Premier Donald Tusk konsekwentnie utrzymuje, że „Polska gospodarka i polska energia, tak jak kiedyś stała na węglu, nadal będzie stała na węglu”.
Dokładanie do interesu
Problem w tym, że polski węgiel wcale nie jest tani. Pomińmy przy tym przez chwilę liczone w miliardach dotacje dla kopalń, dotacje do górniczego systemu emerytalnego, koszty środowiskowe i inne ukryte koszty ‘taniego’ węgla.
Cena węgla z importu (do odbioru w Rotterdamie – tzw. loco ARA) wynosi obecnie 83 dolary (250 zł) za tonę (10 zł/GJ). Węgiel z Rosji jest jeszcze tańszy. Tymczasem polskie kopalnie, średnio rzecz biorąc, wydobywają węgiel drożej. Koszt wydobycia węgla w największym polskim koncernie węglowym – Kompanii Węglowej S.A., w 2011 roku wyniósł 270,8 zł za tonę, a w wielu kopalniach znacząco przekracza 300 zł. I jest to sam koszt wydobycia, bez marży, kosztów transportu itp.

Rys. 1. Porównanie cen węgla kamiennego z wydobycia w Polsce i na rynku światowym. Źródło.
Warto dodać, że światowe ceny węgla znajdują się na bardzo wysokim poziomie, niespotykanym przed 2007 rokiem – a pomimo to i tak ceny te są zbyt niskie, by wydobycie na Śląsku było opłacalne.
Wartość opałowa polskiego węgla energetycznego jest niższa (~22,1 GJ/t) od wartości opałowej węgla importowanego (23,2 GJ/t dla węgla z Rosji i 25,1 GJ/t dla węgla ARA). Do tego zasiarczenie polskiego węgla energetycznego, przeznaczonego do sprzedaży krajowej (0,83%) jest wyższe od tego w węglu importowanym (0,50%) czy węglu rosyjskim (0,45%). Pod względem ilości popiołu polski węgiel również przegrywa – średnia wartość zapopielenia sprzedawanego w kraju węgla energetycznego to rząd ok. 18,5 proc., natomiast zapopielenie węgla importowanego to średnio 12,0 proc., a w przypadku węgla rosyjskiego 10,5 proc.
Nic dziwnego, że na zwałach kopalnianych, jak Śląsk długi i szeroki, piętrzą się miliony ton węgla.
Wiceprezes Kompanii Węglowej: To jest kryminał
Przyjrzyjmy się sytuacji naszego górniczego kolosa – Kompanii Węglowej S.A. Jej sytuacja jest bardzo trudna. Ceny węgla z Kompanii są niekonkurencyjne, spółka nie jest w stanie wygrywać przetargów i węgiel trafia na zwały – na których już się ledwo mieści. Sprywatyzowane spółki energetyczne kupują węgiel z importu. Podobnie prywatne składy z węglem.
W rezultacie Kompania miała 319 mln zł strat na pierwsze półrocze. Jej sytuacja jest fatalna – ma problemy z płynnością, płaci kontrahentom po 4 miesiącach. Nie ma żadnego zatwierdzonego planu restrukturyzacji.
Jako odbiorcy węgla ze spółek z udziałem skarbu Państwa pozostają więc zakłady energetyczne z udziałem Skarbu Państwa. Oczywiście również one domagają się obniżek cen węgla i dostosowania ich do cen światowych. W tak ciekawej konfiguracji z tym samym właścicielem po obu stronach negocjacje nie mają rzecz jasna podłoża biznesowego, lecz polityczne.
I tu zaczyna robić się naprawdę ciekawie.
Na wiosnę tego roku zaczęły się problemy z perspektywami budowy nowych bloków elektrowni węglowej Opole. Prezes PGE stwierdził, że inwestycja się nie spłaci i trzeba z niej zrezygnować.
Jednak pod wpływem protestów w regionie oraz nalegań resortu gospodarki Donald Tusk zmienił zdanie. W PGE zaczęto zatem kombinować, jak by tu poprawić rentowność inwestycji, by nie wyglądała na katastrofę biznesową. Wymyślono, że gdyby tak udało się obniżyć ceny węgla dla elektrowni, wówczas (przynajmniej na papierze) poprawiłaby się jej rentowność.
Na początku sierpnia Kompania Węglowa i PGE, w obecności samego premiera Donalda Tuska podpisały umowę. Kompania zgodziła się obniżyć od sierpnia cenę węgla sprzedawanego w tym roku PGE z 12,55 zł/GJ do 9,76 zł/GJ, a więc poniżej kosztów wydobycia. Przyjęcie takich cen w kalkulacji elektrowni Opole pozwoliło ogłosić opłacalność ekonomiczną wycenianego na 11 mld zł projektu. Sukces – nic, tylko wystawić szampana i świętować. Jednak nie wszystko poszło gładko…
Presja na Kompanię Węglową musiała być wielka, skoro we wrześniu 2013 r. wiceprezes spółki Zbigniew Kotlarek, argumentując, że ustalenie takiej ceny to przestępstwo i nie można podejmować decyzji, które pogarszają sytuację spółki, złożył do prokuratury doniesienie o przestępstwie. Prokuratura wszczęła postępowanie, do dymisji podała się szefowa Kompanii Joanna Strzelec-Łobodzińska, a krótko potem odwołany został także Kotlarek. Węglowy thriller trwa dalej.
Smog wawelski i pyrrusowe zwycięstwo lobby górniczego
Kraków, jedno z najpiękniejszych miast świata, dusi się w smogu. W ostatnim europejskim rankingu miast o najgorszej jakości powietrza Kraków uplasował się na podium, zaraz za dwoma miastami w Bułgarii – wyprzedzając w tym wątpliwie zaszczytnym rankingu nawet miejscowości na Górnym Śląsku. W największej mierze winne są piecyki węglowe, których wciąż powszechnie używa się w Krakowie. Dlatego radni miejscy i sejmiku województwa postanowili zakazać palenia węglem.
Spowodowało to gwałtowny kontratak lobby węglowego, chcącego zablokować precedens. W wyniku presji (oficjalnie motywowanej dobrem najuboższych mieszkańców), zarząd województwa podjął decyzję pozwalającą palić węglem – „…ale tylko wysokiej jakości i w piecach ograniczających emisję szkodliwych pyłów”.
To oczywiście teoria – w Polsce nie ma mechanizmów kontroli rynku węgla i nie ma jak zabronić handlu węglem najgorszej jakości, który nie daje możliwości dotrzymania deklarowanych przez producentów kotłów wartości emisji zanieczyszczeń.
Czy więc, wygrawszy to starcie, polskie lobby węglowe może liczyć zyski? Bynajmniej. To ponury paradoks, bo tym zwycięstwem Polscy górnicy wcale nie gwarantują zysków sobie, lecz Rosjanom. ‘Składy Węgla’ nie sprzedają węgla kupowanego w naszych kopalniach – do tego nikt ‘Składów Węgla’ nie zmusi – leży w nich tańszy i lepszy węgiel ze Wschodu.
Czarna przyszłość wydobycia
Przyczyną obecnego fatalnego stanu Kompanii Węglowej (i większości innych mniejszych konglomeratów górniczych) są nierentowne kopalnie, które ciągną ją finansowo w dół. Gdyby je zamknąć, a zostawić wyłącznie te zyskowne, średnie koszty wydobycia obniżyłyby się. Na taki wariant nie zgadzają się jednak rządzące w kopalniach związki zawodowe. Kolejne zarządy boją się podejmować trudne decyzje, a tymczasem sytuacja w Kompanii może wymknąć się spod kontroli. Wystarczy, że pewnego dnia w spółce zabraknie pieniędzy na wypłaty. Kompania jest tykającą polityczną bombą, która lada moment może wybuchnąć rządowi w rękach.
Zamknięcie nierentownych kopalni spowodowałoby też załamanie się wydobycia. I tak już teraz widzimy, że wydobycie spada szybciej od niedawnych prognoz, a zamiast eksporterem węgla nasz kraj stał się jego importerem – co przy wysokich (i szybko rosnących) kosztach wydobycia w Polsce nie powinno zresztą dziwić. Prognoza Ministerstwa Gospodarki pt. „Strategia działalności górnictwa węgla kamiennego w Polsce w latach 2007–2015” przewidywała, że w 2011 roku import węgla kamiennego do Polski wyniesie 5 mln ton – w rzeczywistości wyniósł blisko 15 mln ton. Krajowe wydobycie w 2011 roku zakładano na poziomie 97,5 mln ton, a kopalnie wydobyły 76,4 mln ton – ponad 20 mln ton mniej! No cóż, taka jest wartość prognoz zderzonych z realiami ekonomicznymi.
Analiza bilansowych zasobów geologicznych węgla kamiennego na pozór wygląda jak róg obfitości – mamy 48 500 mln ton w złożach zagospodarowanych i niezagospodarowanych. Jest to jednak tylko „księgowy” rejestr o czysto teoretycznych parametrach złoża. Wiele szczegółowych opracowań wskazuje, że w 2030 roku w Polsce czynnych będzie jeszcze 12 kopalń, których maksymalna zdolność wydobywcza nie przekroczy 47 mln ton.
W latach 1990–2011 wydobyto w Polsce 2365 mln t węgla kamiennego, a ubytek w geologicznych zasobach bilansowych wyniósł 17 000 mln ton. Zatem stopień wykorzystania tych zasobów wynosi 13,9%. Inaczej rzecz ujmując – wydobycie jednej tony węgla wiązało się ze stratą 7,2 ton w geologicznych zasobach bilansowych. Analizując dalej relację poszczególnych kategorii zasobów, zauważamy poważny ubytek zasobów przemysłowych w latach 1990–2011, który wyniósł 12 600 mln ton. Zasoby przemysłowe to zaledwie 8,6% (wg stanu na koniec 2011 roku) geologicznych zasobów bilansowych, a zarazem ta część zasobów, która objęta jest planem zagospodarowania złoża i może być wydobywana metodami przemysłowymi.

Rysunek 2. Zasoby węgla kamiennego. Źródło.
Główną przyczyną wysokich strat w eksploatowanych złożach (przeciętnie 60% zamiast 30%, jak zakładano w projektach zagospodarowania złóż) jest ścianowy system eksploatacji. Umożliwia on w miarę rentowne wydobycie, ale generuje wysokie straty w zasobach.
Powszechność ścianowego systemu eksploatacji odzwierciedla podstawową sprzeczność polskiego górnictwa, to jest dążenie do rentownego wydobycia kosztem niedostatecznej ochrony zasobów. Zalety tego systemu (duża produkcja, wysoka wydajność i względnie bezpieczne warunki pracy) osłabiane są wadami (generowanie wysokich strat w zasobach, związane z formowaniem ściany wydobywczej o odpowiednio dużej powierzchni i kształcie geometrycznym). Pozostałości parcel po nadaniu im geometrycznego kształtu ścian wydobywczych, jako tzw. resztówki, zaliczane są do strat.
Obszerny raport NIK z roku 2011 „Informacja o wynikach kontroli bezpieczeństwa zaopatrzenia Polski w węgiel kamienny ze złóż krajowych”, stwierdza, że przy obecnym tempie wydobycia węgla kamiennego w Polsce, obecnie eksploatowanych oraz wytypowanych do eksploatacji złóż wystarczy do 2035 roku. Wskazuje też, że wydobycie węgla kamiennego w Polsce nosi cechy gospodarki rabunkowej. Raport ten nie uwzględnia konkurencji tańszego, importowanego węgla, czyli sytuacji zmuszającej do wyboru: albo chronimy krajowe złoża, albo wydobywamy jak najtaniej. W pierwszym przypadku trzeba by dotować wydobycie lub zaprzestać wydobycia (jak to zrobiły Niemcy i Wielka Brytania). W drugim przypadku wybiera się pokłady grube i połogie, najlepiej płytko zalegające, ale wydobywana jest tylko niewielka część węgla ze złoża.
W świetle powyższych faktów trudno znaleźć podstawy optymizmu co do „ogromu zasobów”, demonstrowane przez niektórych ekspertów związanych z branżą górnictwa węgla kamiennego. Nadzieje tych ekspertów na możliwość wydobywania w przyszłości węgla z głębokości poniżej 1000 m, wiążą się z wieloma problemami. Przy eksploatacji głęboko położonych zasobów potęgują się zagrożenia naturalne, a skuteczne przeciwdziałanie tym zagrożeniom znacznie zwiększa koszty, obniżając bieżącą rentowność wydobycia. W ocenie NIK niecelowe jest ponoszenie wysokich nakładów inwestycyjnych na udostępnienie głęboko położonych zasobów w sytuacji, gdy w minimalnym stopniu eksploatowane są już udostępnione pokłady cienkie. Poniżej 1000 m głębokości wzrasta przede wszystkim zagrożenie metanowe, termiczne (co 33 m temperatura wzrasta o 1°C), pożarowe i groźba tąpnięć. Na takich głębokościach występuje też szkodliwy dla ludzi mikroklimat, który osłabia percepcję i koncentrację pracowników, a przez to powoduje spadek efektywnego wykorzystania czasu pracy i wydajności oraz zwiększa ryzyko zaistnienia nieszczęśliwych wypadków, czy nawet katastrof górniczych. Przeciwdziałanie tym zagrożeniom powoduje znaczny wzrost kosztów eksploatacji, bez zapewnienia dostatecznie bezpiecznych warunków pracy.
Nieciekawie wygląda również sytuacja z wydobyciem węgla brunatnego. Jego obecnie zagospodarowane złoża wystarczą na 20 lat. Spośród rozpoznanych w Polsce złóż znaczenie ekonomiczne w następnych dziesięcioleciach mogą mieć tylko złoża rejonu Legnica–Lubin–Ścinawa. Ich uruchomienie oznaczałoby nie tylko katastrofę środowiskową na wielką skalę, ale też wysiedlenie dziesiątek tysięcy mieszkańców gmin z terenów mających stać się odkrywką. Mieszkańcy Legnicy, Głogowa i Lubina, zamiast terenów rolnych i lasów – choć nie zostaliby wysiedleni – mieliby zaś za oknami wielką, pylącą dziurę w ziemi. No, ale byłoby niedrogo… pomijając koszty środowiskowe, w przypadku węgla brunatnego rekordowo wysokie.
Koszty „zamiecione pod dywan”
Polski węgiel już teraz jest zbyt drogi, by znalazł sobie miejsce na konkurencyjnym rynku światowym. Zasoby kurczą się w szybkim tempie, a ewentualne kolejne kopalnie będą lokalizowane na coraz trudniejszych i droższych złożach, co też nie wróży dobrze hasłu „najtańsze paliwo”.
To, o czy napisaliśmy wcześniej, to tylko koszty widoczne „na powierzchni”. Tymczasem nasz polski biznes węglowy ma wiele wspólnego z górą lodową – nie tylko „jest pod wodą” biznesowo, ale też większość kosztów pozostaje ukryta przed wzrokiem niewtajemniczonego obserwatora. Dla Titanica bliski kontakt z taką grą lodową okazał się brzemienny w skutkach. A jak kontakt z „węglową górą lodową” znosi nasza gospodarka?
Kolejne programy pomocy finansowej dla górnictwa, od połowy lat 1990 do chwili obecnej pochłonęły zawrotne kwoty.
W latach 1990–1992 z budżetu państwa wydatkowano na górnictwo węgla kamiennego w formie dotacji i umorzeń poszło 16 850 mln zł (wszystkie kwoty podane w tym paragrafie są wyrażone w cenach z 2002 roku). Lawinowo narastające zobowiązania branży osiągnęły kwotę 13 370 mln zł – przewyższyły więc należności o 9477 mln zł. W latach 1993-1995 nadwyżka zobowiązań nad należnościami osiągnęła 11 190 mln zł, a wysokość dotacji budżetowych – 3462 mln zł. W okresie 1996-2000 program poprawy rentowności górnictwa węgla kamiennego wsparto dotacją budżetową w łącznej kwocie 3209 mln zł. Kolejny (najbardziej zresztą skuteczny program poprawy rentowności górnictwa autorstwa rządu prof. Jerzego Buzka) z lat 1998-2002 kosztował 7180 mln zł dotacji oraz 6900 mln zł umorzonych zobowiązań. Tych dziesiątek miliardów nie widzimy w cenie węgla.
Od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku pomoc publiczna przedsiębiorstwom podlega ścisłej reglamentacji i każdorazowo wymaga przesłania notyfikacji do Komisji Europejskiej. W latach 2004–2010 na mocy rozporządzenia Rady (WE) 1407/2002 (tzw. rozporządzenie węglowe), Komisja Europejska wydała cztery decyzje (2005, 2007, 2008, 2010) zezwalające na udzielenie pomocy publicznej górnictwu węgla kamiennego w Polsce. Widać więc, że rząd dba o polski węgiel.
Warto przeanalizować skutki, jakie dała pomoc publiczna wynosząca 6380 mln zł udzielona Kompanii Węglowej S.A. latach 2003–2011. Ten największy przedsiębiorca górniczy w Polsce i Europie, zatrudniający ponad 60 tys. osób, to dobra ilustracja niskiej efektywności pomocy publicznej dla branży wydobycia węgla kamiennego. Pomoc publiczna w okresie 2003-2011 ponad 8-krotnie przewyższyła skumulowany zysk netto tej spółki. Bez ciągłego zasilania finansowego z budżetu państwa Kompania Węglowa dawno by zbankrutowała. Nie widzimy tego w cenie węgla.
Państwo (podatnik) wspiera też wydobycie węgla pośrednio – dotując emerytury górnicze. Średnia emerytura górnika jest wyższa niż średnia emerytura lekarza czy naukowca – są zresztą ku temu powody, bo praca pod ziemią do lekkich nie należy, a jej konsekwencje zdrowotne rzeczywiście bywają paskudne. Emerytury górnicze są nie tylko bardzo wysokie, ale też są przydzielane już po 25 latach pracy pod ziemią lub na odkrywce (25 lat dla mężczyzn, dla kobiet jest to 20 lat). Jednak emerytury takie są przydzielane także osobom pracującym w górnictwie, lecz nie przy wydobyciu – w osoby takie dodatkowo muszą one spełnić warunek wieku powyżej 55 lat. Na sowite emerytury dla młodych emerytów zrzucają się wszyscy podatnicy – nie widać ich w cenie węgla.
Do tego dochodzi pomoc udzielana elektrowniom węglowym w ramach wspierania energii odnawialnej. Tak, to nie dowcip – blisko połowa środków z tzw. zielonych certyfikatów trafia do elektrowni węglowych, współwspalających z węglem biomasę, często wilgotną i przetransportowaną z dużej odległości (w latach 2005-2013 na kwotę 7,4 mld zł). Dochodzą do tego derogacje (darmowe uprawnienia do emisji CO2) w systemie ETS (do 2020 roku 16,2 mld). Znowu więc „zrzucamy się” na tani węgiel.
Bardzo wysokie są też koszty środowiskowe: od emisji dwutlenku węgla, przez emisje tlenków siarki, azotu, metali ciężkich (ołów, arsen, kadm, rtęć, …), chloru, fluoru, metanu, pierwiastków promieniotwórczych, aerozoli, pyłów, dioksyn, furanów, rakotwórczych związków organicznych po odpady górnicze w formie popiołów, żużli i ścieków oraz problemy z zapadliskami górniczymi.
„Energetyka węglowa byłaby w pełni czysta gdyby nie oddziaływała na środowisko. Taki stan jest niemożliwy do osiągnięcia. Możliwe jest dążenie do minimalizacji oddziaływania.” Tak pisze w swej pracy Waldemar Nikodem, specjalista „ENERGOPROJEKTU” Sp. z o.o. Warto przytoczyć cytat z jego pracy: „Wymóg ograniczenia emisji CO2,jeśli nie zostanie zdjęty, a co najmniej radykalnie ograniczony, to będzie on w istocie wyrokiem śmierci dla krajowej energetyki węglowej [….], a przecież należałoby przyjąć, że nie ma obecnie czystego węgla ani czystego spalania węgla.”
Zdaniem tego eksperta, w energetyce węglowej można jedynie częściowo zmniejszać negatywne oddziaływanie na zdrowie człowieka i środowisko. Wyeliminować się go nie da.
Ocenia się, że sama nadmierna ekspozycja na emisję PM2,5 w Polsce powoduje średnie skrócenie życia o 6 lat. Dobrym przykładem oszacowania skutków emisji rtęci dla zdrowia i strat finansowych z tego tytułu jest raport NILU Polska: „koszty zdrowotne wynikające z obniżenia ilorazu inteligencji w Polsce zostały oszacowane dla scenariusza EXEC (Extended Emission Control, zwiększonej kontroli emisji) na 286 mln złotych rocznie oraz dla scenariusza MFTR (Maximum Feasible Technical Reduction) na 117 mln złotych rocznie.”. Nie da się ich wyeliminować, co najwyżej można je zmniejszać. Inne koszty zdrowotne są związane z chorobami układu krążenia, jak nadciśnienie, zawały serca, przypadki przedwczesnej śmierci, oraz z nowotworami. Koszty te oszacowano jako siedmiokrotnie wyższe od tych, które związane są z obniżeniem inteligencji. Całkowite koszty zdrowotne zanieczyszczenia rtęcią dla scenariusza EXEC zostały oszacowane na 2,3 mld złotych oraz dla scenariusza MFTR na 935 mln złotych rocznie.
To tylko przykłady. W sumie koszty zdrowotne i środowiskowe pozyskiwania energii z węgla to 12,5-34 mld złotych rocznie. Ale nie widzimy ich w cenie węgla. Dotujemy ten „tani węgiel” naszym własnym zdrowiem i życiem. Pomimo tego, że w Europie i na świecie dostępne są metodyki obliczania kosztów zewnętrznych, w Polsce wciąż nie są one przyjętym standardem – i jest to absolutnie świadome działanie, gdyż ich oficjalne uznanie wyciągnęłoby wszystkie eksternalizowane przez koncerny węglowe koszty na światło dzienne i w rezultacie zmusiłoby je do zinternalizowania kosztów, a przez to do zamknięcia biznesu.
My preciousss…
Kiedy po raz kolejny słyszę, że węgiel to ‘nasz ssskarb’, uśmiecham się ironicznie, wspominając jak moje dzieciaki chichoczą podśpiewując ‘Tauron-Sauron…’. Ten ssskarb, dający władzę polityczną koncernom węglowym, a pieniądze i posady politykom, niszczy nas nie tylko środowiskowo i zdrowotnie – o czym wiemy, ale co często akceptujemy ze względów gospodarczych, ale też… gospodarczo.
Nasz tani polski węgiel jest droższy od tego z zagranicy, nawet kiedy jest na wiele sposobów hojnie dotowany przez budżet państwa (znaczy nas, podatników), a koszty zdrowotne i środowiskowe są zamiecione pod dywan. Gdybyśmy uczciwie doliczyli do ceny węgla koszty pomocy publicznej (łącznie z takimi jej formami, jak zielone certyfikaty za energię odnawialną trafiające do koncernów węglowych czy sztuczne ceny zakupu węgla), koszty emerytur dla młodych górników, koszty walących się kwartałów Bytomia, zatrutego powietrza, gleby i wody, wtedy okazałoby się, że tania energia z węgla jest jakieś trzy razy droższa, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
Posłowie
10 grudnia 2010 roku Rada UE (w tym także Polska) na wniosek Komisji Europejskiej przyjęła Decyzję w sprawie pomocy państwa ułatwiającej zamykanie niekonkurencyjnych kopalń węgla (2010/787/UE). W myśl tej Decyzji pomoc publiczna może być udzielona wyłącznie na pokrycie kosztów zamykania kopalń. W dokumencie ustalono, że ostateczne zamknięcie nierentownych kopalń w UE nastąpi najpóźniej do 31 grudnia 2018 roku.
Nie chodzi o to, by zaraz zamknąć wszystkie polskie kopalnie. Nie jest to możliwe, ani z energetycznego, ani ze społecznego punktu widzenia. Powinniśmy po prostu pozwolić im dobiec kresu swojego życia w sposób naturalny. Wydobycie stopniowo, przez 30 lat spadnie do zera, a w międzyczasie wszyscy górnicy przejdą stopniowo na emeryturę.
Ale nie brnijmy w to dalej. Nie budujmy nowych kopalni i elektrowni węglowych. Nie próbujmy w XXI wieku udawać, że przyszłością Polski jest system energetyczny i gospodarka z XX (o ile nie XIX) wieku. To nie w coraz głębszych pokładach węgla coraz niższej jakości i nie w zajmujących setki kilometrów kwadratowych odkrywkach węgla brunatnego leży nasza przyszłość, innowacyjność naszej gospodarki i rozwiązanie naszych polskich, europejskich i światowych problemów energetycznych.
Na podst. Zmierzch węgla kamiennego w Polsce, Węgiel brunatny paliwem bez przyszłości.









