że ich światopogląd jest zagrożeniem dla życia na Ziemi. Zadaniem dla reszty z nas jest uznać, w oparciu o te same dowody, że naszym zbawieniem może być całkiem inny światopogląd.

Na podstawie: The Nation

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly