O pomyśle na podziemne zgazowywanie węgla i wpływie tego pomysłu na emisje gazów cieplarnianych pisaliśmy niedawno w artykule Piekło na Ziemi – podziemne zgazowanie węgla. Dziś przyjrzymy się szerszemu aspektowi społeczno-środowiskowego tej działalności.
SLAPP („strategic lawsuit against public participation”) to technika wikłania w procesy niewygodnych osób, w celu ich zastraszenia. „Slapping” często stosuje się w Stanach Zjednoczonych – przedsiębiorstwa szkodzące środowisku zapobiegawczo skarzą liderów ruchów protestacyjnych, by osłabić lokalną opozycję. Właśnie tą taktykę zastosowano w zeszłym tygodniu w Wielkiej Brytanii, w odniesieniu do technologii, przy której wydobycie gazu łupkowego to całkiem rozsądny i przyjazny środowisku proces.
Po cichu i z poparciem rządu w Wielkiej Brytanii od lat pracuje się nad podziemnym zgazowaniem węgla (Underground Coal Gasification – UGC). Wydano już ponad 20 pozwoleń na prace wzdłuż wybrzeża, złożono też wniosek dotyczący lokalizacji w Warwickshire.
W zeszłym tygodniu w „zimnej wojnie” o podziemne zgazowanie węgla zaczęło się robić gorąco. Prawnicy firmy wydobywczej Five Quarter Energy Holdings zagrozili sądem szkockiej aktywistce Mel Kelly. Jaką zbrodnię popełniła, by sobie na to zasłużyć? Otóż napisała krótki raport wskazujący na polityczne umocowanie projektu UGC i rozesłała go szkockim politykom. Prawnicy Five-Quarter wysłali jej, miejscami absurdalny, nakaz zaprzestania działalności (pismo ostrzegające, że kontynuacja spornych działań zakończy się pozwem sądowym). Oto szczególnie uderzający fragment:
„Five-Quarter odrzuca insynuacje, jakoby UGC niosło ze sobą aż tak poważne zagrożenia. Przemysł zgazowania, jak każdy przemysł wydobywczy, stoi wobec wyzwań i ryzyka. Na świecie wykonano setki prób zgazowania – bezpiecznych i zakończonych sukcesem”.
Albo ci ludzie świadomie rozmijają się z prawdą, albo są kompletnymi ignorantami. Niezależnie od wariantu, oznacza to, że absolutnie nie powinni zarządzać takim przedsięwzięciem. Wystarczy spojrzeć na długą, znaczoną zanieczyszczeniami, historię podziemnego zgazowywania węgla.
Technologia ta wiąże się z wywierceniem dwóch odwiertów w złożu węgla. Do zapalonego złoża, przez jeden z otworów wprowadza się czynnik zgazowujący (powietrze, tlen, parę wodną lub ich mieszaninę), z którym reaguje węgiel. Powstaje strumień palnego gazu zwanego gazem syntezowym (’syngazem’) – to głównie mieszanina wodoru, tlenku węgla, niewielkich ilości metanu i lotnych związków organicznych. Niestety, tak jak w przypadku gazu koksownicznego (kiedyś produkowanego z węgla na potrzeby gospodarstw domowych), powstaje przy tym wiele szkodliwych zanieczyszczeń.
Metoda ma już ponad 100 lat, jednak – inaczej, niż twierdzą prawnicy Five-Quarter – NIE wykonano setek prób na całym świecie. Było ich jedynie kilkanaście, a większość z nich zakończyła się fiaskiem.
Pierwszą próbę zgazowania podjęto w Związku Radzieckim w latach 30. W Wielkiej Brytanii otwarto dwie instalacje pilotażowe w latach 50. Zamknięto je jednak w następstwie debaty parlamentarnej w roku 1955, kiedy to poseł z okręgu, gdzie dokonywano wierceń zapytał: „czy mój Szanowny Kolega jest świadom faktu, że przez te eksperymenty z podziemnym zgazowaniem paskudnie pachnie w Kidderminster?”.
Pomysł podchwycono w Stanach Zjednoczonych w obliczu kryzysu naftowego lat 70. Odwierty powstały w Hoe Creek, Hanna i w Rawlins (Wyoming). W Hoe Creek, gdzie złoża leżały dość płytko, zapadła się ziemia, a z odwiertu poszły kłęby dymu. W Hanna próby trwały przez kilka lat. Później jednak firma wydobywcza zgłosiła obszar do programu rekultywacji terenów skażonych (tzw. Superfund), by uzyskać od Rządu Federalnego dotację na oczyszczenie skażonych wód gruntowych. W Rawlins prace nawet nie ruszyły.
W późniejszym okresie podejmowano próby w Europie, dzięki finansowaniu Komisji Europejskiej. W latach 80. projekt w belgijskim Thulin nawet nie zaczął działać. W 1977 powstała instalacja w hiszpańskim El Tremedal. Ta najwyraźniej ruszyła, skoro koniec końców podziemna eksplozja wyrzuciła w powietrze gejzer smoły węglowej.
Wydawało się, że UGC ostatecznie umarło. Powróciło jednak do życia w australijskim Queensland. Na początku tego wieku trzy firmy wydobywcze (Cougar Energy ze złożem w Kingaroy, Linc Energy ze złożem w Chincilla oraz Carbon Energy ze złożem w Blackwood Creek) – wspólnie z rządem stanu Queensland ustanowiły joint venture, by prowadzić dalsze próby. Na szczęście (przynajmniej dla społeczności lokalnej), rząd stanowy ustanowił komisję naukową ds. monitoringu tych projektów.
Raport komisji z 2011 r wytknął firmom wydobywczym całą listę błędów: niewystarczającą dokumentację, niski poziom kontroli, zanieczyszczenie gleb wokół jednej z instalacji, a w przypadku innej – rakotwórcze rozpuszczalniki w okolicznych wodach. Wszystko to oczywiście zaalarmowało instytucje kontrolne.
Raport komisji z 2013 przyniósł jeszcze bardziej niepokojące wyniki. Zanieczyszczenie gleb i gruntu nasilało się. Co więcej, komisja wątpiła, czy operatorzy odwiertów będą w stanie bezpiecznie wycofać je z eksploatacji. Rekomendowała, by kwestia ta została rozwiązana, zanim dojdzie do kolejnych prób.
W roku 2013 Cougar Energy zasądzono karę w wysokości 75 000 AUD za zanieczyszczenie wód gruntowych wokół instalacji benzenem i toluenem. Wiosną tego roku o to samo oskarżono Linc Energy. Niepokoją się społeczności lokalne – informacje na temat tego, co rzeczywiście dzieje się na miejscu wierceń, nie są podawane do wiadomości publicznej.
Wszystkie trzy firmy zawiesiły działalność w Australii, ale nie złożyły broni, przenosząc się w miejsca z mniej ścisłą kontrolą. Jednym z miejsc wybranych przez Linc Energy jest Polska. Firma bada już złoża węgla kamiennego koło Oświęcimia i chciałaby, aby gaz ze zgazowania węgla trafił do polskiej sieci gazowniczej.
Linc próbuje też szczęścia w południowej Afryce i postuluje nowe próby w Wyoming – wbrew protestom społeczności lokalnych. W Wyoming Linc ma rewelacyjny pomysł na „uniknięcie” skażeń. Wystąpił do władz lokalnych o zmianę klasyfikacji wód gruntowych wokół instalacji – tak, by ewentualne wycieki chemikaliów nie podpadały pod kategorię zanieczyszczeń. Linc licencjonuje też inną instalację pilotażową, w Majuba w RPA. Projekt ruszył w 2007 r. By zapobiec zanieczyszczeniu wód gruntowych, wypompowują tam całą wodę z obszaru testowego. Tyle że nie ma żadnych informacji z monitoringu – krytycy wskazują, że Linc schował się za parawanem prawa własności intelektualnej, by nie ujawniać informacji dotyczących działań w miejscu wierceń. Dodatkowo, Linc ma udziały w najdłużej działającej instalacji na świecie, w Angren w Uzbekistanie (rok uruchomienia: 1961). Wygląda na to, że i tutaj nie prowadzono monitoringu emisji zanieczyszczeń, czy stanu wód gruntowych.
Cougar oferuje swoje usługi w całej Azji, a Cluff Natural Resources oferuje swoją technologię w hrabstwie Fife w Szkocji, gdzie kupiła dwie licencje na eksploatację złóż węgla pod dnem zatoki Firth of Forth. Cluff ma też licencję na wydobycie u wybrzeży półwyspu Wirral, gdzie już odnotowano wzrost poziomu hałasu. Co gorsza, Cluff prowadzi prace w jednym z najcenniejszych przyrodniczo obszarów Walii – w ujściu rzeki Loughor, w okolicach Swansea. Hałas słychać nawet w pobliżu zamkniętego zakładu przeróbki odpadów jądrowych w Sellafield!
Żeby zgazowanie miało sens ekonomiczny, trzeba by gazyfikować co najmniej kilka tysięcy ton węgla DZIENNIE. Nawet niewielkie projekty pilotażowe wiążą się z zanieczyszczeniem. Zważywszy na to, że brytyjski czy polski rząd już mają bzika na punkcie gazu łupkowego, w przypadku rozwoju UGC możemy się spodziewać „węglowej apokalipsy”.
Five Quarter twierdzi, że Mel Kelly rozsiewa nieprawdziwe i błędne informacje, które szkodzą interesom firmy. Jednak Kelly wcale nie musi tego robić – historia zgazowania mówi same za siebie! Wysyłanie listów z pogróżkami do lokalnych aktywistów, złośliwe i ewidentnie fałszywe uwagi pod ich adresem, na pewno nie pomogą oczyścić wizerunku UGC. To proces ryzykowny, żadna instalacja nie działała bezpiecznie na przemysłową skalę. Jeśli uważasz, że wiercenia w poszukiwaniu łupków są niebezpieczne, wiedz, że zgazowanie węgla jest jeszcze gorsze!
Sęk w tym, że – podobnie, jak w przypadku gazu łupkowego – nie chodzi tu o bezpieczeństwo ekologiczne, a nawet nie o produkcję energii. Chodzi o pieniądze dla firm wydobywczych, które mamią rządy i inwestorów, by kontynuować swoje skandaliczne projekty. A kiedy wszystko się zawali, firmy wydobywcze i tak na tym zarobią. Ostatecznie, to okoliczni mieszkańcy i środowisko naturalne zapłacą za ich pazerność.
Marta Śmigrowska, Marcin Popkiewicz na podst. SLAPPing campaigners for telling the truth – the underground coal gasification lobby turns even nastier (Resiliency.org)









