Hodowla zwierząt w celach spożywczych, w szczególności z tzw. wolnego wybiegu, stanowi zagrożenie dla całego życia na Ziemi.

Rysunek 1. „Jeśli chcesz jeść mniej soi… powinieneś zacząć jeść soję”. Na zdjęciu pole soi w Argentynie, Wikipedia
To, czy ludzie, a wraz z nimi wszystkie inne formy życia, przeżyją obecne oraz kolejne stulecie, zależy w dużej mierze od naszych praktyk żywieniowych. Moglibyśmy ograniczyć konsumpcję wszystkiego innego prawie do zera, a i tak ciągnęlibyśmy ekosystemy ku zagładzie, o ile nie zmienimy naszej diety.
Wszystkie dowody mówią jednoznacznie: zmiana diety ze zwierzęcej na roślinną jest po prostu konieczna. Dwa tygodnie temu, na łamach magazynu Science, opublikowany został artykuł z którego płynie jeden wniosek: niezależnie od gatunku, hodowla zwierząt w celach spożywczych szkodzi światu bardziej niż uprawa roślin wysokobiałkowych. Powierzchnia przeznaczona pod uprawę paszy dla zwierząt zajmuje 83% całości światowych obszarów rolnych, mamy z tego jednak zaledwie 18% spożywanych przez nas kalorii. Z kolei przejście na dietę roślinną oznaczałoby zmniejszenie powierzchni obszarów rolnych aż o 76%, a także 50-procentową redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz innych zanieczyszczeń bezpośrednio związanych z produkcją jedzenia.
Dlaczego jednak dieta mięsna jest tak wysoce nieefektywna? Jednym z powodów jest konieczność karmienia zwierząt zbożem. W procesie zamiany białka roślinnego na zwierzęce tracona jest ogromna część zawartych w roślinach substancji odżywczych. Innymi słowy jeśli chcesz jeść mniej soi… zacznij jeść soję. 93% spożywanej przez nas soi jest „zawarta” w mięsie, nabiale, jajkach i rybach, a jej uprawy są bezpośrednią przyczyną karczowania lasów, osuszania bagien i wyniszczania sawann. Jednak kiedy spożywamy soję bezpośrednio, na dostarczenie organizmowi takiej samej ilość białka potrzebujemy zdecydowanie mniejszej ilości soi.
Paradoksalnie, mięso z wolnego wybiegu przynosi jeszcze więcej szkód. Artykuł podsumowuje, że „proces zamiany trawy w mięso ma gigantyczny wpływ na środowisko w przypadku każdej obecnie stosowanej praktyki hodowli zwierząt”. Dzieje się tak z jednego prostego powodu: do wytworzenia każdego, karmionego trawą kotleta potrzebny jest ogromny teren. Szacuje się, że powierzchnia obszarów przeznaczonych na świecie pod wypas zwierząt jest około 2 razy większa niż powierzchnia przeznaczona pod uprawę zbóż. Rażące jest, że równocześnie obszar ten odpowiada za jedynie 1.2% spożywanego białka. Oczywiście wiele z pastwisk nie może zostać wykorzystane pod uprawę roślin, to można by na nich odtworzyć pierwotne bogate środowisko naturalne: dzięki odnowie wielu bogatych ekosystemów, zniszczonych w związku z hodowlą zwierząt zwiększyłoby się pochłanianie dwutlenku węgla z atmosfery, znacząco poprawiłby się stan rzek, można by też wreszcie zatrzymać szóstego szóste wielkie wymieranie. Marnotrawimy na produkcję nieznacznych ilości mięsa ziemie, które powinniśmy przeznaczyć na ratowanie bogactwa życia ziemskiego.
Kiedy tylko poruszam problemy plonu uzyskanego z jednego hektara ziemi, spotykam się z falą nienawiści. Nie chodzi o to, że krytykuję rolników. Ja po prostu zwracam im uwagę na to, że liczby mówią same za siebie. Hodowla zwierząt nie prowadzi ani do wykarmienia rosnącej populacji, ani do ochrony ekosystemów. Rozrzutne spożywanie mięsa i nabiału to luksus, na który nie możemy już sobie pozwolić.
Ci, którzy uważają, że warunki „holistycznych” hodowli odzwierciedlają środowisko naturalne, oszukują niestety samych siebie. Hodowle są niczym innym jak zagrodami, podczas gdy w naturze roślinożercy odbywają niekiedy wędrówki na setki i tysiące kilometrów. Hodowle wykluczają całkowicie drapieżniki, których obecność jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania ekosystemów. Częstą praktyką jest również całkowite usuwanie z ziemi sadzonek drzew, przez co nie ma prawa odradzać się niezbędna do funkcjonowania dzikiego życia roślinność leśna.
Przemysł hodowlany wymaga dokonywania bezprecedensowych zbrodni na naturze. Na nieprzemyślaną prośbę właścicieli gospodarstw mleczarskich w Anglii zapoczątkowano trwającą do dziś rzeź borsuków. Ludzie często pytają mnie o to, w jaki sposób można usprawiedliwić powrót wilków, wiedząc że będą zabijały owce. Odpowiadam wówczas pytaniem: W jaki sposób można usprawiedliwić zabijanie wilków oraz niszczenie dzikiej przyrody po to, aby zapewnić dobre warunki większym stadom owiec. Przyczynienie się do zmniejszenia powierzchni terenów hodowlanych to najważniejsza rzecz, jaką możemy zrobić dla ochrony środowiska.

Rysunek 2. Mięso z wolnego wybiegu przynosi paradoksalnie jeszcze więcej szkód dla środowiska niż z intensywnych hodowli. Na zdjęciu mięso w londyńskim sklepie. Wikipedia
Dieta roślinna może jednak okazać się nudna i droga, o ile nie potrafisz dobrze gotować. Wielu osobom brakuje tej umiejętności, dlatego też potrzebujemy lepszych i tańszych, gotowych dań wegańskich oraz przystępnych zamienników mięsa. Niewątpliwie dużą zmianę przyniesie upowszechnienie produkcji mięsa in vitro. Kwestia ta nie jest jednak pozbawiona kontrowersji. Niektóre są bardziej uzasadnione, inne mniej. Są osoby, które mówią, że sama idea spożywania sztucznego mięsa jest dla nich odpychająca. Jeśli jesteś jedną z takich osób, polecam przyjrzeć się bliżej hodowli, ubojowi oraz przetwarzaniu parówek, burgerów i nuggetów. Pracowałem w hodowli trzody chlewnej, i mogę powiedzieć, że dało mi to sporą świadomość tego co jest obrzydliwe. Drugim zarzutem jest, że mięso in vitro uderza w interesy lokalnych producentów żywności. Ten kto tak mówi jest prawdopodobnie nieświadomy tego skąd pochodzi pasza dla zwierząt hodowlanych. Nakarmienie pochodzącej z lokalnej hodowli świni argentyńską soją bynajmniej nie podwyższa poziomu „lokalności” mięsa. Trzeci zarzut ma mocniejsze podstawy: produkowanie mięsa in vitro oznacza korporacyjną koncentrację tej produkcji. Jednak przemysł produkcji paszy trafił już w ręce wielkich korporacji, a stopniowo ogarnia samą hodowlę. Powinniśmy walczyć o to, aby zapobiec temu samemu w produkcji mięsa in vitro. W sektorze tym, podobnie jak w każdym innym, potrzebne są silne przepisy antymonopolowe.
Upowszechnienie mięsa in vitro stworzyłoby również szansę na uniezależnienie się od sztucznego azotu. Dawniej czynnikiem integrującym uprawę roślin i hodowlę zwierząt było wykorzystanie nawozów naturalnych. Załamanie tej swego rodzaju symbiozy poskutkowało znacznym spadkiem żyzności gleb. Nawozy sztuczne z jednej strony uratowały nas przed śmiercią głodową, ale z drugiej przyniosły ogromne straty środowiskowe. Obecnie połączenie hodowli z uprawą zostało niemal całkowicie zerwane. Zbieramy obfite plony dzięki chemikaliom, podczas gdy zwierzęce fekalia składujemy w tzw. lagunach (zbiornikach na gnojowicę), lub wypróżniamy bezpośrednio do rzek, tworząc w morzach martwych stref beztlenowych. Wylewanie odpadów do ziemi z kolei skutkuje przyspieszeniem tempa wzrostu odporności na antybiotyki.
Przejście na dietę roślinną pozwoli na osiągnięcie synergii. Większość roślin wysokobiałkowych, takich jak fasola czy groszek, pobiera azot z powietrza, produkując w ten sposób naturalny nawóz i podnosząc poziom azotanów w ziemi. W praktyce oznacza to bardziej żyzną glebę dla kolejnych pokoleń innych gatunków roślin zasadzonych na tych samych gruntach. Oczywiście perspektywa na całkowite odejście od nawozów sztucznych jest niska, nawet przy masowym przejściu społeczeństwa na dietę roślinną. Niemniej jednak rządy powinny wspierać pionierskie badania nad wydajnością organicznych, wegańskich gospodarstw, wykorzystujących tylko i wyłącznie nawozy pochodzenia roślinnego.
Przemysł hodowlany jest oczywiście silny i nadal będzie mamił nas sielankową propagandą swoich produktów, pokazując zrelaksowane krówki na pastwiskach pod błękitnym niebem. Nie może jednak zmusić nikogo do jedzenia mięsa. Przejście na dietę roślinną staje się każdego roku coraz łatwiejsze, a zmiana zależy tylko od Ciebie.
Kamil Jędrasik na podst. The best way to save the planet? Drop meat and dairy








