W zeszłym tygodniu prezes E.ON., największej niemieckiej spółki dystrybucji i produkcji energii elektrycznej, zapowiedział podział firmy.
Jedna część będzie się zajmować dystrybucją, energetyka odnawialną, rozwiązaniami w zakresie magazynowania energii i inteligentnymi sieciami, a druga przejmie tradycyjne moce wytwórcze: atomowe i węglowe.
Dla wszystkich jest w miarę jasne, że pierwsza spółka będzie kontynuować działalność, a druga będzie zwyczajnym zombie, skazanym na stopniowe zmniejszanie się, aż do likwidacji lub bankructwa. Produkcja energii elektrycznej z węgla w Niemczech jest coraz mniej opłacalna, a nowe elektrownie nie mają żadnego sensu ekonomicznego. Czyli klasyczne elektrownie pracują coraz mniej i stopniowo będą wyłączane. A spółki się tym zajmujące są skazane na zanik rynkowy.
Ale nie tak od razu. W tym roku redukcja energii odnawialnej w Niemczech prawdopodobnie przekroczy 30% ogólnego zużycia prądu. Ale na pewno nie przekroczy 30% produkcji. Różnica to eksport, czasem zapychający wszystkie linie przesyłowe.
Z gazowymi jest źle
Sytuacja rynkowa w Niemczech wygląda tak, że elektrownie gazowe mają bardzo poważny problem w ogóle z pokryciem kosztów stałych. W miarę cały czas pracują przemysłowe elektrownie gazowe, ale komercyjne, dostarczające prąd do sieci, na nieco większą skalę pracowały ostatnio w styczniu, być może też w drugiej połowie listopada lub grudniu, nie mam jeszcze danych. Od stycznia do połowy listopada praktycznie wszystkie stały. W taki sposób się nie zarobi na pensje i podatki.
Z elektrowniami węglowymi jest lepiej
Generalnie pracują, są nadal podstawą niemieckiej energetyki, ale udział produkcji z nich spada. Z roku na rok. W miesiącach zimowych jest większy, w letnich mniejszy a są dni, kiedy możliwość regulacji mocy zaczyna się wyczerpywać i dochodzi do awaryjnych wyłączeń. A wyłączane są elektrownie odnawialne, bo to można łatwo i szybko zrobić automatycznie. A dokładniej to same inwertery odłączają automatyczne panele fotowoltaiczne od sieci w razie zbyt dużej częstotliwości.
Elektrownie węglowe maja w tym zakresie znacznie mniejsze możliwości. Zwłaszcza starsze były budowane do stałej pracy, najnowsze już są projektowane z myślą o możliwości szybkiego zwiększania i zmniejszania mocy.
W Niemczech nie ma żadnego wynagrodzenia dla właścicieli elektrowni za gotowość do pracy, zarabiają tylko kiedy sprzedają prąd, a sieć od nich kupuje, kiedy prąd jest potrzebny.
To wszystko razem powoduje, że jako biznesowe przedsięwzięcie elektrownie gazowe obecnie w Niemczech nie mają żadnego sensu, a węglowe bardzo niewielki. Tzn. eksploatacja elektrowni węglowej jest jeszcze opłacalna, ale bez amortyzacji.
A bardzo nowoczesne elektrownie, z dużymi możliwościami regulacji zazwyczaj jeszcze nie spłaciły kredytów na budowę, więc także są nieopłacalne. Cały ten mechanizm powoduje, że najrozsądniej jest po prostu uznać, że elektrownie węglowe jest to majątek pozbawiony wartości i adekwatnie planować produkcję prądu. To znaczy, że uzyskiwane ceny mają pokryć koszty pracy, paliw i podatków, ale już nie amortyzacji. W ten sposób niemieckie elektrownie będą mieć ZAWSZE niższe koszty produkcji prądu niż w krajach ościennych. Oczywiście tak długo jak właściciele duńskich, francuskich, belgijskich, szwajcarskich, austriackich, czeskich i polskich elektrowni węglowych też przyznają, że jako majątek produkcyjny elektrownie węglowe nie istnieją i rozpoczną dekapitalizację.
Na ten proces nakłada się ciągły wzrost ilości energetyki odnawialnej w Niemczech (i innych krajach też, w szczególności w Danii, Belgii i Francji) oraz harmonogram wyłączania elektrowni atomowych w Niemczech.
Właśnie plan wyłączeń mocy nuklearnych jest ważnym elementem układanki
Najbliższa do wyłączenia elektrownia miała być wyłączana jesienią 2015, ale jej właściciel, wspomniany E.ON. nie chce dokładać do interesu i wystąpił do rządu federalnego o zgodę na wyłączenie na wiosnę.
Następnie jeden blok w 2017 i potem cała reszta w relatywnie krótkim czasie 2019-2022.
Oznacza to, że albo w 2022 istnieje ryzyko braków mocy, albo w latach 2016-2020 praktyczna pewność olbrzymich nadwyżek.
A jako, że rząd niemiecki panicznie boi się niedoborów mocy, to praktycznie nie chce wyrażać zgód na wyłączanie elektrowni. Oczywiście, ich właściciele podchodzą nieco praktyczniej i po prostu olewają remonty, więc ilość rzeczywiście sprawnych mocy jest wyraźnie mniejsza niż powinna, ale o ile, tego nikt nie wie. Właściciele nie bardzo chcą się chwalić łamaniem prawa (i to chyba tez karnego), a rząd nie do końca ma narzędzia aby to skontrolować.
Patrząc na Polskę
Spore nadwyżki prądu produkowanego w Niemczech w latach 2016-2020 zmienią się w gigantyczne nadwyżki prądu z darmowych elektrowni. Tak, od strony księgowego – darmowych. Oraz z obniżonymi kosztami eksploatacji. Nikt, po prostu nikt, kto będzie chciał produkować prąd w elektrowniach węglowych uwzględniając wszystkie koszty, nie będzie mógł z nimi konkurować. Niemiecki prąd zawsze będzie tańszy. Tam gdzie sięgną sieci przesyłowe, oczywiście. Tam gdzie nie sięgną, albo razem z wytwarzaniem ciepła pozostanie działająca nisza.
A teraz w Polsce mamy sytuację następującą: elektrownie na węgiel kamienny, które jakoś ciągną, ale wkrótce przestaną wiązać koniec z końcem i kopalnie węgla, z których największa spółka kopalniana jest praktycznie bankrutem. I pojawiają się świetne pomysły dotowania Kompanii Węglowej z zysków elektrowni, przez przymusy zakupów, wieloletnie kontrakty, ułatwienia w transporcie, itd.
To jest po prostu bzdura. Albo Polska postawi na nowoczesną energetykę, albo razem z Kompanią Węglową na dno pójdą także elektrownie.
Przemysłu elektrowni wiatrowych w Polsce nie ma i zbyt szybko nie będzie, ale obecnie cały kraj ma wybór – albo raz kupić wiatraki z Niemczech, Hiszpanii czy Chin ach i potem mieć krajowy prąd, albo za krótkie kilka lat ten prąd kupować w Niemczech i jednocześnie dotować bankrutujące krajowe elektrownie węglowe.








