Od kilku lat Chabibułło Abdusamatow z Petersburga (znany w Polsce jako
„rosyjscy naukowcy) zapowiada nadejście epoki lodowcowej, małej epoki
lodowcowej czy też innej zimy tysiąclecia lub co najmniej stulecia. Tak
też było jesienią 2013 roku, kiedy (jak co roku) zapowiedział nadejście
wyjątkowo mroźnej zimy, która swoim zasięgiem miała objąć także Polskę. Prognozy rekordowo mroźnej zimy były chyba wszędzie – publikowały je m.in. TVN Meteo, WP, Onet i Twoja Pogoda. Tymczasem nic takiego się nie stało.
Chabibułło Abdusamatow jest znanym sceptykiem teorii globalnego ocieplenia i od lat co roku zapowiada nadejście ery lodowcowej, lub co najmniej trwającego kilkadziesiąt i więcej lat okresu, który będzie cechować się wyjątkowo mroźnymi i śnieżnymi zimami. Według jego ostatnich zapowiedzi, okres chłodów miał nadejść w tym roku. Zima minęła i możemy już ją podsumować.

Rysunek 1. Odchylenia temperatur od średniej zimą 2013/2014 (względem poziomu bazowego z okresu 1981-2010) NOAA-NCAR
Okres zimowy 2013-2014 charakteryzował się dodatnimi odchyleniami temperatury od normy praktycznie w całej Europie, rosyjskim Dalekim Wschodzie, Grenlandii i zachodniej części USA. Poza tymi obszarami ciepła była cała Arktyka i kilka obszarów nad oceanami. Były też obszary zimne, m.in. wschodnia część Ameryki Północnej i północna Syberia. Warto zwrócić uwagę na to, że pokazane na mapie odchylenia od średniej są przedstawione w odniesieniu do okresu 1981-2010, kiedy to temperatury były już istotnie wyższe niż wcześniej. Gdyby przedstawić odchylenia temperatur względem okresu bazowego 1951-1980 (stosowanego m.in. przez NASA GISS), odchylenia temperatury od średniej byłyby wyższe o około 0,5C, a mapa miałaby znacznie więcej ciepłych barw.
Wróćmy jednak do Abdusamatowa. Twierdził on bowiem (nie po raz pierwszy zresztą), że już w tym roku rozpocznie się epoka lodowcowa. Aktywność słoneczna ma obniżyć się na tyle, że do końca XXI wieku będziemy cierpieć z powodu chłodów nie widzianych w Europie oraz Ameryce Północnej od wielu lat. Apogeum chłodów miałoby nastąpić około roku 2055, choć Rosjanin twierdzi, że może nastąpić dekadę wcześniej lub później.
Swoją opinię Abdusamatow bazuje na możliwości spadku aktywności słonecznej, która jest istotnym czynnikiem wpływającym na klimat Ziemi.
Jednak nie jest ona czynnikiem jedynym. Dziś zmianie temperatury na powierzchni Ziemi decydują głównie emitowane przez nas gazy cieplarniane, a szczególnie dwutlenek węgla, którego ilość w atmosferze od rewolucji przemysłowej coraz szybciej rośnie. Co by się stało, gdyby faktycznie Słońce w XXI wieku weszło w następne Minimum Maundera i jaki byłby tego skutek dla klimatu Ziemi? Symulacje komputerowe pokazują, że spadek temperatury wywołany przez zmianę aktywności Słońca w porównaniu do ocieplenia powodowanego przez produkowane przez ludzi gazy cieplarniane byłby niewielki (Feulner 2010). Ochłodzenie wywołane przez obniżoną aktywność słoneczną jest szacowane na około 0,1°C (maksymalnie 0,3°C), podczas gdy ocieplenie związane ze wzmocnieniem efektu cieplarnianego wyniesie od 3,7°C do 4,5°C, w zależności od tego, ile gazów cieplarnianych wyemitujemy w XXI wieku.

Rysunek 2: Anomalie temperatury globalnej w latach 1900-2100 w scenariuszach A1B (czerwone linie) i A2 (purpurowe linie) i dla trzech różnych wymuszeń słonecznych: typowego 11-letniego cyklu (linia ciągła), nowego Wielkiego Minimum z poziomem aktywności słonecznej odpowiadającej zrekonstruowanemu poziomowi ostatniego Minimum Maundera (linia przerywana) oraz obniżonego poziomu promieniowania (linia kropkowana). Temperatury obserwowane przez NASA GISS do roku 2009-go są oznaczone liną niebieską (Feulner 2010).
Obecna koncentracja CO2 nie pozwoli na powtórzenie epoki lodowej. Wystarczy spojrzeć na poniższy wykres:

Rysunek 3. Pomiary zawartości dwutlenku węgla (linia niebieska) i metanu (linia zielona) w rdzeniu lodowym Vostok porównane do zmiany średniej temperatury powierzchni Ziemi (linia czerwona) (Hansen 2006), dane za 2013 zaktualizowane na podst. NOAA ESRL.
W czasach, kiedy Ziemię nawiedzały epoki lodowcowe, poziom dwutlenku węgła obniżał się do 160-180 ppm – wtedy temperatury spadały, a czapy lodowe powiększały się, obejmując m.in. tereny dzisiejszej Polski. To właśnie dzięki epokom lodowcowym Polskę pokrywają liczne jeziora, będące pozostałością po wycofującym się lądolodzie. W okresach ciepłych interglacjałów temperatury były zbliżone do dzisiejszych lub nieco większe. Było tak np. w interglacjale eemskim, 120 tysięcy lat temu, kiedy to średnia temperatura planety była o 1 stopień wyższa niż obecnie (czyli o 2oC wyższa niż w XIX wieku). Jednocześnie poziom oceanów był wyższy o 6 metrów. Ilość CO2 w atmosferze wynosiła wtedy około 300 ppm. Obecnie w atmosferze mamy około 400 ppm. Oznacza to, że nie tylko nie powinniśmy spodziewać się zlodowacenia ani coraz cięższych zim, lecz coraz wyższych temperatur. Już przy obecnej koncentracji gazów cieplarnianych średnia temperatura planety wzrośnie prawie o 2oC w stosunku do XIX wieku (na razie ocieplanie to spowalniają chłodzący wpływ aerozoli i bezwładność termiczna oceanów). Obserwacje wyraźnie pokazują przesuwanie się rozkładu temperatur w górę.
Mimo bardzo łagodnej zimy w Polsce i Europie, w innych miejscach półkuli północnej było chłodno. Wyjątkowo mroźna i śnieżna zima wystąpiła na znacznej części Stanów Zjednoczonych (choć równocześnie w Kalifornii obecna zima była najcieplejszą w historii pomiarów). Dlaczego? Odpowiedzią jest prawdopodobnie właśnie ocieplenie klimatu, a szczególnie Arktyki. Ocieplający się klimat sprawia, że topi się lód w Arktyce. Ponieważ Arktykę pokrywa stabilizujący klimat pływający lód morski, obszar ten jest bardzo czuły na zmiany klimatu. Z powodu coraz szybszego topnienia lodu w Arktyce, temperatura rośnie tam dwa razy szybciej niż na niższych szerokościach geograficznych. Przyczyną jest dodatnie sprzężenie zwrotne odbijania światła przez lód. Kiedy w miejsce topniejącego lodu pojawia się ciemny ocean, który pochłania energię słoneczną, następuje wzrost temperatury. To z kolei prowadzi do zmian w różnicy temperatur miedzy Arktyką (gdzie temperatura rośnie szybko), a średnimi szerokościami geograficznymi (gdzie temperatura rośnie wolniej).

Rysunek 4. Układ prądów strumieniowych nad Ameryką Północną zimą 2014 roku. Źródło
Prowadzi to do zmian w zachowaniu prądu strumieniowego, które dyktują to, jak wygląda układ mas powietrza, a tym samym pogoda. W wyniku zaburzeń w zachowaniu się prądu strumieniowego, określona pogoda nad danym regionem utrzymuje się dłużej. Jakby tego było mało, zwalniający pod wpływem wzrostu temperatur w Arktyce prąd strumieniowy meandruje. W wyniku tego zimne powietrze może napływać dalej na południe, a stan ten może się przeciągać. Oczywiście w tym samym czasie ciepłe masy powietrza mogą bez problemu dostać się do obszarów leżących za kołem polarnych, nagrzewając je do szczególnie wysokich wartości. Tak było na przykład na Alasce, gdzie temperatury tej zimy w wielu miejscach były nawet wyższe niż w niektórych rejonach Polski.
Widzimy więc, że szans na epokę lodowcową, a nawet na znaczące ochłodzenie, nie ma. Kolejnym dowodem na omylność „rosyjskich naukowców” (czyli Chabibułło Abdusamatowa) i innych zaprzeczaczy jest zachowanie się samej Arktyki, z której to 100 tysięcy lat temu przyszło ostatnie zlodowacenie. Czapa lodowa w Arktyce w ostatnich latach topi się w bezprecedensowym tempie. Mimo, że w 2013 roku zasięg lodu był wyjątkowo duży jak na ostatnie lata, to sama pokrywa lodowa na znacznym swym obszarze miała postać cienkiej dryfującej kry lodowej. Po trwającej rekonwalescencji objętość lodu w Arktyce ponownie znalazła się na trajektorii mogącej prowadzić do kolejnego rekordowego topnienia w tym roku. Biorąc pod uwagę rosnące emisje gazów cieplarnianych los arktycznej czapy lodowej jest już właściwie przesądzony.
Czy takiego zachowania lodu w Arktyce oczekiwalibyśmy w obliczu nadchodzącego ochłodzenia klimatu? Gdybyśmy mieli wchodzić w kolejną epokę lodowcowa, to lód w Arktyce z roku na rok powiększałby się, a zimy w Polsce czy USA stawałyby się coraz dłuższe i mroźniejsze. Lato byłoby coraz krótsze i chłodniejsze, liczba dni z upałami kurczyłaby się, a strefy klimatyczne przesuwałyby się w stronę równika. To zaowocowałoby wzrostem opadów na północnej Saharze czy Półwyspie Arabskim. Tymczasem obserwujemy coś zupełnie odwrotnego. Zimy stają się coraz łagodniejsze (choć wciąż będą występować fale mrozów, jak ostatnio w USA), susze i upały są coraz bardziej uporczywe, a letni lód w Arktyce stracił dwie trzecie swojej objętości. Strefy klimatyczne przesuwają się w stronę biegunów, a wieczna zmarzlina – zamiast zamarzać, tak, jak to widzi Abdusamatow, zaczyna powoli rozmarzać, emitując przy okazji coraz większe ilości metanu. Nierzadko przy okazji dochodzi do coraz intensywniejszych pożarów tajgi, z których dym unosi się nad obszarami większymi od Europy.
Takie zachowania klimatu i pogody nie świadczą o rzekomym ochłodzeniu, lecz o postępującym globalnym ociepleniu. A jeśli obecne trendy w światowej gospodarce i systemie energetycznym utrzymają się, to epoki lodowcowej nie będzie w ogóle. Przynajmniej nie w najbliższych 100 tysiącach lat.
Hubert Bułgajewski, blog Arktyczny Lód








