ArtykulyPowiązania

Monstrualna meduza uwielbia globalne ocieplenie

W jednej z opowieści o Sherlocku Holmesie pt. „Lwia grzywa”, słynny detektyw przechadza się po plaży i natyka się na umierającego mężczyznę. Ten ostatnim tchnieniem wykrzykuje: „Lwia grzywa!”. Plecy tego człowieka, niejakiego Fitzroya McPhersona, pokrywają krwawe pręgi, “jakby go wychłostano drutem kolczastym” – jak opisuje Sherlock.

Podejrzanym jest kolega McPhersona, krewki Ian Murdoch. Było nie było, któregoś razu wyrzucił psa McPhersona przez okno. Podejrzenia te jednak rozwiewają się, gdy i on zostaje w tajemniczy sposób okaleczony podczas kąpieli w wodach zatoki, przeżywając jednak ów atak. Sherlock rozwiązuje zagadkę, bazując na zapiskach ze wspomnień pewnego marynarza. Zabójcą okazuje się być zamieszkująca wody zatoki olbrzymia meduza, Cyanea capillata, nazywana lwią grzywą.

Wielki detektyw odkrywa prawdę. Wspólnie z inspektorem policji i niejakim Stackhurstem rusza na plażę, gdzie wskazuje sprawcę. “Cyanea!”, wykrzykuje. “Cyanea! Widzicie tą meduzę?”. Wielka bełtwa kryje się wśród skał. Sherlock oznajmia: “Narobiła już wystarczająco zła. Jej dni są policzone. Pomóż mi Stackhurst! Wykończmy tego mordercę!” Wrzucają do morza głaz, rozgniatając stwora.

Bełtwa festonowa

Rysunek 1. Bełtwa festonowa (ang. „lion’s mane” – lwia grzywa). Źródło

To całkiem okrutna opowiastka, a skutki porażenia przez bełtwę festonową (z łaciny Cyanea capillata), są tu mocno przesadzone. Jednak to stworzenie zapisze się na kartach historii znacznie dobitniej, niż jako złoczyńca z opowiadań. Holmes nie wspomniał, że jest to największa meduza na świecie, o ciele o średnicy dochodzącej do 2,5 metra i mackach długich na niemal 40 metrów. Jest więc większa, niż największy wieloryb świata, płetwal błękitny. I to miłe stworzenie naprawdę, ale to naprawdę kocha globalne ocieplenie. Podbija coraz większe połacie światowych oceanów. Powitajcie nowych żelatynowych władców mórz!

To właśnie te setki niemal niekończących się macek umożliwiają jej tak niezwykłą ekspansję. Tak twierdzi Lisa-Ann Gershwin, biolog morska z Australia’s Commonwealth Scientific and Industrial Research Organisation: „Te macki są jak wędki. Każda z nich nieustannie coś łapie. A że łowią wszystkie na raz – łowią ogromne ilości jedzenia”.

‘Lwia grzywa’ nie przebiera – chwyta drobny plankton, mniejsze gatunki meduz, ale też własnych pobratymców. Jej bronią są komórki-parzydełka, zwane nematocystami, które zakończone są harpunem z trucizną, wbijanym w ciało ofiary. Wprawdzie żądło ‘lwiej grzywy’ nie jest tak groźne, jak jadowitego kostkowca, ale wystarczy, by sparaliżować mniejsze morskie stworzenia i dotkliwie poparzyć człowieka (co objawia się zaczerwienieniem, opuchlizną i nieznośnym kłuciem). Meduza może „obsłużyć” ofiarę jedną macką, naganiając ją parzącymi szturchnięciami w stronę otworu gębowego na brzuchu (pełniącego również rolę odbytu), a następnie do jamy gastralnej. Potem, przez system kanałów, składniki odżywcze rozprzestrzeniają się po całym ciele.

To tak proste i skuteczne, że w procesie ewolucji ‘lwia grzywa’ nie dorobiła się porządnych oczu. Potrafi jedynie odróżnić światło od ciemności, nie rozróżnia kształtów, ani kolorów (co ciekawe, kostkowce mają oczy podobne do naszych – pewnie po to, by ze złośliwą satysfakcją obserwować panikę, jaką sieją wśród ludzi). A co z mózgiem? Jak się okazuje – jest całkiem zbędny. ‘Lwia grzywa’ ma zwoje nerwowe, które automatyzują wszystkie procesy, ale nie przypominają one mózgu.

„Mózg jest przereklamowany”, twierdzi Gershwin. „To całkiem zabawne, jak one sobie dobrze bez niego radzą; podobnie jak muchołówki. Sporo bezmózgich stworzeń stać na naprawdę wyrafinowane zachowania.”

Za to rozmnażanie ‘lwiej grzywy’ to całkiem skomplikowany proces. Samce wstrzykują nitki spermy do wody, a samica zasysa je przez otwór gębowo-wydalniczy. Z jajeczek zapłodnionych wewnątrz samicy wykluwają się larwy, które najpierw wędrują w ciele matki, po czym opuszczają je i osiadają na dnie morza. Jednak larwy nie przekształcają się od razu w meduzę, ale w małe, białe rurki z marszczoną końcówką, zwane polipami. W tym stanie czekają na sprzyjające warunki, żeby sklonować się setki razy, uwalniając do wody małe meduzki. Lisa-Ann Gershwin podejrzewa, że spotykane dziś ogromne kolonie meduz mogą być klonami jednego, maleńkiego polipa – choć należy to potwierdzić za pomocą badań genetycznych. To trochę jak w Gwiezdnych Wojnach – Ataku Klonów.

Operacja ‘Żądło’

Bez dwóch zdań, mamy prawdziwą inwazję meduz. Populacje ‘lwiej grzywy’ w światowych oceanach gwałtownie się mnożą – i jest to nasze dzieło. Globalne ocieplenie, przełowienie ryb, zanieczyszczenia, strefy beztlenowe, … Według Gershwin niemal każde ludzkie działanie, które szkodzi oceanom, jednocześnie służy meduzom. Dane dotyczące meduz są nieliczne, więc nic nie jest jeszcze przesądzone, ale, jak twierdzi Gershwin: „wiemy, że meduzy parzą turystów, że zatykają rury reaktorów jądrowych, że zabijają łososie; ale nie mamy pojęcia, co oceany (i nasze z nimi relacje) czeka w dłuższej perspektywie”.

Jako ludzie powinniśmy przeciwdziałać globalnemu ociepleniu. Jednak lwie grzywy i ich meduzi kuzyni woleliby, żebyśmy dali sobie spokój z działaniami. W ciepłej wodzie szybciej rosną, a także lepiej się rozmnażają. U niektórych gatunków polipy rozwijają się tylko w okresie długich letnich dni, inne czekają, aż temperatura wody wzrośnie do odpowiedniego poziomu. To dlatego ocieplenie oceanów może przynieść inwazję meduz.

Co więcej, globalne ocieplenie powoduje spadek stężenia tlenu w morzach i oceanach, co również cieszy meduzy. Jak zauważa Gershwin, „zimniejsza woda zawiera więcej rozpuszczonego tlenu, niż woda ciepła. Stąd też nawet niewielkie ocieplenie – o stopnień, o pół, a nawet o ćwierć stopnia – zmniejsza ilość tlenu rozpuszczonego w wodzie”.

A meduzy świetnie sobie radzą w wodach ubogich w tlen. Przeciwnie niż inne morskie stworzenia. W obliczu niedotlenienia duszą się duże ryby, potrzebujące tlenu do pracy mięśni, podczas gdy meduzy dryfują wokół leniwie, wcale nie zbite z tropu.

Dodatkowo, do oceanów trafiają rzeki ścieków i nawozów – składników odżywczych, za którymi szaleją mikroskopijne rośliny zwane fitoplanktonem. Fitoplankton kwitnie w najlepsze, po czym zjadają go mikroskopijne zwierzęta (zooplankton), które później lądują w jamie gębowej meduz. A kiedy fitoplankton obumiera i się rozkłada, żywiące się nim bakterie wysysają z wody jeszcze więcej tlenu.

Dodajmy do tego fakt, że trzebimy światowe populacje ryb – eliminując nie tylko drapieżców polujących na meduzy, ale też ich konkurencję – i zostajemy z ręką w nocniku pełnym parzącej żelatyny. „Kusić może wizja meduz, jako wielkich, złych potworów, zasługujących tylko na eksterminację”, mówi Gershwin. „Tyle, że wszystko co robią – od wyjadania rybich jajeczek, aż po zatykanie wylotów elektrowni – to tylko skutek naszych własnych działań”.

Niewykluczone, że właśnie stworzyliśmy rosnącą armię meduz, z olbrzymią ‘lwią grzywą’ na czele, szykującą się do frontalnego ataku na światowe oceany, eliminując przy okazji stworzenia, które mogłyby się jej przeciwstawić. Tym razem nie uratuje nas miotający głazy Sherlock Holmes.

Marta Śmigrowska, na podst. Absurd Creature of the Week: The 120-Foot-Long Jellyfish That’s Loving Global Warming

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly