ArtykulyZmiany klimatu

To zmienia wszystko

Syreny alarmowe kryzysu klimatycznego rozbrzmiewają w naszych uszach od lat i stają się coraz głośniejsze – a mimo to ludzkość nie zmienia kierunku. Co z nami jest nie tak?

Próbowano odpowiedzieć na to pytanie na różne sposoby, powołując się na ogromną trudność wypracowania przez wszystkie rządy na świecie wspólnego stanowiska w jakiejkolwiek sprawie, brak rzeczywistych rozwiązań technologicznych, jakieś wewnętrzne cechy naszej ludzkiej natury, które powstrzymują nas od działania w obliczu pozornie odległych zagrożeń, a także – ostatnio – twierdzenie, że sprawę zawaliliśmy i nie warto już próbować robić czegokolwiek, poza kontemplowaniem upadku naszej cywilizacji.

Niektóre z tych wyjaśnień są w mniejszym czy większym stopniu trafne, ale w ostatecznym rozrachunku żadne z nich nie jest odpowiednie. Weźmy twierdzenie, że dojście do porozumienia w sprawie wspólnego kierunku działania przez tak wiele krajów jest zbyt trudne. Owszem, to jest trudne. Ale wiele razy w przeszłości Narody Zjednoczone pomagały rządom porozumieć się dla rozwiązania poważnych transgranicznych wyzwań, poczynając od dziury ozonowej a na rozprzestrzenianiu broni jądrowej kończąc. Porozumienia, które uzgadniano nie były idealne, ale stanowiły istotny postęp. Ponadto, w tym samym czasie, kiedy nasze rządy nie potrafiły wprowadzić solidnej i wiążącej architektury prawnej wymuszającej redukcje emisji, rzekomo ze względu na to, że współpraca była zbyt złożona, były one w stanie stworzyć WTO – skomplikowany globalny system, który reguluje przepływ towarów i usług na całej planecie. Reguły tego systemu są jasne, a ich łamanie wiąże się z surową karą.

Twierdzenie, że powstrzymuje nas brak rozwiązań technologicznych jest równie nieprzekonujące. Energia ze źródeł odnawialnych, takich jak wiatr czy woda była wykorzystywana wcześniej niż ta, która pochodzi z paliw kopalnych, i z każdym rokiem staje się tańsza, bardziej wydajna, łatwiejsza do magazynowania. W ostatnich dwóch dekadach obserwujemy eksplozję projektów bezodpadowych, a także zielonej planistyki miejskiej. Nie tylko posiadamy techniczne narzędzia, żeby zrezygnować z paliw kopalnych, mamy też niezliczoną liczbę małych lokalnych enklaw, w których niskoemisyjny styl życia został przetestowany z ogromnym sukcesem. A mimo to przemiana na dużą skalę, która dałaby nam wszystkim szanse na uniknięcie katastrofy wciąż pozostaje nieosiągalna.

A może powstrzymuje nas ludzka natura? My, ludzie, wielokrotnie wykazywaliśmy zdolność do zbiorowego poświęcenia w obliczu zagrożeń. Najbardziej wyrazistymi tego przykładami może być przyjęcie ograniczeń żywności, ogrody zwycięstwa, czy obligacje zwycięstwa z czasów I i II WŚ. Aby wesprzeć oszczędzanie paliwa w czasie II Wojny Światowej w Zjednoczonym Królestwie praktycznie całkowicie wyeliminowano jazdę samochodem dla przyjemności, a między rokiem 1938 i 1944 korzystanie z transportu publicznego wzrosło w USA o 87% a w Kanadzie o 95%. Dwadzieścia milionów amerykańskich gospodarstw domowych – stanowiących trzy piąte populacji – w 1943 roku uprawiało żywność w ogrodach zwycięstwa, a ich zbiory stanowiły 42% świeżych warzyw spożytych w tym roku. Co ciekawe, wszystkie te działania łącznie w drastyczny sposób obniżają emisję dwutlenku węgla.

Tak, to prawda, że zagrożenie wojną było bezpośrednie i namacalne, ale podobnie jest z zagrożeniem kryzysem klimatycznym, który już teraz z dużym prawdopodobieństwem w istotny sposób przyczynił się do ogromnych katastrof w największych miastach świata. Tyle że, od lat wojennych poświęceń zmiękliśmy, czyż nie? Współcześni ludzie są zbyt skoncentrowani na sobie, zbyt uzależnieni od gratyfikacji, aby rozstać się z pełną wolnością do zaspokajania każdej zachcianki – a przynajmniej tak brzmi codzienny kulturowy przekaz, którym jesteśmy karmieni. A jednak prawda jest taka, że na co dzień i bez przerwy zgadzamy się na zbiorowe poświęcenia w imię abstrakcyjnego wspólnego dobra.

Poświęcamy nasze emerytury, z trudem zdobyte prawa pracownicze, szkolne programy artystyczne i zajęcia pozalekcyjne. Zgadzamy się płacić znacząco więcej za niszczycielskie źródła energii, którymi musimy zasilać nasze środki transportu i nasze życie. Zgadzamy się na wzrost cen biletów na transport publiczny w czasie, gdy jego jakość się nie poprawia, a wręcz obniża. Zgadzamy się na to, że ukończenie publicznej wyższej uczelni wymaga od absolwenta zaciągnięcia długu, który będzie musiał spłacać przez pół życia, podczas gdy pokolenie wstecz, tego typu obciążenie finansowe za edukację było nie do pomyślenia. W ostatnich 30 latach mamy do czynienia z ciągłym, stopniowym procesem zmniejszania się naszych przywilejów w sferze publicznej.

Wydaje mi się, że jeśli ludzie są w stanie poświęcić tak wiele wspólnotowych dóbr w imię stabilizacji systemu ekonomicznego, który z każdym dniem czyni ich własne życie droższym, bardziej niebezpiecznym i niepewnym, to z pewnością ci sami ludzie powinni być zdolni do dokonania pewnych ważnych zmian w stylu życia w celu ustabilizowania fizycznych systemów, od których zależy życie na Ziemi. Zwłaszcza z uwagi na to, że wiele zmian, których trzeba dokonać, aby w znaczący sposób obniżyć emisje, równocześnie poprawiłoby jakość życia większości ludzi na tej planecie – od umożliwienia dzieciom w Pekinie zabawy na świeżym powietrzu bez konieczności noszenia masek, do stworzenia wartościowych miejsc pracy dla milionów ludzi w gałęziach gospodarki związanych z czystą energią.

Żeby była jasność, czasu mamy mało. Ale gdybyśmy, od jutra, przyłożyli się do radykalnego obniżania emisji z paliw kopalnych i rozpoczęli zmianę w kierunku bezwęglowych źródeł energii bazujących na technologiach odnawialnych, moglibyśmy osiągnąć pełną transformację w ciągu dekady. Mamy do tego narzędzia. Gdybyśmy to zrobili, poziom mórz i tak by wzrósł, huragany by nadciągały, ale mielibyśmy większą szansę zapobieżenia prawdziwie katastrofalnemu ociepleniu. W gruncie rzeczy, mogłyby zostać uratowane całe narody.

W związku z tym, w mojej głowie nie przestaje kołatać się pytanie: co jest z nami nie tak? Wydaje mi się, że odpowiedź jest dużo prostsza, niż mam się to często wmawia: nie zrobiliśmy tego, co jest konieczne, aby obniżyć emisje dlatego, że działania te stoją w skrajnej sprzeczności z pozbawionym ograniczeń/ deregulowanym kapitalizmem, ideologią panującą przez cały okres, w którym próbujemy znaleźć wyjście z tego kryzysu. Buksujemy w martwym punkcie, bo działania, które dałyby nam najlepszą szansę zapobieżenia katastrofie – i znacznej większości ludzi przyniosłyby korzyść – są ekstremalnie zagrażające dla elitarnej mniejszości, która panuje nad naszą ekonomią, procesami politycznymi i większością mediów. Problem dałoby się rozwiązać, gdyby zaistniał w innym punkcie w historii. Niestety, ku naszemu wielkiemu wspólnemu nieszczęściu, społeczność naukowa postawiła jednoznaczną diagnozę zagrożenia klimatycznego dokładnie w czasie, w którym wspomniane elity cieszyły się większą i bardziej niezachwianą polityczną, kulturową i intelektualną władzą niż w jakimkolwiek innym momencie od lat 20. XX wieku. W rzeczy samej, rządy i naukowcy zaczęli rozmawiać na poważnie o radykalnym ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych w 1988 roku – dokładnie w tym samym roku, który stanowi zaranie dla zjawiska zwanego 'globalizacją’, związanego z podpisaniem największej na świecie dwustronnej umowy handlowej między USA a Kanadą, rozszerzonej następnie do Porozumienia o Wolnym Handlu w Ameryce Północnej (NAFTA) poprzez włączenie Meksyku.

Trzy fundamenty polityki nowej ery są wszystkim dobrze znane: prywatyzacja sfery publicznej, deregulacja sektora korporacji oraz finansowane z cięć wydatków publicznych obniżenie podatków korporacyjnych. Wiele pisano o rzeczywistych kosztach tych rozwiązań – niestabilność rynków finansowych, nadmiar superbogaczy, desperacja coraz bardziej zbędnej biedoty, a także opłakany stan infrastruktury publicznej i usług. Niewiele jednak pisano o tym jak rynkowy fundamentalizm od swoich narodzin systematycznie sabotował wspólną reakcję na zmianę klimatu.

Podstawowym problemem było to, że opanowanie życia publicznego przez logikę rynkową spowodowało, że najbardziej bezpośrednie i oczywiste odpowiedzi na kryzys klimatyczny postrzegane są jako polityczna herezja. Na przykład, w jaki sposób społeczeństwa miałyby podejmować potężne inwestycje w bezwęglowe usługi publiczne i infrastrukturę w tym samym czasie, kiedy sfera publiczna była rozmontowywana i rozprzedawana? W jaki sposób rządy miałyby twardo regulować, opodatkowywać i karać firmy bazujące na paliwach kopalnych, kiedy wszystkie takie działania były odrzucane jako relikty komunistycznego systemu 'kontroli i nakazów’? A jak sektor energii odnawialnej miałby otrzymać wsparcie i ochronę potrzebną do tego, aby mógł zastąpić paliwa kopalne, gdy 'protekcjonizm’ stał się nieprzyzwoitym słowem?

Regulacje, które w tak skuteczny sposób uwolniły międzynarodowe korporacje od praktycznie wszystkich ograniczeń, w jeszcze bardziej bezpośredni sposób przyczyniły się do zaistnienia podstawowego źródła globalnego ocieplenia – zwiększenia emisji gazów cieplarnianych. Liczby są porażające: w latach 90. XX wieku, kiedy projekt integracji rynkowej wypłynął na szerokie wody, średni roczny wzrost globalnych emisji wynosił jeden procent; do lat 2000., w których ‘rynki wschodzące’ były już w pełni zintegrowane ze światową gospodarką, wzrost emisji katastrofalnie przyspieszył a jego roczna wartość przez większość dekady osiągała 3,4% rocznie. Gwałtowny wzrost trwa do dziś i tylko na bardzo krótko przerwał go światowy kryzys finansowy 2009 roku. Po kryzysie emisje odbiły ze zdwojoną siłą w 2010 roku, który był też rokiem największego absolutnego wzrostu emisji w historii ludzkości.

Patrząc z perspektywy czasu trudno sobie wyobrazić odmienny obrót spraw. Dwoma emblematycznymi znakami tej epoki są masowy eksport produktów na ogromne odległości (wymagający nieprzerwanego spalania paliw kopalnych), i zaimportowanie unikalnie marnotrawczego modelu produkcji, konsumpcji i rolnictwa przez każdy zakątek świata (też związane z obfitym spalaniem paliw kopalnych). Innymi słowy, wyzwolenie rynków światowych, proces zasilany przez wyzwolenie bezprecedensowych ilości paliw kopalnych z ziemi, w dramatyczny sposób przyspieszyło ten sam proces który wkrótce zakończy liczące miliony lat istnienie morskiego lodu pływającego w Arktyce.

W rezultacie tego, znaleźliśmy się w bardzo trudnej i nieco ironicznej sytuacji. Z powodu dekad ostrego emitowania, które przypadały na czas, kiedy powinniśmy byli ograniczać emisje, działania które musimy podjąć, żeby uniknąć katastrofalnego ocieplenia nie są już tylko w konflikcie ze specyficznym rodzajem pozbawionego ograniczeń kapitalizmu, który tryumfował w latach 80. XX wieku. Obecnie działania te stoją w konflikcie wobec fundamentalnego imperatywu, który leży w samym sercu naszego modelu ekonomicznego: wzrastaj lub giń.

Kiedy już węgiel zostanie wyemitowany do atmosfery, pozostaje tam przez setki lat, część nawet wielokrotnie dłużej, cały czas zatrzymując ciepło. Efekty się kumulują, wraz z upływem czasu stając się coraz bardziej poważne. Jak twierdzą specjaliści od emisji, między innymi, tacy jak Kevin Anderson z Centrum Tyndalla, w ciągu ostatnich dwóch dekad dopuściliśmy do zakumulowania w atmosferze tak dużej ilości węgla, że jedyną nadzieją na to, iż utrzymamy ocieplenie poniżej uzgodnionego na poziomie międzynarodowym celu 2°C jest to, że bogate kraje zaczną redukować swoje emisje w granicach od 8 do 10% rocznie. „Wolny” rynek po prostu nie może osiągnąć tego zadania. Tak naprawdę, taki poziom redukcji emisji miał miejsce jedynie w kontekście załamania gospodarczego lub głębokich kryzysów.

Liczby te oznaczają, że nasz system ekonomiczny i nasz system planetarny znalazły się w stanie wojny. Albo, bardziej precyzyjnie, nasza ekonomia jest w stanie wojny z wieloma formami życia na Ziemi, włączając w to życie nas, ludzi. Aby uniknąć załamania, klimat potrzebuje ograniczenia zużycia zasobów przez ludzkość. Aby uniknąć załamania, nasz model gospodarczy wymaga nieprzerwanej ekspansji. Tylko jeden z tych dwóch zbiorów praw może zostać zmieniony, i nie są to prawa natury.

Na szczęście, całkowicie możliwe jest takie przekształcenie naszej ekonomii, aby stała się mniej zależna od zasobów, można też tego dokonać dbając o równouprawnienie, chroniąc najbardziej zagrożonych i przenosząc największe ciężary na tych, którzy ponoszą największą odpowiedzialność za obecny stan rzeczy. Niskowęglowe gałęzie naszych systemów ekonomicznych mogą uzyskiwać zachęty do wzrostu i tworzenia nowych miejsc pracy, podczas gdy wysokowęglowe gałęzie będą maleć. Problemem jest jednak to, że ekonomiczne planowanie i zarządzanie na taką skalę całkowicie wykracza poza horyzont panującej ideologii. W rezultacie jedyny rodzaj ograniczenia, mogący zaistnieć w obecnym systemie to brutalne załamanie, podczas którego najsłabsi ucierpią najbardziej.

Pozostaje nam prosty wybór: pozwolić na to, aby zaburzenia klimatu zmieniły nasz świat nie do poznania, albo zmienić niemal wszystko w naszym systemie ekonomicznym, aby tego losu uniknąć. Ale musimy jasno zdać sobie sprawę, że ze względu na dekady kolektywnego wypierania problemu, nie mamy już do dyspozycji żadnych scenariuszy bazujących na stopniowych przemianach. Delikatne modyfikacje status quo przestały już być jednym z wariantów rozwiązania problemu klimatu, odkąd rozdmuchaliśmy Amerykański Sen w latach 90. XX wieku, a następnie nadaliśmy mu rozmiary globalne. Poza tym, w chwili obecnej potrzebę radykalnej zmiany dostrzegają już nie tylko radykałowie. W 2012 roku 21 laureatów prestiżowej Nagrody Niebieskiej Planety, grupa w skład której wchodzą James Hansen, były dyrektor należącego do NASA Instytutu Badań Przestrzeni Kosmicznej Goddarda oraz Gro Harlem Brundtland, były premier Norwegii opracowało sztandarowy raport. W raporcie tym znalazło się stwierdzenie, że, „w obliczu całkowicie bezprecedensowej sytuacji kryzysowej, społeczeństwo nie ma innego wyboru, jak tylko podjąć zdecydowane działania, aby przeciwdziałać załamaniu cywilizacji. Albo zmienimy nasz sposób działania i stworzymy całkowicie nowy rodzaj społeczeństwa globalnego, albo nasz sposób życia ulegnie zmianie niezależnie od nas.”

To twierdzenie trudne jest do zaakceptowania dla wielu wysoko postawionych osób, ponieważ jest ono wyzwaniem dla czegoś, co jest nawet jeszcze potężniejsze niż kapitalizm, a jest to fetysz centrowości – rozsądku, powagi, znajdowania złotego środka, i ogólnie unikania nadmiernego podniecenia czymkolwiek. Jest to sposób myślenia, który prawdziwie zawładnął naszymi czasami, w znacznie większym stopniu wśród liberałów, którzy troszczą się o sprawy polityki klimatycznej niż wśród konserwatystów, którzy często po prostu zaprzeczają istnieniu kryzysu. Zmiana klimatu stanowi głębokie wyzwanie dla tego ostrożnego centryzmu, dlatego że w jej obliczu półśrodki okażą się bezskuteczne: program Prezydenta USA Baracka Obamy polegający na tym, aby promować wykorzystanie wszystkich dostępnych źródeł energii, ma mniej więcej takie same szanse powodzenia jak dieta odchudzająca polegająca na jedzeniu wszystkich dostępnych pokarmów. Tymczasem, bardzo wyraźnie określone przez naukę ostateczne granice wymagają bardzo zdecydowanego wysiłku.

A zatem wyzwaniem jest nie tylko to, że potrzebujemy wydać masę pieniędzy i zmienić masę przepisów. Potrzebujemy zmienić sposób myślenia, i to zmienić go radykalnie, aby reformy miały jakąkolwiek szansę powodzenia. Musimy skoncentrować się na takim sposobie widzenia świata, w którym przyroda, inne narody i nasi sąsiedzi nie są postrzegani jako wrogowie, ale jako partnerzy w wielkim projekcie wzajemnego kształtowania samych siebie na nowo.

Mamy więc przed sobą wielkie wyzwanie. Ale to nie koniec wyzwań. Ze względu na to, że dotychczas stale odkładaliśmy ważne zadania na później, teraz musimy zabrać się za tę gigantyczną transformację bez najmniejszej zwłoki. Międzynarodowa Agencja Energetyki (IEA) ostrzega, że jeśli nie zrobimy porządku z naszymi emisjami w mrożącej krew w żyłach perspektywie 2017 roku, nasza oparta na paliwach kopalnych ekonomia doprowadzi do nieodwracalnego ocieplenia o bardzo niebezpiecznych rozmiarach. „Infrastruktura związana z energią będąca w użyciu w 2017 roku w czasie swojego życia wygeneruje całość dopuszczalnych emisji CO2” w naszym budżecie węglowym, ograniczającym ocieplenie do 2°C, „nie pozostawiając miejsca na dodatkowe elektrownie, fabryki czy inną infrastrukturę, chyba że będą one całkowicie bezemisyjne, co będzie niezmiernie kosztowne”. Scenariusz ten zakłada, prawdopodobnie trafnie, że rządy nie będą skłonne do wymuszenia zamknięcia nie zamortyzowanych i w dalszym ciągu przynoszących zysk fabryk i elektrowni.

Fatih Birol, szef IEA bez ogródek stwierdził: „Drzwi do utrzymania ocieplenia poniżej progu dwóch stopni za chwilę zamkną się. W 2017 roku zatrzasną się na zawsze”. W skrócie, znajdujemy się w dekadzie, którą niektórzy aktywiści zaczęli określać mianem „Dekady Zero” kryzysu klimatycznego: albo dokonamy zmiany teraz, albo stracimy wszelkie szanse. Wszystko to oznacza, że nasze zwykłe wolnorynkowe źródła otuchy – „rozwiązania technologiczne są tuż za rogiem!” „brudny rozwój jest tylko etapem w drodze do czystego środowiska, popatrzcie na XIX wieczny Londyn!” po prostu tracą rację bytu. Nie mamy na zbyciu stulecia, żeby Chiny i Indie przetoczyły się przez etap Dickensowski. Z powodu naszych straconych dekad, musimy dokonać zwrotu już teraz. Czy jest to możliwe? Z pewnością tak. Czy jest to możliwe bez naruszania fundamentalnej logiki deregulowanego kapitalizmu? Na to nie ma żadnych szans.

Poraził mnie ostatnio swego rodzaju żal za grzechy ze strony Garego Stixa, redaktora naczelnego Scientific American. W 2006 roku redagował on wydanie specjalne magazynu, poświęcone sposobom zaradzenia zmianom klimatu. Podobnie jak w wiele innych tego rodzaju inicjatyw, zbiór redagowanych przez niego artykułów w wąski sposób koncentrował się na ukazywaniu ekscytujących niskowęglowych technologii. Tymczasem w 2012 roku Stix publicznie wyraził żal, że w tamtym momencie jego uwadze uszła znacznie większa i ważniejsza część układanki – potrzeba stworzenia społecznego i politycznego kontekstu, w którym te technologiczne zmiany będą miały szanse na zastąpienie zbyt zyskownego status quo. „Jeśli kiedykolwiek mamy sobie poradzić ze zmianą klimatu w zasadniczy sposób, musimy skupić naszą uwagę na radykalnych rozwiązaniach od strony społecznej. W porównaniu z tym wyzwaniem wydajność ogniw solarnych nowej generacji jest niemal bez znaczenia.”

Innymi słowy, nasz problem ma dużo mniej do czynienia z mechaniką energii słonecznej, niż z polityką ludzkiej energii – w szczególności z tym, czy może dojść do zmiany na szczytach władzy, odejścia od korporacji w stronę społeczności, a to z kolei zależy od tego, czy wielkim masom ludzi wykorzystywanych przez obecny system uda się stworzyć wystarczająco zdeterminowaną i różnorodną siłę społeczną, aby zmienić układ sił. Taka zmiana wymagałaby innego sposobu myślenia o samych źródłach potęgi ludzkości – naszym prawie do wydobywania coraz większej ilości surowców bez ponoszenia konsekwencji, czy naszej zdolności do naginania złożonych systemów naturalnych do własnej woli. To jest zmiana, która stawia wyzwanie nie tylko kapitalizmowi, ale także fundamentom materializmu, który poprzedza kapitalizm, mentalności, którą niektórzy nazywają „wydobywczością”.

Ponieważ u podłoża tego wszystkiego jest prawda, której unikamy: zmiana klimatu nie jest „problemem”, który należy dodać do listy przedmiotów naszej troski, takich jak służba zdrowia czy podatki. Jest to sygnał alarmowy dla cywilizacji. Mocne przesłanie – w języku pożarów, powodzi, susz i wymierania gatunków – które mówi nam, że potrzebujemy całkowicie nowego modelu ekonomicznego i nowego sposobu dzielenia się naszą planetą. Przesłanie, które każe nam ewoluować.

Niektórzy twierdzą, że na taką transformację nie ma już czasu. Kryzys jest zbyt naglący, zegar stale tyka. Zgadzam się, że byłoby nierozsądnym twierdzić, że jedynym rozwiązaniem problemu jest zrewolucjonizowanie naszej ekonomii i odwrócenie naszego światopoglądu do góry nogami – a każde rozwiązanie połowiczne nie jest warte podejmowania. Jest całe mnóstwo działań znacząco ograniczających emisje, które można i powinno się podjąć już teraz. Ale my tych działań nie podejmujemy, nieprawdaż? Nie robimy tego, ponieważ unikanie wielkich batalii o zmianę kierunku ideologicznego i układu sił w naszych społeczeństwach prowadzi do stopniowego kształtowania się kontekstu, w którym jakakolwiek energiczna reakcja na zmianę klimatu wydaje się politycznie niemożliwa, szczególnie w czasach kryzysu gospodarczego.

Z drugiej strony, jeśli zdołamy choć trochę zmienić kontekst kulturowy, stworzy to nieco przestrzeni dla tych rozsądnych, reformatorskich uregulowań, które doprowadzą do tego, że statystyki dotyczące węgla w atmosferze zaczną się zmieniać we właściwym kierunku. A wygrywanie jest zaraźliwe, więc kto wie?

Przez ćwierć wieku próbowaliśmy stosować metodę spokojnej, stopniowej zmiany, usiłując naginać fizyczne realia planety do konieczności nieustannego wzrostu wpisanego w nasz model gospodarczy i do nowych możliwości osiągania zysku. Skutki tego są katastrofalne, stawiają nas w znacznie większym niebezpieczeństwie niż w chwili, gdy ten eksperyment rozpoczynaliśmy.

W poszukiwaniu Łosia jest jedną z ulubionych książek mojego dwuletniego syna. Historia opowiada o grupie dzieciaków, które bardzo, bardzo, bardzo chcą zobaczyć łosia. Tu i tam, w lesie, na bagnach, w gąszczu jeżyn, na wzgórzu szukają „długonogiego, grubonosego, rogatego łosia”. Wic polega na tym, że na każdej stronie ukryty jest łoś. Na koniec wszystkie zwierzęta wychodzą z ukrycia a rozradowane dzieci wykrzykują „Nigdy nie widzieliśmy tak wielu łosi!”

Podczas chyba 75 czytania, nagle dotarło do mnie: on może nigdy nie zobaczyć łosia w świecie rzeczywistym. Żeby się pozbierać wróciłam do komputera i zaczęłam pisać o moim życiu w północnej Albercie, krainie piasków roponośnych, gdzie członkowie Narodu Cree Jeziora Bobrowego opowiadali mi, jak zmieniły się łosie. Pewna kobieta powiedziała mi, że gdy upolowała łosia podczas wyprawy łowieckiej, okazało się, że jego mięso było zielone. Wiele też słyszałam o dziwnych guzach, które według mieszkańców tamtych terenów pochodzą z tego, że zwierzęta piją wodę skażoną toksynami z piasków roponośnych. Ale przede wszystkim słyszałam o tym, że łosi po prostu już nie ma.

I nie tylko w Albercie. „Gwałtowna Zmiana Klimatu Zamienia Północne Lasy w Cmentarzysko Łosi”, głosi jeden z tytułów w Scientific American z Maja 2012. Półtora roku później New York Times donosi, że jedna z populacji łosi w Minnesocie zmniejszyła się z 4 tysięcy w 90. latach XX wieku do stu obecnie. Czy mój syn kiedykolwiek zobaczy łosia?

Innym razem załamałam się czytając synowi książeczkę Snuggle Wuggle, w której różne zwierzęta tulą się do siebie a każda pozycja opisana jest zabawną nazwą „Jak tulą się do siebie nietoperze?” pyta książeczka. „Zielonym do dołu”. Z jakiegoś powodu mój syn regularnie śmieje sie do rozpuku gdy dochodzimy do tej strony. Wyjaśniam mu, że to oznacza do góry nogami, bo tak właśnie nietoperze śpią. Ale do głowy przychodzi mi tylko raport na temat 100 000 martwych lub umierających nietoperzy spadających z nieba w czasie rekordowych upałów, które nawiedziły część Queensland w Australii. Całe kolonie uległy zagładzie. Czy on kiedykolwiek zobaczy nietoperza?

Gdy strach, taki jak ten przedzierał się przez mój pancerz zaprzeczania zmianom klimatu, robiłam wszystko żeby go odegnać, zmienić kanał. Teraz staram się doświadczać tego strachu. Wydaje mi się, że jestem to winna mojemu synowi, tak jak my wszyscy jesteśmy to winni sami sobie i innym ludziom.

Ale co zrobić z strachem, którego źródłem jest życie na umierającej planecie? Planecie, która każdego dnia ma w sobie coraz mniej życia? Po pierwsze pogodzić się z tym, że ten strach nie ustąpi. Że to jest całkowicie racjonalna reakcja na rzeczywistość nie do zniesienia. Rzeczywistość życia w świecie, który umiera, świecie, który wielu z nas pomaga zabijać, parząc herbatę, jadąc na zakupy samochodem, i tak, także wydając na świat i wychowując dzieci.

Gdy już doświadczysz tego strachu, pozwól żeby cię napędzał. Strach to reakcja umożliwiająca przetrwanie. Strach powoduje że biegniemy, skaczemy, może z nas uczynić superludzi. Ale musimy mieć dokąd biec. Bez tego strach tylko paraliżuje. Dlatego prawdziwą sztuką, a zarazem jedyną naszą szansą, jest pozwolić, aby przerażenie, które wzbudza w nas katastrofalna wizja przyszłości znalazło przeciwwagę w nadziei na zbudowanie przyszłości znacznie lepszej niż ta, o jakiej kiedykolwiek mieliśmy odwagę marzyć.

Nie ulega wątpliwości, że wiele rzeczy stracimy bezpowrotnie, niektórzy z nas będą musieli wyrzec się luksusów w których żyją, a całe gałęzie przemysłu przestaną istnieć. Zmiana klimatu już tu jest, a coraz potworniejsze katastrofy czekają nas bez względu na to, co zrobimy. Ale nie jest jeszcze za późno, żeby uniknąć najgorszego. Mamy jeszcze czas na przemianę wewnętrzną w nas samych, abyśmy w obliczu nadchodzących katastrof umieli powstrzymać się od wyrządzania potworności jedni drugim. A to, moim zdaniem, miałoby ogromną wartość.

Ponieważ tak wielki, wszechogarniający kryzys ma to do siebie, że wszystko zmienia. Zmienia to co możemy zrobić, o czym możemy marzyć, czego możemy wymagać od siebie i od naszych przywódców. To znaczy, że musimy zacząć unikać całej masy rzeczy, które przedstawiano nam jako nieuniknione i już teraz zacząć robić całą masę innych rzeczy, które przedstawiano nam jako niemożliwe.

Damy radę? Nie wiem. Wiem tylko, że nic nie jest nieuniknione. Nic poza tym, że zmiana klimatu zmienia wszystko. Jeszcze przez krótką chwilę charakter tej zmiany zależy od nas.

Tłum. Andrzej Tarłowski This Changes Everything: Capitalism vs the Climate by Naomi Klein, via The Guardian

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly