Nasz los zależy bezpośrednio od naszej gotowości i odwagi, by go zmienić.
Opowiem ci krótką historię zainspirowaną filmem dokumentalnym, który pozostawił w moim umyśle niezatarty ślad. Film nosi tytuł „Griefwalker”, a koncentruje na życiu i przemyśleniach Stephena Jenkinsona, teologa i filozofa, który przez wiele lat pracował z ludźmi śmiertelnie chorymi. Ponieważ wszyscy zmierzymy się kiedyś ze śmiercią, z całego serca polecam obejrzenie tego filmu. Czuwając przy łożach śmierci tysiąca osób Stephen zgromadził mądrość o procesie umierania, która najpewniej nie ma obecnie precedensu. Jego wyjątkowo sugestywne sądy i spostrzeżenia zostały znakomicie zaprezentowane przez filmowców.
Stephen jest pełnym empatii, acz bezpośrednim człowiekiem. W „Griefwalkerze” Stephen usłyszał pytanie, które zadający je dziennikarz niewątpliwie uznał za łatwe. Film oglądałem kilka lat temu i nie jestem pewien, czy dokładnie przytoczę jego treść: „Nauczyłeś się, jak ułatwić ludziom umieranie. Czy możesz nam zdradzić, jak to się robi?” Myślę, że chodziło o założenie, iż Stephen, doświadczony specjalista, musiał odkryć prostą formułę na możliwie najdelikatniejsze przeprowadzenie ludzi przez ostatni etap gasnącego życia.
Adresat zapytania ze spokojem odparł: „Niestety nie. Dla większości współczesnych ludzi umieranie jest straszne.” Zaszokowany interlokutor zamilkł, a ja podzieliłem jego konsternację. Po kilku chwilach ciszy Stephen wyjaśnił, że nad fizycznym procesem umierania da się bez trudu zapanować dzięki stosownej opiece paliatywnej, ale podróż emocjonalna może być – przynajmniej początkowo – dość przerażająca.
Powód jest niezmiennie ten sam: większość ludzi udaje, że jakimś cudem uniknie śmierci. Kiedy wybija ostatnia godzina, muszą skonfrontować się z faktem, że zapomnieli wykorzystać jedyną sposobność, by naprawdę „żyć”. Nie ceniłeś najbardziej wartościowej rzeczy, jaką otrzymałeś, a teraz tracisz ją bezpowrotnie.
Spoglądasz wstecz i zaczynasz rozumieć, że twojego pobytu na Ziemi nie wypełniała radość życia, miłość, zdolność dostrzegania, obecność „tu i teraz” – swoją przejażdżkę spędziłeś bez refleksji, głębi i sensu. Zmarnowałeś ją. Niczego już nie naprawisz. Takie uświadomienie może być wręcz tragiczne.
O ile nam wiadomo, mamy tylko jedno życie – kwestia ta nabiera ostrości w obliczu naszego końca. W swojej książce „Pieniądze i pragnienia duszy” Stephen pisze: Nie sukces. Nie wzrost. Nie szczęście. Kolebką twojej miłości do życia jest… śmierć.
Nie piszę tego, aby zmusić cię do rozmyślań o własnej śmierci, choć dla wielu z nas byłyby one pożądane i zdrowe. Przeciwnie, pragnę zwrócić twoją uwagę na tę zatrważającą chwilę, która nadejdzie.
Wybierz się ze mną w przyszłość…
Wyobraź sobie, że minęło ponad 20 lat.
Gdybyśmy nagle obudzili się w 2040 r., jaki byłby otaczający nas świat? Czego byśmy nie zobaczyli? Które gatunki byłby wymarłe? Które ekosystemy miałby za sobą całkowity upadek?
Ekstrapolując obecne trendy (wiele z nich przyspiesza) możemy przewidzieć przyszłość świata, w którym nie ma już dużych zwierząt. Być może ostatnia żyrafa została zabita i zjedzona przez wygłodniały tłum w 2033 r. – dołączyła tym samym do białego nosorożca, który wyginął w 2018 r.
Lwy i tygrysy nie występują już na wolności; na wypadek, gdyby ludzie kiedykolwiek zmobilizowali się, by usprawiedliwić koszt wskrzeszenia tych gatunków, ich zasoby genetyczne skoncentrowano w kilku ogrodach zoologicznych i zamrożonych probówkach.
W oceanach nie ma już raf koralowych i zasadniczo nastąpił całkowity zanik różnorodności morskiego życia. Zakwaszenie zniszczyło większość zaawansowanego życia w oceanach na całej jego głębokości.
Najpierw zauważyliśmy, że rozwój ostryg zatrzymuje się na stadium larwalnym. Zanim naukowcy zdążyli dostatecznie głośno zaalarmować o absencji widłonogów i innych kluczowych przedstawicieli zooplanktonu, było już za późno. Trwa ekspansja meduz. Nikt nie ma pojęcia, jak sprawić, by środowisko morskie powróciło do stanu, który podtrzymywałby egzystencję tuńczyków, skorpen, delfinów, wielorybów, fok i ptaków morskich. Wszystkie one zniknęły – wymarły wskutek zagłodzenia, nadmiernych połowów lub polowań.
Na domiar złego, dominujące i wszędobylskie meduzy są wyjątkowo wydajne. Nie tylko dziesiątkują zooplankton, lecz także żywią się fitoplanktonem odpowiedzialnym za generowanie większości tlenu – poziomy liczebności jego populacji są zbyt niskie, by uwalniać do atmosfery znaczne ilości tego życiodajnego gazu. Nie przejmujcie się!, krzyczą tweety. Naukowcy znaleźli nowy i lepszy sposób na ujarzmienie słonecznego światła i rozszczepianie wody. Możemy produkować własny tlen! Jednak po ponad 1000 „magicznych” przełomów laboratoryjnych – które okazały się niewypałami, gdy wypróbowano ich zastosowanie na większą skalę – niewielu ma nadzieję, że tym razem będzie inaczej.
Rozległe systemy oferowane przez przyrodę – a dokładniej, które były oferowane przez przyrodę i postrzegane przez nas za oczywistość – są dopiero teraz w pełni doceniane przez całą ludzkość. Niestety, za późno.
Większość owadów przestała istnieć. Równowaga i bogactwo ekosystemów lądowych, które ludzie znali i podziwiali jaszcze dwie dekady wcześniej, zostały zastąpione czymś o wiele prostszym i mniej interesującym. Spóźniony zakaz stosowania pestycydów neonikotynoidowych, jak również ich moralnie odrażających (ale legalnych!) błyskawicznie mnożących się pochodnych (skutecznie torpedując wysiłki aktywistów próbujących zakazywać ich stosowania), sprawiły, że Ziemia utraciła wiele klas zapylaczy.
Razem z nimi w niebyt odeszły całe gatunki roślin, ponieważ ich trwanie było bez wyjątku determinowane usługami owadów wyspecjalizowanych. Kilka żałosnych inicjatyw wyprodukowania „dronów zapylających” nie przyniosło pożądanych efektów – te roboty wykonywały swoją pracę tak nieudolnie, że ich nazwa stała się dyskredytującą obelgą, najczęściej używaną w stosunku do nieskutecznych polityków. Wygląda na to, że 'dron zapylający’ z Nowego Jorku szykuje kolejną bezużyteczną ustawę.
Nie wyginęła jeszcze garstka wytrzymałych robaków i karaluchów, mrówki (skąd one się biorą?) i trochę owadów latających. W klimacie umiarkowanym próżno by szukać wspaniałych wielkich ciem, takich jak Luna i Jastrząb, których martwe okazy eksponowane są już tylko w kilku muzeach w towarzystwie dodo i słoni afrykańskich.
Termin „poranne trele” stracił swoje znaczenie ponad 15 lat temu. Ptaki wędrowne praktycznie wymarły, podobnie jak wszystkie ptasie gatunki, które żywiły się insektami. O świcie panuje upiorna cisza. Widok pojedynczego trzmiela lub mgnienie kolorowego upierzenia przyspiesza puls szczęśliwemu obserwatorowi – identyczną reakcję wzbudzała kiedyś w ludziach gwiazda filmowa zauważona w kawiarni.
Rozrzuconym po świecie „wysepkom życia” oddawana jest głęboka cześć. Strzegący ich uzbrojeni jak na wojnę strażnicy bez zmrużenia oka zabijają kłusowników i sprawców profanacji, a potem bez smutku grzebią ich ciała. Życie nie-ludzkie uchodzi za cenniejsze od życia ludzkiego.
W 2030 r. wszystkie źródła paliw kopalnych – ropa, gaz i węgiel – zaczęły osiągać szczytową wartość całkowitej energii wygenerowanej. I choć nie doszło do załamania ich podaży, to nie były w stanie dostarczyć więcej. Model „nieustającego wzrostu” został obnażony jako okrutny miraż. Jego służebnica, czyli pieniądze oparte na zadłużeniu, okazały się być niczym więcej jak artefaktem nadwyżki energetycznej zapewnianej przez kopaliny. Obie koncepcje zawiodły.
Podobny los spotkał emeryturę – wielopokoleniowy luksus, który nie powróci już nigdy więcej. Ten, kto jeszcze oddycha, musi pracować, by jeść.
Wraz z utratą tych fantazji wszystko przybrało postać trudnego kompromisu. Nic dziwnego, że wiele osób zwyczajnie nie radzi sobie z konsekwencjami. Samobójstwa są główną przyczyną śmierci, szczególnie wśród osób urodzonych wcześniej – w epoce obfitości.
Co najgorsze, żywności jest coraz mniej ze względu na straszliwą kombinację martwych gleb i zaburzeń klimatycznych. Opady deszczu są zbyt intensywne lub za słabe; występują tam, gdzie nie powinny lub pomijają tereny od nich zależne. Letnie temperatury przekraczające 50°C rozprawiły się z roślinami i spotęgowały niedobory wody. Klęska nieurodzaju dotknęła wielosezonowe zbiory kukurydzy, ponieważ noce nie były wystarczająco chłodne, by umożliwić zapylanie.
Nasza populacja rosła – osiągając 9 miliardów – a my nie dopuszczaliśmy myśli, że ta chwila może nadejść. Jak do tego doszło?
Dlaczego pozwoliliśmy fantazji o przeprowadzce na Marsa skupić naszą uwagę i zawładnąć zbiorową wyobraźnią w tak dużym stopniu? Tak, ustanowiliśmy tam kilkuletnią placówkę po 2020 r., lecz okazało się – niespodzianka! – że środowisko Marsa nie sprzyja życiu. Problemów nastręczał brak zasobów, duży dystans od Słońca i zachowanie zaawansowanej technologicznie egzystencji. Oczywiście powinniśmy byli uwzględnić wszelkie przeciwwskazania na etapie przygotowań i nie robić sobie zbyt wielkich nadziei. Wydawaliśmy równolegle setki miliardów na wycieczkę na Marsa i biliony na dewastację Ziemi. Z perspektywy czasu koszmarny charakter tego pomysłu jest tak boleśnie ewidentny…
Inną stratą czasu było rolnictwo wertykalne, które w założeniu miało zagwarantować uprawę zielonych warzyw liściastych w pojemnikach. A przecież dzięki podstawowej matematyce i logice mogliśmy przecież zrozumieć, że rośliny są maszynami do konwersji kalorii: zamieniają energię światła w energię pożywienia. Zastępując spektrum światła słonecznego (darmowego i o dużej intensywności) światłem sztucznym (wytwarzanym we własnym zakresie i ilościach pozwalających na zaspokojenie potrzeb kalorycznych 9 miliardów ludzi), padliśmy po raz kolejny ofiarą samooszukiwania.
W 2040 r. spoglądamy w przeszłość, a w naszych umysłach budzi się przykre uświadomienie. Ponieważ zignorowaliśmy fakt, iż nieustający wzrost, czyli fundament cywilizacji, ma przewidywalny koniec, zapomnieliśmy zadbać o Ziemię.
Teraz, gdy planetarne życie gaśnie, czujemy bezmierny żal. Och, jak wiele byśmy dali, by znów usłyszeć śpiew ptaków o świcie, popływać pośród kwitnącej rafy koralowej, przemierzyć ocean pełen ryb, wielorybów i ptaków morskich.
Akweny opustoszały – są sterylne i przygnębiające.
Dręczą nas wyrzuty sumienia. Jak mogliśmy być tak głupi? Jak moglibyśmy nie zareagować globalną mobilizacją na liczne ostrzeżenia? Jak mogliśmy odwracać wzrok od migających na czerwono świateł ostrzegawczych? Każdy z tych rozpaczliwych sygnałów mógł – i powinien był – nas zmotywować.
Och, czego byśmy nie oddali, by otrzymać jeszcze jedną szansę, cofnąć czas i chronić skarby Ziemi tak, jakbyśmy byli bezgranicznie w nich zakochani!
Nasza ostatnia szansa
W „Opowieści wigilijnej” Karola Dickensa główny bohater Ebenezer Scrooge dostaje szansę, by cofnąć się w czasie i inaczej pokierować swoim życiem. Jeśli wizja 2040 r., którą nakreśliłem, przeraża cię w takim samym stopniu jak mnie, wiedz, że wciąż mamy szansę, by ocknąć się i pozytywnie zmienić bieg wydarzeń.
Tak, trendy są bardzo niekorzystne, ale można je odwrócić. Mam w zwyczaju przypominać, że dysponujemy już niezbędną wiedzą i technologią, by zrezygnować z destrukcyjnej manii wydobywczej i zająć się regeneracją – przywróceniem obfitości. Po prostu brakuje nam właściwej narracji do produktywnego zaktywizowania społeczeństwa.
Wyjdź z domu i delektuj się przyrodą. Spróbuj naprawdę dostrzec ptaka, ssaka lub owada, którego spotkasz. Istoty te są przykładami czystej magii. Przyjrzyj się tej modraszce. Podziwiaj tę wiewiórkę. Zachwyć się tym trzmielem. Potraktuj je indywidualnie, a nie jak kolekcję przedstawicieli obojętnych ci gatunków. Każde z nich jest osobowością taką jak ty – wiedzie własny żywot, podejmuje decyzje, pełni określoną funkcję, cudownie wpisuje się w rytm planetarnej opowieści.
Ten świat jest jedynym, jaki dane nam będzie zamieszkiwać. To na nim wyewoluowaliśmy i do niego dostrojone są nasze kody DNA. Ten świat nie umiera, tylko jest mordowany. Najwyższa była pora, by zdobyć się na szczerość i użyć czasownika w formie czynnej.
Planeta jest zabijana rozmyślnie i przez zaniedbanie. Nie baczymy na fundamentalną prawdę: ludzie są częścią przyrody. Stanowimy jedno z Ziemią. Czas się obudzić i odnaleźć w tej opowieści. Nie jest nowa, lecz zapomnieliśmy o niej podczas swojej nieudanej ucieczki przed planetarnymi granicami. Były one ujmą dla naszego ego, które chciało – musiało – poczuć się wyjątkowo.
Życie kończy się i zaczyna. Trwający ewolucyjny impuls sprawił, iż w tym krótkim momencie geologicznej historii pojawili się ludzie i słonie. Nie wiemy, dokąd zdąża ewolucja i dlaczego obiera ten nieznany nam kierunek. Niemniej czujemy jej potencjał.
Słonie, jak i całe ziemskie życie, należy darzyć szacunkiem i otaczać opieką. Nie dlatego, że ilustracje z książek dla dzieci potrzebują swoich oddychających odpowiedników. Nie dlatego, że ogrody zoologiczne potrzebują nowych osobników do rozrodu. Nie dlatego, że Kenia potrzebuje turystów i ich dolarów. Po prostu dlatego, że są one tutaj. Z nami. W tej chwili.
Z pokorą musimy przyznać, że zwyczajnie nie wiemy, jaką rolę pełni niepowtarzalna i osobliwa samoświadomość słoni, zatem chrońmy ją. Jeżeli usuniemy ten gatunek z sieci życia, jaką kaskadę konsekwencji możemy sprowokować?
Apel o podjęcie działań
Mógłbym wyciągnąć z archiwum bloga wszystkie dane ekologiczne o porażającym spadku liczebności niemal wszystkich gatunków – niektóre z nich wyginęły, inne znajdują się na krawędzi wymarcia. Zaniecham tego. Nie ma takiej potrzeby. W głębi duszy wiesz, że coś jest nie tak.
Od planetarnego holokaustu i naszego gatunkowego samobójstwa gorsze jest to, że możemy postępować szlachetniej, lecz tego nie czynimy. Możemy z empatią utrzymywać głęboką więź z ludźmi i nie-ludźmi. Chociaż mamy mgliste wyobrażenie o własnej roli na tej planecie, to zachowujemy się jak byty nieśmiertelne. Nawet jeśli takie podejście mnoży problemy, zakładamy, że sobie z nimi poradzimy.
Jak zauważył Stephen Jenkinson, przy zbyt wysokiej stawce taka mentalność prowadzi do straszliwego momentu: narodzin szalenie niedojrzałej idei o ratowaniu innych gatunków po ich wymarciu.
Nadal możemy uniknąć tej okropnej chwili. Z pomocą spieszy nam idea „ruchu”. Mam niewielkie pojęcie o zainicjowaniu samowystarczalnego ruchu społecznego o zasięgu globalnym, ale podejrzewam, że musi ono uwzględniać (1) odpowiedni pomysł, (2) odpowiedni czas i (3) odpowiednich ludzi.
Musimy to zrobić. Wiem, że nadszedł odpowiedni czas, ponieważ duży odsetek ludności pogrążony jest w rozpaczy: liczba samobójstw wzrosła o 30%, uzależnienie od opioidów zbiera śmiertelne żniwo, a zachorowania na depresję (w większości przypadków klasyfikowaną adekwatnie jako demoralizacja) osiągnęły bezprecedensowy poziom.
Są to przejawy utraty woli życia. Ofiary zgubiły sens i cel istnienia. Nasz raport szczegółowo analizuje tę epidemię zaburzeń psychicznych, za którą odpowiada nowoczesny styl życia – pozbawiony autentycznej wspólnotowości, ziejący emocjonalną i egzystencjalną pustką. Warto z nim się zapoznać.
„Ocalenie planety” oznacza coś trudniejszego: „ocalenie siebie”. Ziemia sobie poradzi. Ludzie? Niekoniecznie.
Zmiana czegokolwiek zaczyna się od przemiany osobistej. Musimy stać się zmianą, której chcemy być świadkami. Musimy oderwać naszą kulturową narrację od absurdalnej wiary w nieustający wzrost gospodarczy (na planecie definiowanej fizycznymi ograniczeniami) i ludzkość odseparowaną od przyrody. Nową opowieść muszą podyktować warunki realnego świata.
Nakłonienie ogółu do jej zaaprobowania z pewnością nie będzie zadaniem prostym. Nie obejdzie się bez wymyślenia recepty na rezygnację z instynktownego pragnienia komfortu i dóbr materialnych. Nawiązywanie kontaktu z rzeczywistością nie jest ani łatwe, ani bezbolesne. Na początku powoduje wstrząs emocjonalny. Kto chciałby przez to przechodzić?
Niebaczenie na ekologiczny stan świata jest wręcz zalecane, ponieważ skupiając na nim swoją uwagę, osłabisz poczucie osobistego szczęścia i zadowolenia. Posiadanie sumienia jest teraz przepojone żalem. – Stephen Jenkinson
Należę do grona osób pielęgnujących to sumienie. Dlaczego? Bo dzięki temu żyję pełnią jedynego życia, jakie przypadło mi w udziale. Jestem tu po to, by żyć, inspirować i pomagać w koncypowaniu nowych pomysłów. Alternatywą jest nieuniknione, gorzkie rozliczenie u kresu drogi.
Musimy zapoznać ludzi z prawdziwym charakterem dylematów, z jakimi mamy do czynienia. Po tak radykalnym przebudzeniu będą skłonni uznać ich nieuchronność i skorygować zbiorową opowieść, by odzwierciedlała obiektywne prawdy naszych czasów.
Ale jak tego dokonać?
Pewne sygnały są obiecujące. Budzi się coraz więcej osób. Wiem, że trend niepokoi rządzących, którym zależy na zachowaniu zwierzchnictwa i wpływów za wszelką cenę. Śledzę, jak desperacko usiłują kontrolować narrację. Wikipedia nieustannie deprecjonuje i dyskredytuje portale publikujące teksty aktywistów antywojennych. Redaktorzy tej „wolnej” encyklopedii groteskowo sprzyjają dążeniom neokonserwatystów, siewców wojny i posłusznych im dziennikarzy.
Twitter i Facebook tłumią przekonania, które uderzają w obowiązujący model prowadzenia interesów, chronią priorytety władzy, czyli więcej wojny, więcej niesprawiedliwości, więcej nierówności. Okazjonalne wzmianki o konieczności przeznaczenia znikomych środków na ochronę środowiska są pustosłowiem. Żadna z promowanych akcji nie może być skuteczna, w przeciwnym razie zostałyby natychmiast nazwana dziełem terrorystów lub malkontentów.
Rewolucja mentalna „nie doczeka się transmisji telewizyjnej”. Być może powinniśmy powiedzieć zgodnie z duchem czasów, że nie zostanie zamieszczona na Facebooku, a potem rozpowszechniona z powodzeniem na Tweeterze.
Innymi słowy, potraktuj ją poważnie już dzisiaj. Nie czekaj, aż pojawi się spóźniona w twoim polu widzenia.
Rewolucja dokonuje się na naszym portalu Peak Prosperity, na ZeroHedge, na stronach Charlesa Eisensteina, Charlesa Hugh Smitha, Jima Kunstlera, Craiga Murray’a, Ziemi na Rozdrożu oraz na bardzo wielu innych witrynach. Pod każdym z tych adresów znajdziesz relacje sprzeczne z przekazem, którym karmią cię na co dzień medialni strażnicy systemu.
Aczkolwiek alternatywni nadawcy używają często różnego języka, mówią zgodnie: Hej, dawny model utracił już sens, pełno w nim logicznych niespójności i pod wieloma względami jest po prostu niemoralny. Wspólnie zachęcają, by zacząć patrzeć i zachowywać się inaczej.
Naszym wyzwaniem jest skupienie uwagi na popularyzowaniu świeżych pomysłów i liderowaniu w arcytrudnym okresie transformacji. Świat płonie, a nasi przeciwnicy głoszą swoje fantazje, ażeby uciszyć nasz wzbierający dyskomfort wewnętrzny – starają się nas rozpraszać, zniekształcają nowe treści w imię korporacyjnych lub politycznych zysków.
Platformy mediów społecznościowych są bałaganem stale zmieniających się algorytmów (ostatecznie nie wiesz, do kogo trafi twój blogowy wpis), opłaconych trolli i botów zaprogramowanych tak, by prowadzone rozmowy gubiły swój temat.
Co oznacza, że należy być wyczulonym na takie taktyki i szukać innych sposobów na utrzymywanie kontaktów. Musisz zaufać własnej intuicji i wymijać wyrafinowane pułapki, które zarażają bezsilnością, izolują, każą myśleć, że twoje zapatrywania są obłąkańcze.
W ramach osobistej strategii ograniczam (drastycznie) czas spędzany na Facebooku, Twittera używam wyłącznie do pozyskiwania danych, zaś swoje komentarze pozostawiam na stronach takich jak Peak Prosperity, gdzie aktywna moderacja sprawnie pozbywa się botów i trolli.
Nowy ruch zrzeszy dobrych ludzi podejmujących właściwe działania; ludzi, którzy są gotowi przewodzić, ponieważ wiedzą, że są do tego zobowiązani; ludzi, którzy potrafią odczytać dane; ludzi, którzy nie boją się wystąpić z tłumu.
Era nieustającego wzrostu dobiegła końca. Korzyści zeń płynące wysychają, a rakieta cywilizacji zmierza w stronę Ziemi.
Mamy czas, żeby zmienić jej kierunek, lecz manewr ten będzie wymagał heroicznego wysiłku mnóstwa ludzi. Musimy być gotowi wiele dać i jeszcze więcej stracić. Nie będzie to jednak ofiara daremna. Urodziłeś się tu i teraz, a twoje dary są rozpaczliwie potrzebne.
Potrzebujemy siebie nawzajem. I wiesz co? Po drodze możemy odkryć jedność, cel, znaczenie, a także wartość tego, co jesteśmy zdolni ofiarować indywidualnie. Jedynie stawiając czoła faktycznemu charakterowi naszych kłopotów możemy nie zaznać głębokiego żalu w przyszłości.
Czasu pozostało niewiele.
Jesteśmy otwarci na idee dotyczące budowania, integrowania i podtrzymywania ruchu ludzi o pokrewnych poglądach, ludzi odważnie porzucających przestarzałe konwencje i łaknących nowego początku, którego prologiem jest konfrontacja z serią aktualnych danych.
Dawne funkcje podziału/selekcji bezpowrotnie utraciły swoją wartość, nie mają racji bytu. Proszę, nie przekonuj o prymacie preferowanej partii politycznej, kraju czy ustroju, nie nakłaniaj ani do głosowania na nowych i lepszych łajdaków, ani do naprawiania wykładniczego, opartego na zadłużeniu systemu monetarnego.
Potrzebujemy nowej narracji, która nie uzurpując sobie prawa do tytułu „jedynie słusznej”, nie bazuje na oczywistych przekłamaniach. Jaka koncepcja tworzenia tej opowieści pozwoli na jej szerokie rozpropagowanie? Co trzeba zrobić? Kogo trzeba zaangażować?
Być może gdy nadejdzie stan gotowości, wszystko potoczy się samo, ale na tych z nas, których natura obdarzyła „genem inicjatywy”, czekają obowiązki.
Zatem nie ociągajmy się. Albo podejmiemy starania już dzisiaj, na własnych warunkach, albo kiedyś poznamy horror bezdennego żalu.
Jak brzmi dobra wiadomość? Jeżeli się przyłożymy, odzyskamy nasze życie, poczucie sensu, wspólnoty oraz więzi z sacrum; zrealizujemy nasz potencjał kreatywnych gospodarzy Ziemi.
Exignorant na podst. Chris Martenson: Facing The (Horrible) Future









