Artykuly

Jak trwoga, to do demokracji! – komentarz demosEUROPA

Trzy tygodnie temu główne place hiszpańskich miast zajęli młodzi demonstranci, domagający się od państwa nie tylko pracy, ale również demokracji.

Jak trwoga, to do demokracji! W minioną niedzielę wielotysięczne protesty odżyły w Atenach, w związku z kolejną porcją oszczędności wprowadzaną, owszem, przez grecki rząd, ale w oparciu o umowę z zagranicznymi pożyczkodawcami. Tego samego dnia portugalscy socjaliści dostali w wyborach parlamentarnych „czerwoną kartkę”, ale nowy prawicowy rząd będzie dalej realizował plan oszczędnościowy uzgodniony z MFW, co tłumom raczej się nie spodoba. Czyżby dopiero wówczas, gdy gospodarka się wali a pracy brak, europejskie społeczeństwa przypominały sobie o demokracji, odkrywając ze zdziwieniem, że nie jest z nią najlepiej?

Europa w arabskim zwierciadle

Doszukując się podobieństw pomiędzy arabską wiosną ludów a protestami młodych Hiszpanów, zwracano uwagę na to, że w obu przypadkach młodzi ludzie skutecznie zastosowali media społecznościowe do powszechnej mobilizacji. Ale te dwa zjawiska, oczywiście toutes proportions gardées, mogą być bardziej podobne do siebie, niż się pierwotnie wydawało. I w Afryce, i w Europie, źródłem społecznego niezadowolenia jest zarówno brak pracy, jak i poczucie braku wpływu na politykę. Co więcej, trudno stwierdzić, która kwestia jest w każdym z tych „światów” ważniejsza. Czy Arabowie wołają przede wszystkim o demokrację? Czy dla Greków, Portugalczyków i Hiszpanów najważniejsza jest w tej chwili praca?

W Hiszpanii, z pozoru, tak właśnie mogłoby być. Mamy tam do czynienia z najwyższym w UE, 20%-owym bezrobociem. W przypadku młodych bezrobocie sięga 43%. Dualny rynek pracy sprawia, że największa liczba dwudziesto i trzydziestolatków w Europie skazana jest na pracę tymczasową. Występuje konflikt między walką z bezrobociem a leczeniem finansów publicznych. Aby uratować wydolność systemu emerytalnego, rząd podwyższył wiek emerytalny, co jednak sprawia, że młodym będzie o pracę jeszcze trudniej. Z kolei ułatwienie zawierania kontraktów krótkoterminowych, niezbędne dla krótkoterminowego pobudzenia produkcji, utrudni im znalezienie stałej pracy.

O tym, jak napięta jest sytuacja młodych na rynku pracy, świadczyć mógłby chociażby napis na jednym z transparentów trzymanych przez demonstrantów w Madrycie: „Ręce do góry, to jest kontrakt!”.

Niemniej w chwili, gdy młodzi Hiszpanie postanowili zawiesić protest i uzgodnili krótką listę postulatów, główny nacisk został położony nie na pracę, lecz na kwestie demokracji. Zaapelowano o reformę systemu wyborczego, walkę z korupcją, wyraźny podział władz, większą kontrolę społeczeństwa nad politykami. Zbierane są już podpisy pod petycjami o zmianę kodeksu wyborczego i wprowadzenie obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. El Pais relacjonował wydarzenia na Puerta del Sol słowami „Nigdy dotąd tyle się tutaj nie dyskutowało o polityce, i to w pełnym słońcu”. Wśród organizacji, które przewodzą ruchowi młodych, jedna nosi nazwę Rzeczywista demokracja od zaraz (DemocraciaRealYa>).

Hiszpanie nie poświęcają większej uwagi wydarzeniom w Afryce Północnej. Ale między ich buntem a arabską wiosną ludów dostrzec można niepokojącą paralelę. Czyżby to pierwsze zjawisko, w którym niektórzy upatrują ostatecznego dowodu na zwycięstwo Fukuyamy nad Huntingtonem, właściwy „koniec historii” odsuwający na bok wizję „zderzenia cywilizacji”, nie stawiało przed Europejczykami krępującego pytania – o to, czy faktycznie jesteśmy tak demokratyczni, jak nam się wydawało? Czy Arabowie nie walczą przypadkiem o to, co my zdążyliśmy w międzyczasie popsuć?

Czemu Hiszpania?

Nawet jeśli gdzieniegdzie pojawia się tego typu refleksja, to nie w całej Europie. Wizja paneuropejskiego ducha majowego a la rok 1968 jest kusząca, ale przedwczesna. Nie widać póki co, aby Hiszpanom i Grekom udało się zarazić swoją gorączką inne narody, zwłaszcza te w północnej Europie. Jak to wytłumaczyć?

Część społeczeństw doświadczyła w wyniku kryzysu „twardego lądowania”. Ludzie, którzy przez kilkanaście lat żyli w państwach nadrabiających lukę rozwojową względem Zachodniej Europy, teraz przeżywają konflikt tożsamości. Grekom udało się dzięki unijnym funduszom podnieść poziom życia o kilka pięter, z kolei Hiszpanie i Portugalczycy przedstawiani byli jako „złote dzieci Europy”, umiejętnie wykorzystujące euro do modernizacji gospodarki. Nagle okazało się, że wszyscy muszą zacząć żyć skromniej i z mniejszym poczuciem bezpieczeństwa niż to, do którego się przyzwyczaili. To zrozumiałe, że chcąc zredukować ten dysonans poznawczy, szukają teraz winnego. Słusznie lub nie, jako pierwsza ofiarę ponosi partia rządząca.

Ale deficyt demokratyczny ujawnia się z podwójną siłą w strefie euro. Kryzys zadłużeniowy skazał kraje Południa Europy na łaskę i niełaskę innych członków tej strefy oraz zagranicznych instytucji finansowych. Debata o ratowaniu ich gospodarek toczy się w dużej mierze poza nimi, głównie w Brukseli i we Frankfurcie, a prym wiodą w niej główni architekci wspólnej przestrzeni monetarnej, czyli Niemcy i Francuzi. Europejski Bank Centralny, działający wspólnie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, powoli staje się dla Grecji i Portugalii tym, czym IMF był w latach osiemdziesiątych dla krajów Ameryki Łacińskiej – wilkiem w owczej skórze.

W przypadku niepokojów na Południu Europy wystąpiło połączenie tych dwóch czynników: „twardego lądowania” i poczucia wyobcowania w strefie euro. To też tłumaczy, dlaczego w Polsce owe pokłady zniecierpliwienia i rozczarowania (póki co) nie uaktywniają się: bo udało się nam przejść przez kryzys suchą stopą; bo nie będąc w strefie euro zachowujemy niezależność kształtowania polityki monetarnej oraz płynny kurs walutowy; bo wreszcie szykujemy się do Prezydencji i Euro2012, dlatego wszystko, co dotyczy Europy, niejako z założenia dobrze się nam kojarzy. Nieprzypadkowo Polska jest najbardziej entuzjastycznym krajem w Unii – popiera ją 80% obywateli. Być może jednak najważniejszy powód jest inny – skoro jest tak dobrze, to kto by się troszczył o politykę? W czasach dobrobytu mało kto przejmuje się stanem demokracji.

Do przodu albo wstecz

Problem deficytu europejskiej demokracji ma większe powody, by się uaktywnić w strefie euro, występuje jednak w całej UE. Warto te dwie perspektywy rozgraniczyć dla zachowania porządku, ale różnica między nimi jest tylko w stopniu, a nie w gatunku.

Euro

W debacie nad reformą strefy euro przewija się opinia, że należy teraz uczynić albo krok wstecz, albo krok do przodu w integracji monetarnej (pisał o tym ostatnio m.in. Martin Wolf w Financial Times). Dostrzega się, że część winy za obecne problemy Południa leży w konstrukcji strefy, która przykładała jedną miarę do krajów o olbrzymich rozbieżnościach pod względem zaawansowania rozwoju gospodarczego. Takie kraje jak Niemcy i Holandia z jednej strony, a Grecja i Hiszpania z drugiej, były zbyt różne od siebie, gdy chodzi o produktywność, innowacyjność, czy konkretne rozwiązania na rynku pracy, aby wspólny obszar walutowy mógł się udać.

Przykładowo, „bańka mieszkaniowa” w Hiszpanii urosła nie dlatego, że Hiszpanie nagle oszaleli na punkcie mieszkań, ale raczej z tego względu, że przy utrzymywaniu jednakowej stopy procentowej w całej strefie euro i przy ograniczonej możliwości wprowadzania reguł ostrożnościowych, kredyty w tym kraju okazywały się relatywnie tańsze niż np. w Niemczech.

Trudno wytłumaczyć, na czym miałoby polegać „więcej demokracji” w strefie euro. Jeśli już, to chodziłoby o sposób podejmowania decyzji wewnątrz Eurolandu i o ogólną wrażliwość społeczno-polityczną decydentów. Póki co, można odnieść wrażenie ich postępującego zniewolenia zobowiązaniami finansowymi. Jak zauważa felietonista Der Spiegel, Dirk Kurbjuweit, „świat polityki stał się zależny od banków, i może mieć o to pretensje tylko do siebie”.

Wszyscy ci, którzy w tym momencie zastanawiają się nad tym, co zrobić z Grecją, Portugalią, czy Hiszpanią, powinni wziąć pod uwagę szersze polityczne tło ewentualnych kroków. Choć w obecnych sporach prym wiodą argumenty natury ekonomicznej, to u zarania strefa euro miała cel ściśle polityczny i zbudowana została na unijnym substracie. Zapożyczyła od UE legitymację, co w tym momencie rodzi zobowiązania w stosunku do europejskiej umowy społecznej. Tym, którzy nawołują do „wyrzucenia Grecji” ze strefy euro, brakuje więc nie tylko taktu, co przede wszystkim zrozumienia na czym polega UE. Być może wyjście Grecji ze strefy uznane zostanie jako rozwiązanie najlepsze. Ale decyzja w tej sprawie powinna zapaść w toku demokratycznej dyskusji, w której państwa mają równe prawa i nad którą nie unosi się duch rynków finansowych o głosie ważniejszym od tych państw.

UE

To, jak rozwiązany zostanie problem zadłużenia południowych krajów strefy euro, jest tym istotniejsze, że casus ten odczytywany jest jako test dla unijnej solidarności. Decyzja o tym, żeby uczynić „krok naprzód” (poprzez np. stworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego czy emisję euro-obligacji), tchnęłaby nowego ducha zarówno w strefę euro, jak i w przeżywającą kryzys politykę unijną en general. Byłoby natomiast fatalnie dla całej UE, gdyby okazało się, że strefa euro nie jest projektem wspólnym, lecz klubem Niemiec i Francji. To byłby negatywny sygnał dla wszystkich Europejczyków, także tych spoza strefy, gdyż już teraz coraz częściej postrzegają oni Unię jako instytucję mało demokratyczną.

O tym, że Unii brakuje społecznej legitymacji, wiadomo od dawna, dyskutowono na ten temat już tysiąc razy, a mimo to niewiele się z tym robi. Wprowadzona na mocy Traktatu z Lizbony „inicjatywa obywatelska” oraz zwiększenie kompetencji Parlamentu Europejskiego to ubogie osiągnięcia w sytuacji, gdy od lat nie udaje się na serio rozpocząć dyskusji o wspólnych europejskich listach wyborczych do PE; gdy nie ma mowy o tym, aby Prezydent Rady był wybierany powszechnie; a do tego istnieje rosnące przeświadczenie o tym, że najsilniejsze państwa członkowskie oraz lobby finansowe i gospodarcze i tak są w stanie wymijać obowiązujący układ instytucjonalny, aby bronić swoich interesów.

Co gorsza, polityka europejska jest coraz mniej zrozumiała dla obywateli państw członkowskich. Trudno, aby skomplikowana Europejska Inicjatywa Obywatelska wypełniła lukę wpływu obywateli na unijne decyzje, skoro przeciętny Europejczyk ma problem z odpowiedzią, gdzie kończą się kompetencje jego rządu, a zaczyna się Bruksela.

Najgorsze jest jednak to, że Unia nie czyni starań na rzecz cementowania demokracji w państwach członkowskich, troszcząc się głównie o to, aby spełniały one kryteria ściśle finansowe. UE jako bezprecedensowy projekt organizacji ponadnarodowej nieuchronnie powodować musi przewartościowania w tym, jak społeczeństwa poszczególnych krajów rozumieją wspólnotę i demokrację. Czy w kakofonii rozmów o inteligentnym wzroście, społecznej inkluzji, czy pakcie euro+, ktokolwiek o tym pamięta?

UE przymierza się obecnie -zresztą, za namową ministra Sikorskiego- do uruchomienia Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji, aby wesprzeć transformację demokratyczną w krajach arabskich. Ale czy -zarówno UE, jak i poszczególne rządy- nie powinny zadbać o kondycję demokracji na własnym podwórku? Silne rozbieżności pod względem walki z korupcją, poziomu kapitału społecznego czy partycypacji wyborczej, przypominają o tym, że demokracja nie jest pojęciem zerojedynkowym – albo się ją ma, albo nie. Bo nawet jak się ją ma, to trzeba jeszcze o nią dbać – a już zwłaszcza, jeżeli chce się promować ją na zewnątrz.

Demokracja a wyjście z kryzysu

Często w rozmowach o Chinach pojawia się następująca myśl: jedyną legitymacją Partii Komunistycznej jest w tym momencie wzrost gospodarczy. Gdyby natomiast ten się załamał, wówczas nieuchronnie wzrośnie presja społeczna na odwołanie monopolu partyjnego i wprowadzenie reguł demokratycznych. Póki co, proces ten w Chinach nie następuje, mimo wzmacniania się tamtejszej klasy średniej. Można natomiast odnieść niepokojące wrażenie, że koncepcja ta wraca teraz bumerangiem do Europy.

Wydaje się, że związana z integracją europejską postępująca biurokratyzacja i technokratyzacja polityki oraz delegacja coraz większej porcji kompetencji na poziom ponadnarodowy, w tym polityki monetarnej w przypadku państw strefy euro, nie budzi większych oporów społeczeństw dopóty, dopóki przekłada się na stabilny wzrost gospodarczy i widome dowody modernizacji.

Jednakże wówczas, gdy dochodzi do ekonomicznej katastrofy, ujawniają się skrywane wcześniej pokłady nieufności i niewiedzy, a wina automatycznie spada na krajowy i brukselski establishment, z którym zwykli obywatele nie czują już łączności. Ludzie są wściekli, gdy rząd -w ich percepcji- ratuje banki kosztem dobrobytu obywateli. Nie rozumieją też dlaczego silniejsze kraje członkowskie do spółki z Brukselą miałyby dyktować im, w jaki sposób wydostać się z tarapatów; albo jeszcze gorzej, dlaczego miałyby wyrzucać ich z klubu, który przecież oni sami współtworzyli?

Sposób, w jaki rozwiązany zostanie kryzys w strefie euro, da sygnał w sprawie granic „wspólnotowości” europejskiego projektu. Bez względu na to jednak, czy dojdzie do restrukturyzacji długów, czy do „wypchnięcia” niechcianych krajów poza strefę, pewne jest, że stabilizacja wewnątrz poszczególnych krajów będzie trwała długo i będzie boleć. Dlatego jej powodzenie wymagać będzie pozyskania poparcia społeczeństw na rzecz reform.

Zaufanie muszą pozyskać lub odzyskać premierzy Zapatero, Papandreu i Coelho. W przypadku Hiszpanii, rząd nie ma już w tym momencie wiele do stracenia – gdyby zabrał się za reformę prawa wyborczego oraz walkę z korupcją i klientelizmem trawiącym hiszpańską politykę, wówczas te spóźnione kroki pomogłyby mu w zaskarbieniu sobie zaufania obywateli, a to jest niezbędne dla przeprowadzenia cięć budżetowych i trudnych reform na rynku pracy.

Dwie lekcje dla Polski

O zaufanie, oprócz poszczególnych rządów, musi zawalczyć przede wszystkim Unia. Zwykli obywatele muszą nabrać poczucia, że to, co dzieje się w Brukseli, jest elementem procesu demokratycznego, którego suwerenem jest społeczeństwo – czyli oni. Muszą nabrać zaufania do polityki europejskiej i zainteresować się nią. Trudno o to w sytuacji, gdy jako główni aktorzy tej polityki jawią się instytucje finansowe i ekonomiści rozprawiający o dla nikogo nie zrozumiałych kwestiach.

Pierwsza lekcja jest dla polskiego rządu. Przejmując stery Rady UE w drugiej połowie tego roku, powinien on pamiętać o tym, że problem osłabionej legitymacji UE istnieje, nawet jeśli nam póki co nie daje się we znaki. Warto, aby czas Prezydencji został wykorzystany do tego, by przybliżyć Brukselę zwykłym Polakom: wytłumaczyć im, na czym polega proces decyzyjny, i w jaki sposób obywatele mogą wpływać na europejską politykę. Polski rząd musi też brać pod uwagę ryzyko nasilenia się niepokojów w borykających się z zadłużeniem krajach strefy euro, a także rozlania się tego zjawiska na inne państwa członkowskie. Nie wiadomo, jak długo potrwają protesty Greków i czy Portugalczycy z czasem również nie wyjdą na ulice. Hiszpańscy demonstranci już zapowiedzieli wielki powrót na 15 listopada, w półrocze rozpoczęcia protestów. Prezydencja nie jest co prawda od tego, aby „wtykać nos w nie swoje sprawy”. Ale jak najbardziej mogłaby wykorzystać okazję do tego, aby poruszyć na najwyższym szczeblu temat nadrabiania deficytu demokratycznego w UE i jej krajach członkowskich.

Druga lekcja, pobrzmiewająca Kasandrą, jest dla Polaków. Wielu spośród młodych Hiszpanów, którzy obecnie domagają się zatrudnienia i demokracji, ledwie parę lat temu chwaliło sobie możliwość przeskakiwania z jednej pracy tymczasowej do drugiej, za to mało kto interesował się polityką. Dopiero kryzys odwrócił ich perspektywę. Jeżeli zaś odczuwają deficyt demokracji, to w dużej mierze na własne życzenie – bo wcześniej nie dbali o to, że rośnie siła polityczna instytucji finansowych, a strefa euro stoi na glinianych nogach. Dobrobyt zadziałał jak środek znieczulający. A oni po części odkrywają deficyt demokracji – w sobie.

Być może Polsce kryzys nie grozi. Ale niepokojące jest wyraźne uśmierzenie publicznej uwagi dla tego, co politycznie istotne. Jeżeli media poświęcają główną uwagę temu, kto odkręcił tablicę, a kto ukradł krzyż, to świadczy to głównie o tym, że o innych, bardziej skomplikowanych a mniej efektownych sprawach, większość ludzi nie chce słuchać ani czytać. Korzystając z owoców dobrobytu, nie mają czasu lub ochoty na to, by sprawdzać, jakie będą konsekwencje poszczególnych poczynań rządu czy projektów zgłaszanych przez opozycję. Nie wymagamy od polityków, więc oni nie mają powodów, by wymagać od siebie.

Jeżeli nie chcemy „obudzić się z ręką w nocniku”, jak młodzi Hiszpanie, wówczas najlepiej sami angażujmy się w proces demokratyczny. Już teraz, choć przecież jest dobrze.

Autor: Paweł Zerka, Analityk w demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej

pl Źródło: portfel.pl

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly