Nadszedł moment, kiedy każdy człowiek ze zdolnością do odrobiny refleksji powinien stanąć i zastanowić się nad tym, co wyczyniamy.
Jeśli wiadomość, że Ziemia w ciągu ostatnich 40 lat straciła 50% liczby wszystkich kręgowców nie skłania nas do wniosku, że w naszym sposobie życia jest coś nie tak, to naprawdę trudno wyobrazić sobie, co mogłoby to być. Kto nazwał by system społeczno-ekonomiczny, którego efektem jest tak gwałtowna i głęboka degradacja biosfery, zdrowym? Kto nazwał by to postępem???
Biorąc w obronę czasy współczesne, trzeba uczciwie powiedzieć, że są one kontynuacją procesu trwającego już 2 miliony lat. Wymarcie większości afrykańskiej megafauny – kotów szablozębnych, kilku gatunków słoni, hien olbrzymich, amficjonów zbiegło się z czasem, kiedy pierwsze hominidy przeszły na dietę mięsną. Trudno znaleźć inną przyczyną skądinąd bardzo nietypowego wzorca wymierań.
Kolonizacja innych kontynentów skutkowała niemal natychmiastowym wymieraniem miejscowej megafauny. Być może najlepszym sposobem datowania czasu przybycia pierwszych ludzi jest moment wyginięcia dużych zwierząt. Obszary, które uważamy za nietknięte, takie jak Amazonia czy rafy koralowe też już straciły przedstawicieli dużych gatunków zwierząt, które odgrywały kiedyś ważną rolę w swoich ekosystemach.
Wraz z upływem czasu naszymi ofiarami padają gatunki znajdujące się coraz niżej w piramidzie troficznej, począwszy od mniejszych drapieżników i średniej wielkości roślinożerców aż po całe grupy systematyczne. Wydawać by się mogło, że w ludzkim mózgu musi być coś, co uniemożliwia nam przerwanie procesu destrukcji, nawet wtedy, kiedy nie mamy powodów do takiego zachowania.
Obecnie jesteśmy świadkami czegoś nowego: tempo zniszczenia przewyższa to sprzed 14000 lat, gdy do Ameryki dotarli pierwsi ludzie i kiedy w ciągu kilkunastu pokoleń wyginęła większość największych przedstawicieli kręgowców.
Wielu ludzi winą za dzisiejszą sytuację obarcza wzrost populacji. Nie ma wątpliwości, że odegrał on ważną rolę. Ale są też dwa inne czynniki, których jest co najmniej równie duży, a być może nawet większy – pierwszym z nich jest wzrost konsumpcji, drugim zaś rozwój technologii. Każdego roku pojawiają się nowe pestycydy, efektywniejsze techniki połowu i technologie wydobywcze oraz coraz metody szybszej wycinki i obróbki drewna. Nazywamy to postępem. I z pomocą dostarczonych przez niego narzędzi prowadzimy ze światem biologicznym coraz intensywniejszą wojnę. I patrząc na pikujące statystyki bioróżnorodności i przyspieszające tempo znikania kolejnych gatunków widać, że wygrywamy.
Ale czemu jesteśmy w stanie permanentnej wojny z biosferą? W bogatych państwach, które napędzają destrukcję poprzez import, większość konsumpcji nie ma nic wspólnego z zaspokajaniem podstawowych potrzeb.
To, co uderza mnie najsilniej, to dysproporcja między tym co w wyniku wzrostu konsumpcji zyskujemy, a tym, co tracimy. Wzrost gospodarczy w państwie, gdzie większość podstawowych potrzeb obywateli jest zaspokojona, wiąże się z kupowaniem coraz większej ilości bardziej niepotrzebnych nam przedmiotów i spełnianiu coraz bardziej ekstrawaganckich pragnień.
W społeczeństwie zewsząd bombardowanym reklamami, w którym imperatywem jest wzrost, przyjemność redukuje się do hedonizmu, a hedonizm sprowadza się do konsumpcji. Kupujemy, bo chcemy zwalczyć nudę i wypełnić pustkę, jaką tworzy bezduszna, zaborcza i zatomizowana kultura; by nadać blask szaremu światu, który stworzyliśmy.
Co raz mniej dbamy o nabywane rzeczy, które co raz szybciej lądują w koszu. W tym celu wydobywamy surowce, wytwarzamy zanieczyszczenia związane z produkcją oraz rozbudowujemy infrastrukturę i transport, tym samym efektywnie niszcząc naturalny świat, który jest znacznie bardziej fascynujący i złożony, niż tak cenione przez nas dobra materialne, kończące coraz szybciej jako odpady. Utrata dzikiej przyrody to utrata cudu i magii, jaką obdarza ona nasz świat.
Typową cechą dzisiejszego wzrostu jest fakt, że jego owoce trafiają do niewielkiej grupy ludzi: badania stwierdzają, że najbogatsze 1% społeczeństwa USA przejmuje 93% wzrostu dochodów, generowanego przez wzrost gospodarczy. Nawet jeśli gospodarka rośnie 2-3% rocznie, warunki życia i pracy dla większości ludzi nie poprawiają się, a nawet pogarszają.
Komu więc służy wzrost? Jest on niezbędny właścicielom banków, funduszy hedgingowych, firmom PR, producentom broni i instytucjom finansowym. Wszechobecność, intensywność i nachalność przekazu głoszącego wzrost jako pożądany i wręcz niezbędny element współczesnego świata, nosi znamiona propagandy usiłującej wyprać mózgi swoim odbiorcom.
System, który sprawia, że czujemy się mniej szczęśliwi i bezpieczni, zubażający nasze życie, przedstawiany jest jako odpowiedź na nasze wszystkie problemy. Mówi nam się, że nie ma alternatywy: musimy kroczyć aż na krawędź przepaści. I dalej. Ten, kto ośmieli się kwestionować paradygmat ciągłego wzrostu jest ignorowany albo wyśmiewany i odsądzany od czci i wiary.
A beneficjenci? Cóż, są jednocześnie największymi konsumentami, wykorzystując swoje olbrzymie bogactwo, by wywierać wpływ na środowisko tysiące razy większy niż zwykli zjadacze chleba. Duża część naturalnego świata ginie po to, by super bogaci mogli pływać wyłożonymi mahoniem jachtami, jeść sushi z tuńczyka błękitnopłetwego, raczyć się sproszkowanym rogiem nosorożca, lądować swoimi prywatnymi odrzutowcami na lotniskach wydartych naturalnym obszarom, spalając w ciągu dnia więcej paliw kopalnych niż normalny człowiek w ciągu całego roku.
Stopniowo ginie na świecie to, co unikalne i odstające od pochłaniającego wszystko standardu, zubażając nie tylko naturę, ale także kulturę i transformując bogactwa świata przyrody w jedną wielką monokulturę.
Czy nie nadszedł moment w którym powinniśmy krzyknąć: „Stop!”? Czy nie nadszedł w końcu czas, byśmy zaczęli wykorzystywać nasze niezwykłe zdolności intelektualne i zdobytą wiedzę, by zmienić i odwrócić destrukcyjne trendy w naszej relacji z planetą, które w niesamowicie szybkim tempie niszczą wciąż jeszcze ocalałe elementy żywego świata?
Czy nie nadszedł moment, byśmy zaczęli kontestować imperatyw wiecznego wzrostu na skończonej planecie? Jeśli nie teraz, to kiedy?
Tomasz Kłoszewski na podst. It’s time to shout stop on this war on the living world









