Artykuly

Geolog wietrzy spisek

Ponieważ zbliża się konkurs na „Klimatyczną bzdurę roku”, postanowiliśmy przypomnieć Państwu, omawiany już szerzej na blogu „Doskonale Szare” kuriozalny artykuł, który pojawił się kilka miesięcy temu na łamach „Przeglądu Geologicznego”. Mirosław Rutkowski, były rzecznik prasowy Państwowego Instytutu Geologicznego, w tekście Globalne ocieplenie jako fenomen kulturowy, opublikowanym (sic!) w liczącym się w kraju czasopiśmie naukowym „Przegląd Geologiczny” podzielił się swoimi przemyśleniami na temat antropogenicznej zmiany klimatu, dywagując, jak to się stało, że

hipoteza o globalnym ociepleniu wywołanym przemysłową emisją dwutlenku węgla w ciągu ostatnich czterech dekad przekształciła się w paradygmat naukowy i obiekt czci niemal religijnej dla ogromnej części mieszkańców zachodniej hemisfery.

Z paradygmatem naukowym można i należy się zgodzić, ale „obiekt czci niemal religijnej”? Czy panu Rutkowskiemu chodzi o to, że jest to teoria naukowa powszechnie akceptowana w środowisku zajmujących się tą kwestią badaczy? Czy w takim razie podobnie określiłby także teorię grawitacji czy prawa Maxwella? A może chodzi mu o to, że w odróżnieniu od nich antropogeniczne globalne ocieplenie niesie za sobą poważne implikacje społeczne, polityczne i gospodarcze? Tak czy inaczej jest to kwestia badań naukowych, a nie wiary.

Rysunek 1. Sesja plakatowa podczas konferencji Amerykańskiej Unii Geofizycznej, 2015. Zdjęcie: S. Malinowski.

Pierwsze pół strony p. Rutkowski poświęcił na opis korzeni „spisku klimatycznego”:

Wieść gminna (a raczej internetowa…) niesie, że źródłem rozwoju zdarzeń był nierówny podział dotacji dla naukowców zajmujących się badaniem atmosfery. Meteorolodzy synoptyczni, którzy układali krótkoterminowe prognozy pogody, otrzymywali znacznie więcej środków niż klimatolodzy zajmujący się trendami długookresowymi, minimum 50-letnimi. Ci ostatni, postrzegani przez opinię publiczną jako teoretycy, postanowili wziąć odwet na swych kolegach, bardziej docenianych za praktyczny aspekt badań. Najprostszą metodą zwiększenia prestiżu dowolnej gałęzi wiedzy jest wykazanie jej gigantycznego znaczenia dla gospodarki, społeczeństwa, a najlepiej dla całej planety. (…) Podobną technikę marketingową postanowili zastosować klimatolodzy, lansując nieco zapomnianą XIX-wieczną hipotezę szwedzkiego fizykochemika Svante Arrheniusa, rozwijaną później przez jego następców, a mówiącą o wpływie dwutlenku węgla na temperaturę Ziemi. Dodali do niej wyniki nowszych badań sugerujących, że to dodatek antropogenicznego CO2 do naturalnych emisji powoduje ocieplanie powierzchni naszego globu. Skutki miały być widoczne już na homogenizowanych, długich ciągach temperatur, a zwiększanie stężenia gazu w atmosferze groziło katastrofalnym ociepleniem.

Naukowcy mogą rzecz jasna przedstawić nieuzasadnione, a nawet naciągane hipotezy – to się zdarza. Jednak w naukach ścisłych poddaje się je merytorycznej, wykorzystującej pomiary i obserwacje weryfikacji. To, że sformułowana w XIX wieku przez Fouriera, Tyndalla, Arrheniusa i innych uczonych teoria dotycząca wpływu gazów cieplarnianych na klimat naszej planety stawała się stopniowo coraz bardziej ugruntowana, a konsekwencje naszych emisji gazów cieplarnianych coraz bardziej uświadamiane przez środowisko naukowe, decydentów i społeczeństwo, musiało poskutkować wzrostem zainteresowania tą kwestią. Kolejno badania potwierdzały poważny wpływ naszych emisji gazów cieplarnianych na klimat, tworzyły też coraz bardziej spójny obraz. Jednocześnie projekcje klimatu (na przykład wzrostu temperatury, zmian w opadach, wzrostu poziomu morza, zakwaszania oceanów, topnienia lodowców, lądolodów i lodu w Arktyce itp.), choć w momencie przedstawiania (dekady temu) były czymś kontrowersyjnym, okazały się sprawdzać w rzeczywistości (Mit: Nie ma globalnego ocieplenia, Mit: Przewidywania Jamesa Hansena z 1988 roku były błędne).

Co fascynujące, po tym sugestywnym wstępie, Mirosław Rutkowski zastrzega z jednej strony, że całą tę historię uważa za zwykłą „legendę miejską”… choć jednocześnie „wcale by jej nie odrzucał”…

Ile jest prawdy w tym opisie, szeroko rozpowszechnianym w internecie? Pewnie nigdy się nie dowiemy, zwłaszcza że rzecz miała swój początek w latach 60. ubiegłego stulecia. Zapewne niewiele, bo historia wygląda na urban legend. Pomija się w niej m.in. rzeczywisty rozwój fizyki atmosfery – nauki dostarczającej stopniowo, od połowy XIX w., coraz większej ilości danych o wpływie gazów cieplarnianych na temperaturę Ziemi. Powiadają, że w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Dlatego nie wyrzucałbym pochopnie tej opowiastki do kosza z napisem „Teorie spiskowe”…

Autor ma zapewne nadzieję, że przynajmniej część przytoczonych przez niego insynuacji czytelnicy wezmą za dobrą monetę i zapamiętają. 

Wieść gminna (a raczej internetowa…) niesie, że Mirosław Rutkowski nie tylko kupił sobie pracę doktorską, ale świadomie wprowadza w błąd działając na rzecz  koncernów węglowych. Ile jest prawdy w tym opisie? Pewnie nigdy się nie dowiemy. Zapewne niewiele, bo historia wygląda na urban legend. Powiadają jednak, że w każdej legendzie jest ziarno prawdy…

Brzmi jak bezczelne pomówienie, prawda? No, ale my tego nie twierdzimy, piszemy tylko, że takie słuchy chodzą w internecie… Pewnie bezzasadne… Ale czy aby na pewno nie ma w nich ziarna prawdy?

Właśnie coś tej klasy Mirosław Rutkowski napisał w
poważnym czasopiśmie naukowym o całym wielkim międzynarodowym środowisku
naukowym klimatologów.

Rysunek 2. Przed sesją otwierającą zjazd Europejskiej Unii Geofizycznej, 2013. Zdjęcie: Andrés Rodríguez Seijo, licencja CC BY-NC-ND 2.0.

Dalej autor wspomina o kolejnych badaniach, „wskazujących coraz wyraźniej na rolę dwutlenku węgla jako głównego regulatora globalnej temperatury”, jednocześnie jednak sugeruje, że to mało popularna hipoteza a zmiany klimatu związane są głównie ze zmianami w orbicie ziemskiej. Dziś wiemy, także dzięki przełomowym badaniom geologów, że zmiany orbity Ziemi wokół Słońca były impulsem powodującym ocieplenia i ochłodzenia klimatu, która nie byłyby jednak tak znaczące, gdyby nie występujące w ich trakcie zmiany stężenia dwutlenku węgla. Upraszczając: ocieplenie kończące epokę lodowcową jest skutkiem zmiany w ruchu orbitalnym Ziemi, a spowodowany nią wzrost temperatury w obszarach polarnych prowadzi do uwalniania CO2 z oceanów, co wzmacnia ocieplenie i skutkuje wzrostem temperatury na całej planecie. Rosnąca temperatura powoduje wzrost poziomu CO2, a rosnąca koncentracja CO2 powoduje dalsze ocieplenie. Więcej piszemy o tym w Mit: To ocieplenie powoduje wzrost koncentracji CO2 a nie na odwrót oraz w artykułach Zmiany klimatu kiedyś i dziś – w 80 lat do klimatu z czasów dinozaurów? Oraz Mit: Kiedyś w atmosferze było więcej CO2, więc teraz nie ma się czym martwić. Jeśli zaś idzie o geologów, gorąco polecamy wykład profesora geologii Richarda Alleya na temat historii geologicznej zmian klimatu i roli jaką w nich odgrywały zmiany koncentracji dwutlenku węgla w atmosferze, zatytułowany znacząco „The Biggest Control Knob: Carbon Dioxide in Earth’s Climate History„.

To hipisi nakręcili histerię klimatyczną…

Dalej p. Rutkowski docieka, dlaczego znana do lat 60. XX wieku tylko naukowcom zajmującym się fizyką atmosfery kwestia wpływu gazów cieplarnianych na klimat właśnie wtedy przebiła się do świadomości społecznej:

Dlaczego więc akurat w połowie lat 60. XX w. rewelacje klimatologów wywołały tak olbrzymie zainteresowanie? Oddźwięk medialny był niezwykle silny, co przełożyło się na rosnące zaniepokojenie społeczeństwa i polityków. (…) Aby zrozumieć przyczyny tak żywej reakcji na ostrzeżenia klimatologów, trzeba uwzględnić kontekst historyczny. Cóż to był za okres ów koniec lat 60. i początek 70. XX w.? Czasy były niewątpliwie szalone… (…) Ideologia, która wówczas powstała, żywiołowo manifestowana przez młodych ludzi, wstrząsnęła zastałymi społeczeństwami Zachodu i przeorała cały sposób pojmowania życia i świata. (…) Narodził się ruch hipisowski, kontestujący najpierw wojnę [Wietnamską], a potem cały porządek społeczny Zachodu. Obok ideologii pacyfistycznej dominantą ruchu była swoiście pojmowana ekologia. Prawdziwy hipis miał żyć w zgodzie z matką naturą, nie naruszać świętych praw przyrody, a przede wszystkim w żadnym stopniu nie szkodzić środowisku naturalnemu. Kolorowy świat młodych ludzi wywierał znacznie większy wpływ na „normalne” społeczeństwa, niż się to się przedstawicielom tych ostatnich wydawało. Zwyczajni, raczej konserwatywni mieszkańcy Zachodu, nawet jeśli z niesmakiem obserwowali zewnętrzne przejawy kontrkultury hipisów, zwłaszcza ekscesy narkotykowe i seksualne, to jednak przejmowali część ich haseł, głównie ekologicznych, często nie zdając sobie z tego sprawy.

Sprzyjające nastawienie społeczne nie było jedyną przyczyną rozpoczęcia publicznej dyskusji na temat zmiany klimatu. Wynikało to raczej z postępów nauki oraz publikacji pierwszego oficjalnego raportu pokazującego możliwe dramatyczne skutki tego zjawiska. Przeczytasz o tym m.in. w Historia naukowa fizyki klimatu, część 3: Zimna wojna i globalne ocieplenie oraz Ostrzeżenie o zmianie klimatu sprzed ponad pół wieku.

Rysunek 3. Prezydent Lyndon Johnson wita się z Rogerem Revellem, współautorem raportu Restoring The Quality of Our Environment w Gabinecie Owalnym. Zdjęcie z Roger Revelle Papers, Special Collections & Archives, University of California, San Diego.

W zasadzie p. Rutkowski nie porusza w tym fragmencie kwestii naukowych, ale musimy odnotować, że tak długie odnoszenie się do hippisów oraz używanie słów takich jak „szalone czasy”, „ideologia”, „życie zgodnie z matką naturą”, „nie naruszanie świętych praw przyrody”, „kolorowy świat młodych ludzi”, „seks i narkotyki” występujące w kontekście nauki o klimacie najwyraźniej mają stworzyć mentalne powiązania pomiędzy nimi. To standardowe podejście inżynierii programowania neurolingwistycznego (NLP), mające nastrajać czytelników w określony sposób (tutaj: „klimatologia to ideologia zielonych nawiedzeńców”).

Czas zaniepokojenia „Granicami Wzrostu”

Dalej Rutkowski dodaje, że bardzo duży udział w uświadamianiu sobie przez społeczeństwo miały ostrzeżenia przed wyczerpaniem się zasobów naturalnych oraz ograniczoną zdolnością środowiska do pochłaniania zanieczyszczeń, przedstawione między innymi w raporcie „Granice Wzrostu” (Limits to Growth), opublikowanym w 1972 roku pod egidą Klubu Rzymskiego. Owszem, głosy tego rodzaju miały zdołały pobudzić społeczeństwa i decydentów do refleksji. Dzięki nim poważnie potraktowano zagrożenia takie, jak kwaśne deszcze, dziura ozonowa czy antropogeniczna zmiana klimatu. Jeśli jednak ucieszyliśmy się, że autor napisał coś sensownego, to natychmiast czeka nas rozczarowanie. Jego zdaniem ostrzeżenia były zupełnie nieuzasadnione.

Dzisiaj widać, że tezy raportu, zwłaszcza te dotyczące ropy naftowej, kompletnie rozminęły się z rzeczywistością, ale w latach 70. ub.w. dokument był podstawą odniesienia we wszystkich rozważaniach dotyczących przyszłości naszej planety, degradowanej przez przemysł i rosnącą konsumpcję.

A więc (w domyśle), ostrzeżenia przez konsekwencjami antropogenicznej zmianą klimatu można zignorować.

Myśl, że wzrost gospodarczy, do którego jesteśmy tak przywiązani, może prowadzić do katastrofy, jest nie tylko bardzo nieprzyjemna, lecz także bardzo niewygodna dla wielkiego biznesu, ekonomistów i polityków. Wielokrotnie na wykładach słyszałem opinię, że to wszystko „strachy na Lachy”, czego dowodem miałyby rzekomo niezrealizowane prognozy przedstawione w „Granicach wzrostu”. Opracowano je z użyciem komputerowego modelu światowej gospodarki a przewidywały wzrastające niedobory zasobów i wzrost zanieczyszczeń, a finalnie załamanie gospodarki i spadek populacji. Wprawdzie nikt nie neguje, że wyczerpywanie się najłatwiej dostępnych zasobów postępuje, ale przecież do krachu nie doszło, prawda?

Staranniejsza analiza raportu pozwala jednak odkryć, że według jego autorów na moment załamania cywilizacji (gdyby miał nastąpić) musimy poczekać jeszcze kilka lat. Dodatkowo, jak podkreślają, opracowanie nie jest prognozą (przepowiednią przyszłości), ale analizą trendów przy pewnych założeniach tempa wzrostu, całkowitej ilości dostępnych zasobów i stopnia ich recyklingu, produktywności ziem rolnych, ilości emitowanych zanieczyszczeń i efektywności ich ograniczania itp. Oprócz scenariusza wyczerpania zasobów przedstawiono przykładowo, jak zmieniłyby się trendy w przypadku ich podwojenia, wprowadzenia ściślejszych standardów recyklingu, substytucji i kontroli zanieczyszczeń, podwojenia plonów z hektara i zatrzymania wzrostu populacji. Wszystkie te opcje przesuwają ostateczne zderzenie z fundamentalnymi ograniczeniami o kilka dziesięcioleci. Model pokazuje jednak, że nie wpływają one na jakościowe zachowanie systemu (osiągnięcie szczytu, a później spadek), jeśli próbuje się jednocześnie utrzymać wzrost gospodarczy. Zmienia się najwyżej to, jaka bezpośrednia przyczyna (wyczerpywanie się zasobów, niedostatek żywności, zanieczyszczenie środowiska i in.) powoduje załamanie systemu. Według obliczeń autorów, dramatycznego upadku naszej cywilizacji daje się uniknąć jedynie w scenariuszach zakładających naszą świadomą interwencję ukierunkowaną na ograniczenie wzrostu gospodarczego i populacji, w połączeniu z efektywnym wykorzystywaniem zasobów i kontrolą zanieczyszczeń.

Rysunek 4. Okładki książek „Granice wzrostu” oraz „Granice wzrostu: po 30 latach”.

 Mało kogo zaskoczy informacja, że słuchacze moich wykładów, którzy wypowiadają się na temat rzekomej zawartości „Granic wzrostu”, sami przyznają, że tej książki wcale nie czytali. Zapytani odpowiadają na przykład „Wprawdzie książki nie czytałem, ale gdzieś o tym słyszałem/czytałem” albo „No, kiedyś czytałem, choć szczegółów nie pamiętam”. Wtedy otwieram plik z wersją elektroniczną książki (dostępna tutaj w formacie pdf) i wraz z całą salą przyglądamy się prognozom (strony 122 i następne). Zapoznanie się ze scenariuszami choćby przez 2-3 minuty zamyka dyskusję. 

„Granice wzrostu” powstały już ponad 40 lat temu, można więc zweryfikować prognozy autorów, porównując je z tym, co się zdarzyło od czasu opublikowania ich raportu. Wydana w 2004 roku książka „Granice wzrostu: po 30 latach” aktualizuje model z uwzględnieniem tego, co wydarzyło się przez wcześniejszych 30 lat. Żadna z tych zmian nie jest na tyle znacząca, aby zmienić jakościowe konkluzje z pierwszego opracowania. 

W 2009 roku Charles A.S. Hall i John W. Day zweryfikowali przewidywania w artykule Revisiting the Limits to Growth After Peak Oil („Ponowne spojrzenie na Granice wzrostu po Oil Peak”). Ich analiza pokazuje, że przewidywania sprzed blisko 40 lat są zaskakująco dokładne, biorąc pod uwagę, jak dawno temu zostały sformułowane. „Nie jest nam znany żaden przygotowany przez ekonomistów model, który byłby równie dokładny w tak długiej skali czasowej”, podsumowali autorzy. W 2011 roku obszerną analizę Granic wzrostu Ugo Bardi. Jego zdaniem „ostrzeżenia z 1972 roku (…) stają się coraz bardziej niepokojące, w miarę jak rzeczywistość wydaje się podążać trajektorią bliską (…) wygenerowanych przez scenariusz krzywych”. 

Oczywiście, istotnym pytaniem jest: Kiedy przejemy zakumulowany przez naturę kapitał środowiska i zderzymy się z granicami wzrostu? Czy mówimy o bliskiej przyszłości, czy o czymś, z czym przyjdzie zmierzyć się za setki lub tysiące lat? Jak napisał Graham Turner, w swojej analizie Is Global Collapse Imminent?: 

trendy danych w świetle dynamiki granic wzrostu wskazują, że wczesne stadia załamania mogą pojawić się w ciągu dekady, a nawet już mogą występować. Wskazuje to, że, z punktu widzenia racjonalnego zarządzania, zmarnowaliśmy minione dziesięciolecia, a przygotowywanie się na załamanie globalnego systemu może być nawet ważniejsze od prób zapobieżenia mu.

Rysunek 5. Scenariusze referencyjne „Granic wzrostu” (linie przerywane) zestawione z danymi historycznymi 1970–2010 (linie ciągłe). Podkreślmy: szczyt wzrostu nie musi nastąpić w najbliższej dekadzie – sięgając po nowe zasoby, poprawiając efektywność ich pozyskiwania, polepszając współczynnik recyklingu, zwiększając plony itp., można przesunąć maksima krzywych o kilka dziesięcioleci, choć niestety jakościowe zachowanie systemu (osiągnięcie szczytu, a później spadek) przy próbach utrzymywania wzrostu gospodarczego się nie zmienia. (Turner, 2014)

Można „żyć z oszczędności” (a nawet „na kredyt”), spalając nieodnawialne paliwa kopalne, zużywając rudy metali, wycinając lasy, niszcząc gleby, wypompowując nieodnawialne pokłady wód głębinowych, emitując do otoczenia kumulujące się w nim zanieczyszczenia itp. – jednak tylko przez pewien czas. Konsumując zasoby szybciej, niż się one odtwarzają, oraz emitując więcej zanieczyszczeń niż ekosystemy są w stanie zneutralizować, żyjemy na koszt przyszłych pokoleń. Wiele wskazuje na to, że – tak jak przewidują scenariusze Granic wzrostu – nie będzie to problem dopiero naszych praprawnuków, ale jeszcze nas samych, a uważny obserwator już teraz może zauważyć wyraźne sygnały ostrzegawcze.

Widać, że Rutkowski komentuje „Granice Wzrostu”, choć najwyraźniej wcale ich nie czytał…

ONZ nagłośniło…

Kolejny punkt artykułu Rutkowskiego dotyczy zaangażowania w dyskusję na temat zmiany klimatu i możliwości jej powstrzymania lub ograniczenia jej skutków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pisze między innymi:

Potrzebne były dodatkowe czynniki wspierające argumentację klimatologów. Jednym z ważniejszych było przeniesienie dyskusji z poziomu debat naukowych, konferencji prasowych i manifestacji na szczebel rządów i organizacji międzynarodowych. Jakościowym skokiem było włączenie się ONZ do ruchu ochrony najpierw środowiska, a potem klimatu.

Biorąc pod uwagę, że emisje gazów cieplarnianych wpływają na klimat całej planety niezależnie od miejsca pochodzenia, ewentualne powstrzymane globalnego ocieplenia wymaga skoordynowanego działania wszystkich krajów świata. Nic więc dziwnego, że organizacją, która zajęła się tą kwestią jest właśnie ONZ. Według Rutkowskiego to stworzonemu przez Organizację Międzyrządowemu Panelowi ds. Zmiany Klimatu (IPCC) i jego raportom zawdzięczamy, że „Przeciętny odbiorca informacji medialnych zaczynał odnosić wrażenie, że w nauce zapanował już konsensus w sprawie przyczyn zmian klimatycznych.” Na pewno jest to częściowo prawda, bo w swoich kolejnych raportach IPCC donosił, że na globalnego ocieplenia z działalnością człowieka jest coraz więcej i coraz silniejszych dowodów (czytaj więcej: Podsumowując podsumowanie, V raport IPCC, podsumowanie dla decydentów po polsku). W raporcie z roku 2013 przeczytaliśmy już, że

Jest niezwykle prawdopodobne [prawdopodobieństwo ≥95% – przyp. redakcji], że wpływ człowieka na obserwowane od połowy XX wieku ocieplenie jest dominujący.

Jeśli „przeciętny odbiorca informacji medialnych” (choć my wolimy słowo „obywatel”) „odnosi wrażenie, że w nauce zapanował już konsensus w sprawie przyczyn zmian klimatycznych”, to nie ma się czemu dziwić, bo tak jest (patrz Mit: Nauka nie jest zgodna w temacie globalnego ocieplenia). Należy podkreślić, że na całym świecie nie ma ani jednej instytucji naukowej o międzynarodowej renomie, która miałaby odmienną od IPCC opinię.

Rysunek 6. Konsensus naukowy względem zmiany klimatu. (Na podst. Skeptical Science).

Rzecz jasna nauki nie uprawia się przez głosowanie – nauka nie jest demokracją. Jest dyktaturą. Dyktaturą dowodów. Kwestia zmiany klimatu jest sprawdzalnym naukowo, opisywanym prawami fizyki zjawiskiem, potwierdzonym przez setki namacalnych dowodów – i stąd właśnie bierze się tak jednogłośna opinia organizacji badawczych – jeszcze poruszymy ten wątek.

„Politycy forsują kwestię zmiany klimatu”

Zdaniem Rutkowskiego globalne ocieplenie zawdzięcza swoją medialną karierę politykom („najczęściej lewicowym lub liberalnym”). Nie negując roli polityków w kształtowaniu dyskursu publicznego, warto zauważyć, że jeśli mówią o tym, że zmiana klimatu to poważny problem spowodowany działalnością człowieka, to po prostu słuchają w tej kwestii głosu naukowców. A w gronie naukowców identyczne wnioski przedstawiają Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy, Francuzi, Australijczycy, Japończycy, Rosjanie, Chińczycy, Hindusi, Brazylijczycy itd. (w sumie stanowisko w temacie zagrożenia zmianą klimatu zabrało 80 narodowych akademii nauk), czyli przedstawiciele krajów zażarcie kłócących się na setki tematów. 

Szczególnie wyróżniony w artykule zostaje były amerykański wiceprezydent Al Gore. Warto zaznaczyć, że choć Al Gore jest politykiem a nie klimatologiem, to w trakcie studiów uniwersyteckich na Harvardzie wysłuchał wykładów Rogera Revelle, słynnego oceanologa, który wraz z Hansem Suessem wykazał, na podstawie badań izotopowych, znaczenie spalania paliw kopalnych dla wzrostu koncentracji CO2 w atmosferze i oceanie. Gdy Gore’owi zdarzało się popełnić w swoich wypowiedziach jakiś błąd (wynikający na przykład z niedostatecznej weryfikacji źródeł, jak we wspomnianym przez Rutkowskiego przypadku opowieści o dzieciach szukających w kopalniach wytchnienia od zanieczyszczonego powietrza), przepraszał za pomyłkę i więcej jej nie powtarzał. Zastrzeżenia do tego, co mówi Al Gore nie są argumentem naukowym za tym, że ludzkość nie powoduje globalnego ocieplenia. Niemniej, warto jest przyjrzeć się rzekomym błędom w filmie „Niewygodna prawda”, bo mówią one wiele o klimatologii oraz o metodach jego krytyków – piszemy o tym w artykule Mit: „Niewygodna prawda” Ala Gore’a to kłamstwo. 

„Temat pompuje też wielki biznes”

Wśród winnych nie mogło zabraknąć oczywiście korporacji, które jak zawsze starają się wpływać na opinię publiczną, polityków i regulacje prawne.

Przedsiębiorcy dosyć późno zorientowali się, że na globalnym ociepleniu można zarobić. (…) Jest to spory tort do podziału, stąd entuzjazm dla ograniczania emisji wśród sporej części biznesu nie jest wcale wymuszony. Przekłada się to na jawny lub skrywany lobbing nowych rozwiązań w dziedzinie ochrony klimatu, z czego korzysta wiele organizacji ekologicznych, a także media, naukowcy i politycy.

Owszem, działania korporacji w obszarze kwestii klimatycznych trwają już od dawna i są doskonale udokumentowane. Jednak w większości szły one w odwrotną stronę niż sugeruje to autor.

Jak oszacowała Międzynarodowa Agencja Energii, w 2014 roku światowe dotacje do OZE (odnawialnych źródeł energii) wyniosły 112 miliardów dolarów. Jednak, w tym samym czasie, dopłaty do paliw kopalnych wyniosły 490 miliardów dolarów rocznie, a po doliczeniu dotacji, przyznawanych producentom paliw w postaci np. ulg podatkowych, nawet tysiące miliardów dolarów rocznie (patrz np. tutaj i tutaj). Po doliczeniu kosztów zewnętrznych paliw kopalnych do rachunku dochodzą kolejne tysiące miliardów dolarów, według rachunków MFW dając skumulowaną kwotę subsydiów do spalania paliw kopalnych 5300 mld dolarów rocznie. Nic dziwnego, że koncerny naftowe i węglowe tak bardzo chcą utrzymać status quo, w którym mogą traktować atmosferę jako niemal darmowy ściek.

O tym, jak korporacje fabrykowały wątpliwości względem nauki o klimacie i blokowały działania na rzecz ochrony klimatu przeczytasz m.in. w Historia denializmu, Przemysł Sfabrykowanych Wątpliwości [1/2], Przemysł Sfabrykowanych Wątpliwości [2/2], Co przez kilkadziesiąt lat ukrywał Exxon?, Dlaczego Exxon finansował badania nad CO2 a następnie zdyskredytował ich wyniki?, Exxon i fabrykowanie wątpliwości, czyli jak za miliony dolarów zwalczać naukę.

Elementarna fizyka

Na deser Rutkowski przedstawia czytelnikom romantyczną wizję walki pomiędzy przedstawicielami różnych dziedzin nauki:

Oporni byli zwłaszcza geolodzy […]. Nacisk fizyków, wspieranych przez media, polityków i biznes, był jednak zbyt silny. Kolejno padały bastiony niedowiarków. Organizacje geofizyczne, geologiczne i przyrodnicze zgłaszały swój akces do grona wierzących. (…)

A dlaczego naprawdę „padały bastiony niedowiarków”? Ponieważ nie da się długo zaprzeczać wielokrotnie zweryfikowanej wiedzy naukowej. Stopniowo więc wszyscy sceptyczni wobec nowej teorii (rzetelnie sceptyczni, nie negacjoniści!) przyjmowali fakty do wiadomości. Ponieważ jednak autor kieruje się własną wizją świata, zadaje pytanie:

Czy możliwa jest jeszcze rzetelna dyskusja naukowa nad przyczynami zmian klimatu? Wydaje się, że nie.

Choć pytanie retoryczne, my na nie odpowiemy. Tak! Ona cały czas trwa: powstaje mnóstwo prac i są one dyskutowane. Tyle że kwestie fundamentalne są już na tyle dobrze poznane, że ich zanegowanie wymagałoby naprawdę mocnych dowodów. Możliwość, że naukowcy się mylą, a badania, na których jest oparte nasze rozumienie zmiany klimatu, okażą się nieaktualne jest niezmiernie mało prawdopodobna. Dlaczego?

Pisaliśmy to w naszych artykułach już wiele razy, ale wyraźnie musimy to powtórzyć. Mechanizm efektu cieplarnianego opisuje elementarna fizyka bazująca na wiedzy znanej już w XIX wieku. Już wtedy naukowcy prognozowali, że dalszy wzrost emisji gazów cieplarnianych spowoduje ocieplenie powierzchni planety, wzrost poziomu morza, topnienie lodowców, lodu morskiego w Arktyce czy przesuwanie się stref klimatycznych. Wszystko to (zdarzenia bez precedensu) nastąpiło. Wzrost poziomu morza jest najszybszy w holocenie, znikają lodowce liczące sobie wiele tysięcy lat itp. itd. Ocieplenie związane z gazami cieplarnianymi ma swoją unikalną sygnaturę (tak samo, jak miałyby ją inne możliwe przyczyny, takie jak wzrost aktywności słonecznej, zmiana aktywności wulkanów, promieniowanie kosmiczne itd.) – w przypadku ocieplenia wywoływanego przez gazy cieplarniane obserwujemy ocieplenie troposfery połączone z ochładzaniem stratosfery, szybsze ocieplanie się nocy niż dni i parę innych. Co więcej, bezpośrednio obserwujemy zmiany w widmie dochodzącego do powierzchni Ziemi promieniowania długofalowego i promieniowania opuszczającego Ziemię. Wszystko w zgodzie z tym, co przewiduje fizyka (patrz np. Chcecie dowodów, że CO2 ma wpływ na efekt cieplarniany? Proszę bardzo!).

Rysunek 7. Zestawienie obserwowanych zjawisk z potencjalnymi przyczynami ocieplania się klimatu. Zielone pola oznaczają zjawiska, których zgodnie z prawami fizyki powinniśmy spodziewać się przy działaniu określonego czynnika, czerwona pola to zjawiska, które nie powinny być obserwowane. Źródło.

Ani jedna z hipotez proponujących mechanizm obserwowanej obecnie zmiany klimatu inny niż wymuszanie przez antropogeniczne emisje gazów cieplarnianych, nie znalazła potwierdzenia obserwacyjnego. Większość z nich nie może być prawdziwa, bo łamie jednocześnie wiele podstawowych praw fizyki. Jeśli dopuścimy myśl, że zajmujący się klimatem naukowcy bazują na błędnych przesłankach i nie rozumieją działania transferu energii w atmosferze, cyklu węglowego, zmian dawnego klimatu i ich przyczyn, musimy także przyjąć do wiadomości, że nieprawidłowe jest wszystko co wiemy o mechanice kwantowej, promieniowaniu elektromagnetycznym i termodynamice a nasze satelity, telefony komórkowe i elektrownie jądrowe działają przez przypadek, a gigantyczny wzrost energii zgromadzonej w oceanie to efekt błędu pomiarowego.

W uwagach końcowych Rutkowski zdąża jeszcze odgrzać znany mit:

W latach 70. XX w. powszechne było przekonanie o nieuchronności nadejścia kolejnego zlodowacenia, kończącego obecny interglacjał, tak sprzyjający rozwojowi ludzkości. O zbliżającym się okresie glacjalnym później jakby zapomniano.

To po prostu nieprawda. Przewidywania epoki lodowcowej w latach 70. były rozpowszechniane głównie przez media. Większość recenzowanych badań naukowych z tego okresu przewidywało ocieplenie wywołane przez wzrost ilości dwutlenku węgla w atmosferze. Rozważano także scenariusze gwałtownego ochłodzenia klimatu, tzw. „zimy nuklearnej”, wywołanej ewentualną światową wojną jądrową. Więcej na ten temat piszemy w Mit: W latach 70. XX wieku naukowcy przewidywali epokę lodowcową.

„Naiwne pytanie”

Na koniec mamy naprawdę mocne uderzenie:

Geolog mógłby w tym miejscu postawić naiwne pytanie: A jeśli kolejne zlodowacenie jednak nadejdzie? Przecież główne parametry systemu nie zmieniły się zasadniczo w czasie holocenu. Ten sam jest układ kontynentów, prądów morskich, nachylenie osi ziemskiej, orbita, podobne są fluktuacje aktywności Słońca i wahania składu atmosfery.

Takie naiwne pytanie mógłby tylko postawić skrajnie niekompetentny geolog, będący zupełnie nie na bieżąco ze stanem wiedzy naukowej (dostępnej tu czy tu).

O ile takie same jak wcześniej w holocenie są „układ kontynentów, prądów morskich, nachylenie osi ziemskiej, orbita, fluktuacje aktywności Słońca”, to „wahania składu atmosfery” radykalnie wykraczają poza zmienność z ostatnich 11 000 lat holocenu. Piszemy o tym m.in. w artykule Koniec Holocenu. Stężenie CO2, przekraczające już 400 ppm jest najwyższe od wielu milionów lat (podobnie jest też z wieloma innymi gazami cieplarnianymi), a temperatura od ponad 100 tysięcy lat (Hansen i in. 2016).

Co powiedzą rzecznicy teorii o antropogenicznych przyczynach zmiany klimatu jeśli czapy lodowe zaczną się rozrastać? Przepraszamy, model wymaga korekty?

Gdyby obserwacje pokazały, że rosnące stężenie gazów cieplarnianych nie powoduje zmiany bilansu radiacyjnego planety, wzrostu temperatury i innych prognozowanych zjawisk, to tak właśnie by się stało – teoria zostałaby skorygowana. Jest to praktycznie tak prawdopodobne, jak to, że po wyskoczeniu z okna na 10 piętrze (do czego nie zachęcamy!) Mirosław Rutkowski nie spadnie w dół, lecz zacznie unosić się w powietrzu.

Podsumowując, naprawdę nie rozumiemy, jak to możliwe, że Mirosławowi Rutkowskiemu, posługującemu się afiliacją Państwowego Instytutu Geologicznego, udaje się opublikować taki tekst w „Przeglądzie geologicznym”, uznawanym w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego za poważne czasopismo naukowe.

Marcin Popkiewicz, konsultacja merytoryczna: prof. Szymon Malinowski, Nauka o klimacie

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly