Po Międzynarodowym Roku Włókien Naturalnych 2009, następującym po moim ‘ulubionym’ Międzynarodowym Roku Ziemniaka 2008 - nastał ustanowiony przez ONZ Międzynarodowy Rok Bioróżnorodności. Celebracje kartofli czy agawy być może szczęśliwie Cię ominęły, tym razem jednak uważam, że wreszcie mamy rok rzeczywiście poświęcony rzeczy godnej uwagi.
Zacznijmy od tego, że rok 2010 wyznacza najbardziej spektakularne, choć jedno z najmniej znanych, złamanie obietnic dotyczących ochrony środowiska. W 2001 roku, rządy państw Unii Europejskiej zapowiedziały, że będą dążyć do zatrzymania dalszej zagłady żywych istot i ich środowiska naturalnego do 2010 roku, a następnego roku na Światowym Szczycie Ziemi w Johannesburgu przywódcy świata zobowiązali się do „znaczącego zredukowania” tempa ich utraty.
Marne szanse. Nie podjęto nawet najmniejszego wysiłku, aby osiągnąć ten cel – jeśli już coś się zmieniło, to było to przyspieszenie eksterminacji. I nic nie wskazuje na to, aby podjęta przez ONZ próba zawstydzenia rządów poprzez ustanowienie obecnego roku Rokiem Bioróżnorodności miała jakikolwiek skutek.
A jest to istotna kwestia. Gatunki giną w tempie od 1000 do 10 000 razy szybciej, niż miałoby to miejsce naturalnie. Według niektórych szacunków połowa z 13 mln form życia na naszej planecie do końca obecnego wieku zniknie. Byłoby to największe wymarcie gatunków od czasu wyginięcia dinozaurów 65 mln lat temu, po którym życie dochodziło do siebie przez miliony lat.
Zagłada dziewiczych terenów życia gatunków jest nawet gorsza od samych wymierań. Jest też coraz bardziej oczywiste, że wywoła to nie tylko kryzys ekologiczny, ale przede wszystkim ekonomiczny. Światowa gospodarka jest bowiem uzależniona od środowiska naturalnego.
Zależymy żywnościowo od gleb i mórz, lasy zapewniają nam wodę pitną, drzewa oczyszczają powietrze, dzikie gatunki dają nam składniki na lekarstwa itd. Bez takich „usług ekosystemów”, społeczeństwa – i te bogate i te biedne – załamałyby się. A wycinamy je całkiem skutecznie…

W ostatnich trzech stuleciach wycięliśmy 40 procent światowych lasów – które pochłaniają wodę deszczową zapewniając jej powolne uwalnianie zamiast gwałtownego spływu – co chroni przed powodziami. Jedna trzecia raf koralowych – najbardziej dogodnych miejsc do rozrodu ryb – została bardzo poważnie zniszczona. Każdego zaś roku erozji ulega porażająca ilość 25 miliardów ton gleb ornych.
Raport „The Economics of Ecosystems and Biodiversity (TEEB)” dotyczący przeprowadzony na zlecenie Komisji Europejskiej wykazał, że w ostatnich 50 latach 60 procent usług światowych ekosystemów zostało poważnie zdegradowanych, a związane z utratą lasów straty wynoszą 2000-5000 miliardów dolarów rocznie, czyli 7% światowego PKB. Ponadto koszt ten w nieproporcjonalnie wysokim stopniu ponoszą najubożsi, szczególnie mieszkający w tropikach i na co dzień uzależnieni od lasów.
Haiti to najbiedniejsze państwo półkuli zachodniej oraz jedno z najbardziej zdegradowanych środowiskowo. Oba te czynniki wiążą się ze sobą. Kiedyś niemal cała powierzchnia kraju pokryta była drzewami. Krzysztof Kolumb stwierdził, że „nigdy czegoś takiego pięknego jak lasy Haiti nie widział”, i chwalił żyzność tych ziem. Urodzajność ta spowodowała, że założone na Haiti kolonie były najbardziej produktywne w całym imperium francuskim, produkując około połowy cukru i kawy konsumowanych w osiemnastowiecznej Europie.
Obecnie 99 procent tych lasów jest wyciętych. W wyniku erozji gleby, która zaszła w następstwie wycinki drzew, połowa gruntów ornych nie została utracona. Opady deszczu zmalały w wielu miejscach o 40 procent, a to co dociera do powierzchni ziemi często powoduje powodzie. Woda pitna stała się rzadkością, większość jest zanieczyszczona: jedno na dziesięcioro dzieci cierpi z powodu pasożytów przewodu pokarmowego pochodzących z pitej przez nie wody.
Biedni mieszkańcy krajów Trzeciego Świata są najbardziej zależni od przyrody, jednak te związki z naturą rozciągają się również na bogate miasta, czasem w dość zaskakujący sposób. Przykładowo, ok. 400 londyńskich dzieci ma białaczkę lub chłoniaka. Czterdzieści lat temu dwie trzecie osób z takimi chorobami zmarłoby, dziś przeżywa ich aż 80%. Widać różnicę? Lekarstwa pochodzą z różowego barwinka, rosnącego w lasach tropikalnych Madagaskaru, rośliny, której istnienie było zagrożone, już zanim odkryto jej właściwości lecznicze.
Około połowy leków, w tym ok. trzy czwarte laków przeciwko rakowi jest pochodzenia naturalnego. Jakie stracimy lekarstwa, jeśli wyginą gatunki, z których je produkujemy?
Wszystkie te usługi są bezcenne – i to właśnie jest problem. Za ich degradację i utratę nikt nie musi płacić, co zachęca do dalszej destrukcji.
W raporcie TEEB możemy przeczytać zmuszające do refleksji słowa: „Trudno jest pomyśleć o jakimkolwiek innym zasobie, którego utratę tolerowalibyśmy nawet bez zadania sobie pytania: czego utratą ryzykujemy i dlaczego”. A przecież to nasze najcenniejsze dobro.
Dalsze badania dotyczyć będą sposobów przypisania wartości ekonomicznej bioróżnorodności i usług ekosystemów. To może być najważniejsza rzecz w obecnym Roku Bioróżnorodności.
Źródło Telegraph










