Co myślisz o współczesnym świecie?
Myślę, że jego największym problemem jest kryzys klimatyczny i ekologiczny. Specjalnie używam słowa „kryzys” . Jeśli poświęcisz choć trochę swojego czasu na przeglądanie raportów, newsów o topniejących lodowcach, wyginięciu gatunków, utracie bioróżnorodności i jeśli uświadomisz sobie, jak to wszystko wpłynie na produkcję żywności, powinnaś się zaniepokoić. Moim zdaniem to jest największy problem, z jakim musimy i kiedykolwiek musieliśmy się zmierzyć. Dzieje się szybciej niż sądziliśmy, skutki kryzysu już są większe niż sobie wyobrażaliśmy. Każdy, kto sobie to uświadomi, zrozumie, że trzeba działać.
Kiedy ty poczułaś, że to jest prawdziwy kryzys?
Ktoś wrzucił na Facebooka raport IPCC z zeszłego października. Dodał też przemowę Grety Thunberg i deklarację rebelii stworzoną przez Extinction Rebellion (XR) z Londynu. Nie zwracałam wtedy uwagi za bardzo na XR, ale słowa Grety wywróciły mój świat do góry nogami. Zdałam sobie sprawę, że to się dzieje i będzie działo w trakcie mojego życia. To nie jest jakaś zła rzecz, która się przytrafi komuś innemu, gdzieś indziej, w jakiejś odległej przyszłości.
Mówimy o skutkach w 2050 roku – jeśli dożyję, będę wtedy starszą panią. Pomyślałam: „Nie chcę być starszą panią, kiedy to się będzie działo!”. Moją drugą myślą było: „Co mogę sama z tym zrobić?”. Ja sama, w swoich indywidualnych wyborach. Bo tak jesteśmy szkoleni, żeby myśleć tylko o sobie.
Co postanowiłaś zmienić?
Zaczęłam się zastanawiać – czy powinnam zrezygnować z latania, przejść na weganizm, być zero waste? Spędziłam mnóstwo czasu zadając sobie te pytania. A co z powrotami do domu? Muszę zacząć jeździć pociągiem do Wielkiej Brytanii, to daleko z Czech. Trwało to dwa miesiące. Dwa miesiące poszukiwań i riserczu. W końcu pod koniec grudnia byłam gotowa na rezygnację z latania samolotami i z jedzenia mięsa. W moich fantazjach widziałam, jak piszę o tym na Facebooku, moi znajomi to czytają, jakoś to na nich wpływa, więc sami postanawiają coś w sobie zmienić i dzięki temu wszystko będzie dobrze.
Ale tak się nie stało.
Oczywiście, że nie. Kiedy wrzucam zdjęcia swoich kotów – 60 osób „lubi to” i komentuje. Kiedy napisałam o tym, jak poważny jest kryzys klimatyczny – nic. Absolutnie nic. To był moment, w którym uświadomiłam sobie, że sprawy mają się naprawdę źle. Jeśli ja nie mam wpływu na nikogo, to jak można zmienić świat? Wróciłam wtedy do przemowy Grety i do deklaracji XR. Przeczytałam wszystko jeszcze raz i postanowiłam sprawdzić, kim są ci ludzie z Londynu. Na stronie internetowej mieli zamieszczony filmik zatytułowany „Idziemy w stronę wyginięcia i co możemy z tym zrobić”. To był piątkowy wieczór, mój były chłopak poszedł do baru, a ja zostałam w domu, usiadałam, obejrzałam ten filmik i od tamtej pory nic nie było już takie samo.
To był ten moment, kiedy zdecydowałaś się dołączyć do XR?
Pamiętam, że w tym filmie jest taki fragment: “Wielu ludzi usłyszy to i ucieknie, odwróci się od tego poczucia strachu. To jest w porządku. To normalna reakcja. Ale niektórzy ludzie usłyszą to i postanowią stawić czoła strachowi – właśnie ich szukamy”. Pomyślałam, że to o mnie.
Znalazłam czeską grupę XR, napisałam do nich, czy ktoś organizuje grupę w Brnie, gdzie mieszkałam. Odpowiedzieli: „nie, ale ty możesz to zrobić”. Co? Ja? Ja nie mogę nic tu organizować, jestem Angielką w Czechach, mój czeski jest straszny, nie potrafię się dogadać. Boże, musimy coś zrobić, ale sama sobie nie dam rady! Rozumiesz, wszystkie takie wymówki, którymi chcesz sama siebie usprawiedliwić. W końcu zauważyłam, że ktoś z Brna, kogo ledwo znałam, polubił jeden z postów praskiej grupy XR. Napisałam do niego: „Cześć, możesz mnie pamiętać albo nie, ale jeśli założyłabym grupę XR w Brnie, pomógłbyś?”. Odpowiedział, że tak. Bez niego nic by się nie udało.
Jakie były reakcje? Brno było gotowe na grupę aktywistów klimatycznych?
Ludzie byli zainteresowani. Napisaliśmy na naszym Facebooku o pierwszym spotkaniu. Przyszło 16 osób, więc wystarczająco jak na początek. A czy Brno było gotowe? Nie wiem. Wiele osób, które się zaangażowały, już wcześniej znały XR. Na przykład Veronica, która dziś jest jedną z naszych rzeczniczek prasowych, mieszkała w Londynie. Miała tam znajomych zaangażowanych w ten ruch. Obserwowała ich akcje i chciała przenieść je do Czech. I nagle okazało się, że ktoś to tutaj robi, w jej mieście. To było naprawdę fajne. Jeszcze wtedy XR nie było tak krytykowane, jak dziś.
Pamiętasz waszą pierwszą akcję?
Wydaje mi się, że to było w maju. Chcieliśmy zrobić coś kreatywnego, wyszliśmy na ulice z muzyką, z plakatami. Z naszych ciał ułożyliśmy symbol XR. Użyliśmy motywu „przerwać milczenie”, żeby zachęcić ludzi do rozmów do klimacie.
Zachęciliście? Czechy zauważają kryzys?
Coraz bardziej. Kiedy zdałam sobie sprawę, że mamy do czynienia z katastrofą, zaczęłam rozmawiać o tym z ludźmi. Wtedy to jeszcze w ogóle nie był temat. W ciągu ostatnich sześciu, może dziewięciu miesięcy widzę, że ta debata się zmienia. Mam koleżankę w Brnie, która jest nauczycielką angielskiego, tak jak ja. Pamiętam, jak pierwszy raz próbowałam rozmawiać z nią o kryzysie. Odpowiadała, że nie możemy być pewni, czy to się naprawdę dzieje, że klimat zawsze się zmieniał, że nie wiadomo, czy to wina ludzi… Padły wszystkie argumenty tego typu. Dla mnie to jest forma zaprzeczania klimatycznego. Pół roku później zmieniła zdanie na „zmiany klimatu są realne, ludzie za nie odpowiadają, ale co możemy zrobić, skoro my będziemy działać, a na przykład taka wielka Rosja już nie”. Dobre i to, bo zmieniła sceptycyzm na akceptację. Myślę, że to jest dobry obraz tego, co się właśnie w czeskim społeczeństwie dzieje.
Wierzą, ale nie są gotowi, żeby działać?
Dokładnie.
W czeskiej telewizji był ostatnio program, w którym podawano wyniki raportu naukowców z Uniwersytetu Masaryka w Brnie. Okazało się, że 68 proc. Czechów obawia się kryzysu klimatycznego, a 65 proc. spodziewa się katastrofy ekologicznej. To naprawdę duża liczba. Moim zdaniem musimy teraz popracować nad 80 proc. społeczeństwa, które myśli, że ktoś inny musi rozwiązać ten problem. Mniej niż 20 procent Czechów jest skłonnych coś zmienić.
Na przykład zrezygnować z mięsa? Spędziłam w Pradze ostatnie dwa dni i było mi bardzo trudno znaleźć coś wegetariańskiego. Nie chcę nawet myśleć, co przeżywają tu weganie.
No tak, jeśli idziesz do tradycyjnej restauracji, jedynym wegetariańskim dniem jest smażony ser, więc pewnie to jadałaś przez cały weekend. Jak ci się poszczęści, możesz czasami znaleźć też smażonego kalafiora. Tak naprawdę można znaleźć wege restauracje, ale musisz wiedzieć, gdzie ich szukać. Możemy wrócić do tych danych – 20 procent chce coś zmienić, możliwe, że też zrezygnować z mięsa. Ale 80 procent nie. Nie mam statystyk na ten temat, ale z moich obserwacji mogę powiedzieć, że za każdym razem, kiedy jestem w supermarkecie, widzę ogromną kolejkę do stoiska z mięsem. Czesi je kochają. A skąd to się bierze?
Z tradycji?
Tak, ale nie tylko. Uważam, że nie mamy w Czechach liderów, którzy nazywaliby kryzys kryzysem. Nie mamy liderów, którzy mówią nam, jak palący jest to problem. Nie mamy liderów, którzy pokazują, jakie jest ryzyko bierności. Nie podkreśla się, jak ekstremalne zjawiska pogodowe wpłyną na uprawy, co to znaczy dla każdego z nas i dla naszego bezpieczeństwa żywnościowego. Brakuje polityków i autorytetów, którzy pokazaliby, jak poważna jest sytuacja. Czy zrezygnowałabyś z mięsa, jeśli byś je bardzo lubiła i nie była świadoma, że to nie jest dla ciebie i dla planety najlepsza dieta?
Jeśli nikt nie mówi: „Masz raka, musisz zmienić swój styl życia albo umrzesz”, nie będziesz chciała niczego zmieniać. To jest mniej więcej taka sytuacja, w jakiej znajdujemy się teraz. Potrzebujemy tego „lekarza”, który powie: „Ok, rób tak dalej, ale to cię może zabić”.
Przez podejście, o którym mówisz, pewnie trudno jest spowodować, żeby XR stało się masowym ruchem w Czechach.
Ludzie wspierają nas po cichu. Byłam kilka dni temu na panelu o klimacie, po wszystkim podszedł do mnie jakiś pan i wyszeptał, że jest fanem działań XR. Dla Czechów ogromnym krokiem w przód byłoby przejście z wspierania w sekrecie do aktywnego działania. Musimy bardzo się starać, żeby przekonać ludzi, że dobrze być zaangażowanym. Musimy zdjąć z siebie to miano „ekoterrorystów”, jak określa się niemal każdego, kto chce być aktywistą. Myślę, że może chodzić o barierę kulturową. W październiku zorganizowaliśmy „Tydzień Rebelii”, 120 osób blokowało największą praską ulicę. Kilka miesięcy wcześniej to by się nie udało. XR nie jest masowym ruchem, ale szybko rosnącym w siłę. Jak na czeskie standardy.
Było ci trudno zrozumieć tę barierę? Oczywiście, wszyscy jesteśmy w Europie, ale myślę, że czeska kultura różni się od tej, w której się wychowałaś.
Mieszkałam w Czechach przez prawie dwa lata, zanim zaczęłam działać w XR. Miałam już jakiś pogląd na czeską kulturę i to, jak się różni od brytyjskiej. Może jestem naiwna, ale zazwyczaj widzę w ludziach więcej podobieństw niż różnic. To samo próbuje robić XR – szukać czegoś uniwersalnego w naszym człowieczeństwie. Nasz ruch chce zrozumieć i opowiedzieć, jak to jest być człowiekiem w dzisiejszych czasach. Ogólnie, wszędzie, a nie w konkretnych krajach czy miastach.
Aktywizm pomaga ci w walce ze strachem?
W pewnym sensie tak, ale jednocześnie nie. Myślę, że aktywizm pomaga stawić czoła trudnym emocjom. Zanim zaczęłam działać, czułam, że dzieje się coś złego.
My, ludzie, jesteśmy o wiele bardziej wrażliwi niż sądzimy. Miałam wiele symptomów depresji klimatycznej, którą gdzieś daleko od siebie odsuwałam. Teraz już zniknęły. Czułam żałobę, bezsilność, strach – wszystkie normalne uczucia, które towarzyszą uświadamianiu sobie skali kryzysu.
Od zwykłego odczuwania emocji przeszłam do bycia świadomą i do przerabiania w sobie swoich uczuć. Nie mogę odpowiedzieć na twoje pytanie „tak” albo „nie”. Czy aktywizm powoduje, że te emocje znikają? Nie. Na pewno stają się bardziej rzeczywiste. Ale to dobrze. Wolę radzić sobie z problemem, niż go od siebie odpychać.
Łamanie prawa jest najlepszą drogą działania? Dlaczego decydujecie się na nieposłuszeństwo obywatelskie?
Jedna z polskich aktywistek poprawiła mnie, że nieposłuszeństwo nie musi oznaczać łamania prawa, ale po prostu odmawianie bycia posłusznym. To jest chyba lepszy opis tego, jak działamy. Wszystkie wcześniejsze petycje, rozmowy, legalne marsze okazały się niewystarczające. Nic się nie zmienia. Kioto nic nie zmieniło, Paryż nic nie zmienił. 60 procent emisji wydarzyło się po 1999 roku. Mamy kryzys, najnowsze dane IPCC nie dają nadziei na to, że będziemy zeroemisyjni do 2030 roku. Nie wynaleziono jeszcze maszyny, która będzie pochłaniała dwutlenek węgla z atmosfery. A musimy robić coś dziś, nie możemy już czekać. Dla XR nieposłuszeństwo obywatelskie jest najbardziej efektywną drogą do jak najszybszej zmiany w społeczeństwie – a tego wymaga sytuacja. Czy najlepszą? Chciałabym powiedzieć, że tak i że na pewno wygramy, uda nam się uratować dzięki temu planetę. Ale ja tego nie wiem. Mam jednak poczucie, że nie mamy innych możliwości. Robimy to, co wydaje się być lepsze od metod, które były wypróbowane już wcześniej.
Nie boisz się, że ludzie się znudzą tymi akcjami i przestaną się przejmować?
To jest całkiem możliwe. Moja znajoma w Wielkiej Brytanii brała udział w tych wielkich blokadach w Londynie, widziała aresztowania aktywistów. Zapytała sama siebie, czy to jest coś, co jej odpowiada? Nie jest. Nie chce już brać udziału w blokadach ulic, w akcjach nieposłuszeństwa. Potrzebuje innych działań. To jest dla XR wielkie wyzwanie – co robić, żeby zachęcić ludzi i nie stracić ich poparcia. Jak wciąż zwracać uwagę? Ja bym też wolała robić miłe, śmieszne akcje, ale to nikogo nie interesuje. Blokada drogi – od razu mamy przy sobie wszystkie czeskie media. Tak to działa i musimy stawiać przed sobą nowe wyzwania, wychodzić z naszej strefy komfortu, żeby ludzie nie przestali zadawać pytań. Potrzebujemy kreatywności i musimy nad nią pracować.
Na koniec trudne pytanie.
Jestem gotowa.
Jak naprawić świat?
Rzeczywiście trudne! To by było wspaniałe, gdybym szukała odpowiedzi na to pytanie i znalazła pod kanapą listę rzeczy, które trzeba zrobić, żeby naprawić świat. Tak się jednak nie dzieje i choć łatwo jest dawać jakieś wymyślone instrukcje, to później trudno je wprowadzić w życie. Czuję, ale muszę podkreślić, że to jest bardzo osobiste odczucie, że pomocą przy naprawianiu świata może być strach przed śmiercią. Ludzkość wydaje się nie rozumieć, że życie to narodziny i śmierć. Jedno nie istnieje bez drugiego. Kapitalistyczny system nauczył nas, że nie ma limitów, że trzeba pracować, działać, myśleć o sobie i swoim życiu, zapominając o ograniczeniach. Śmierci nie ma. Jeśli jednak ludzkość zda sobie sprawę, że ten limit jest i że sami doprowadzamy do swojego wyginięcia, może zacznie działać. Świat musi zrozumieć, że zagrożenie śmiercią jest realne, żeby zacząć się bać, a ten strach przekuć w rozwiązanie problemów. Ale jak mu to uświadomić?
Źródło: SmogLab








