Dlaczego „rewolucja łupkowa” stała się tak głośna? Przez kilka ostatnich pokoleń świat doświadczył bezprecedensowego wzrostu gospodarczego, zasilanego energią z tanich i łatwo dostępnych paliw kopalnych. Jednak już widać koniec tej epoki – o ile ropy, gazu i węgla technicznie rzecz biorąc jest pod ziemią jeszcze dużo, to łatwo dostępne złoża konwencjonalne są już bardzo mocno przetrzebione. W kolejnych krajach złoża wyczerpują się, w Europie przykładem jest na przykład gwałtownie spadające wydobycie ropy na Morzu Północnym – o około 10% rocznie, doświadczamy tego też w Polsce, nie tylko w naszych schyłkowych złożach ropy i gazu, ale też węgla, który na Górnym Śląsku może i ma wielką przeszłość, ale wielkiej przyszłości już nie ma. Ile jeszcze ostrzeżeń potrzebujemy, żeby obudzić się z kopalnego snu?
Sięgamy po coraz trudniejsze zasoby, których eksploatacja jest coraz kosztowniejsza finansowo, czasowo, infrastrukturalnie, społecznie i środowiskowo. W coraz bardziej desperackiej pogoni za ropą i gazem idziemy w Arktykę, w głębiny oceaniczne, po piaski roponośne i złoża w skałach łupkowych, które zaczęliśmy eksploatować metodami szczelinowania hydraulicznego. Jest ewidentne, że w imię krótkoterminowych zysków i konserwowania status quo skrobiemy dno beczki. „Rewolucja łupkowa” daje złudzenie, że da się tą grę przeciągać w nieskończoność.
Przeznaczając nasze środki na eksploatację gazu łupkowego, hamujemy rozwój czystych źródeł energii i efektywności energetycznej. Tym samym brniemy w ślepą uliczkę. Im bardziej napompujemy nasze zapotrzebowanie na energię, tym trudniej w świecie wyczerpujących się paliw kopalnych będzie je zaspokoić bez drastycznego skurczenia się gospodarki – szczególnie, jeśli zaniedbamy rozwoju alternatyw.
Jeśli chcemy ograniczyć wzrost temperatury do progu 2°C, za którym czeka nas bardzo poważna zmiana klimatu, powinniśmy zostawić pod ziemią 80% znanych rezerw paliw kopalnych. Masowa eksploatacja złóż gazu łupkowego to recepta na katastrofę. Z punktu widzenia zmiany klimatu liczy się przede wszystkim to, jak wiele paliw kopalnych w sumie spalimy, a nie jak szybko. Każda dodatkowa ich pula, na której kładziemy nasze ręce (jak na przykład wcześniej nie uznawane za rezerwy złoża łupkowe), zwiększy sumaryczną ilość emisji. Wg słów głównego ekonomisty MAE, Fatiha Birola, „Widzimy, że w niektórych krajach gaz łupkowy zastępuje już węgiel. Ale to tylko opóźnia wzrost emisji CO2, a nie prowadzi do ich ograniczenia”. Szeroko reklamowane ograniczenie emisji dwutlenku węgla przy produkcji energii z gazu (w porównaniu z węglem o połowę) jest podawane w wątpliwość ze względu na towarzyszące eksploatacji złóż wysokie emisje metanu – silnego gazu cieplarnianego.
Nakręcamy się amerykańskimi sukcesami wydobycia, na przykład ze złóż Bakken w Dakocie Północnej i Montanie. Przy typowej dla tych stanów średniej gęstości zaludnienia na poziomie 3 osób/km2 możliwe jest robienie dziesiątek tysięcy odwiertów – na takich pustkowiach wydobycie nie jest szczególnie uciążliwe. Przeniesienie tego schematu na kilkudziesięciokrotnie gęściej zaludnione tereny Europy byłoby bardzo inwazyjne. Trzeba pamiętać, że w ciągu 3 lat eksploatacji wydobycie spada o około 90%, a w miarę jak najlepsze miejsca kończą się i wiercimy w coraz trudniejszych warunkach, musimy wiercić coraz więcej i więcej.
Gaz łupkowy może być albo tani albo (w miarę) czysty środowiskowo. Tak się jednak składa, że koncerny energetyczne i ich lobbyści wyraźnie czynią wysiłki, żeby był przede wszystkim tani. Wątpliwe jest też, czy kultura społeczna w Polsce okaże się wystarczająca, by zachować najwyższy poziom odpowiedzialności przy eksploatacji złóż – wiele wziętych z życia przykładów pokazuje, że nie.
Owszem, są wymierne korzyści z wydobycia gazu łupkowego. Korzyści z wydobycia gazu łupkowego odnoszą instytucje finansowe kredytujące wydobycie (prawie zawsze), koncerny wydobywcze (choć z tym bywa różnie), państwa (wpływy podatkowe, poprawa bilansu handlowego i bezpieczeństwa energetycznego), władze lokalne z podatków i miejsc pracy (z tym też bywa różnie, bo np. w niektórych regionach USA koszty napraw rozjeżdżanych przez dziesiątki tysięcy ciężkich pojazdów dróg przewyższają wpływy z eksploatacji) oraz energochłonne dziedziny przemysłu cieszące się ze spadku cen gazu. Koszty ponoszą przede wszystkim społeczności lokalne. W USA są one częściowo łagodzone przez zasadę, zgodnie z którą właściciel gruntu jest też właścicielem praw do leżących pod nim złóż, dzięki czemu amerykański farmer za dzierżawę terenu może dostać od koncernu wydobywczego setki tysięcy, a nawet miliony dolarów. To osładza problemy (choć w pogoni za zyskami koncerny posuwają się do ewidentnych przekrętów). W Polsce i Europie właściciel gruntu nie ma korzyści, ma tylko uciążliwe sąsiedztwo – ciężki ruch kołowy, hałas i zanieczyszczenia (biorąc pod uwagę uszkodzenia obudowy opuszczonego szybu – na dziesięciolecia w przyszłość), a w rezultacie spadek wartości swojej nieruchomości.
Zamiast wyciskać z ziemi niekonwencjonalne paliwa kopalne, zanieczyszczając wodę, powietrze, gleby i kosztem społeczności lokalnych, powinniśmy skupić się na budowaniu efektywnego i opartego o zrównoważone źródła energii świata, Europy i Polski.








