Każdy chce mieć wszystko, każdy chce robić zakupy, a każdy kraj chce mieć wzrost gospodarczy i perspektywę dalszego rozwoju. Obietnica wzrostu gospodarczego mówi, że biedni będą mogli żyć jak bogaci, a bogaci jak rosyjscy oligarchowie czy arabscy szejkowie. To teoretycznie możliwe, ale tylko teoretycznie. Bo podkręcić gospodarkę, dać większe płace, dokonać wielu innych zabiegów, by żyło się lepiej, wydaje się przynajmniej teoretycznie możliwe. Ale świat, który kreujemy, napotyka problem – zdarzamy się z ograniczeniami. Możliwości planety są ograniczone, bo nie jest ona z gumy, a i ta kiedyś może pęknąć. Mamy więc perspektywę katastrofy klimatycznej, degradację siedlisk zwierząt i roślin, zanieczyszczone plastikiem oceany, owadzi holocaust. Wszystko to jest wynikiem rosnącej konsumpcji.

Rys. 1 Tłumy ludzi na zakupach przed Świętami, kiedy są promocje. Pytanie: Co by się stało gdyby oni wszyscy trafili „szóstkę” na loterii? Flickr
Ale wzrost musi trwać – wszędzie o tym się mówi, taki jest cel polityczny i ekonomiczny. A my musimy stać się częścią tego wzrostu. W imię autonomii i możliwości wyboru, marketing wykorzystuje najnowsze odkrycia z dziedziny neurologii, aby przekonać nasze umysły do robienia zakupów, by złamać nasze bariery – barierę etyki, czy religii, bo skromność i umiarkowanie nie są w obecnym systemie w cenie. Ci którzy starają się stawić opór, walcząc z konsumeryzmem, muszą zostać uciszeni. Ich głos zagłuszany jest przez media przepełnione zmyślnymi reklamami.
Każde kolejne pokolenie przyjmuje nowe normy w konsumpcji. Jeszcze 30 lat temu kupowanie wody w plastikowych butelkach byłoby uznane za niedorzeczne, a dziś to norma – nie pijemy wody z kranu, mimo że możemy sobie zapewnić czystą bieżącą wodę, nawet bez konieczności przegotowania. Dziś na całym świecie w minutę zużywa się milion butelek, a przemysł tworzyw sztucznych rysuje przed sobą świetliste perspektywy, szacując, że do 2021 roku zużycie to wzrośnie o 20%. Ten popyt na jednorazowe butelki obejmuje kolejne setki milionów ludzi w azjatyckich państwach, jak Chiny czy Indonezja.
Tak po prawdzie, to każdy piątek jest Czarnym Piątkiem, a każde święto jest świętem zniszczenia. Obracamy się w świecie miliona gadżetów. Wśród saun śnieżnych – specjalnych pokoi generujących zimowe środowisko (deska ratunkowa przed skutkami globalnego ocieplenia, na razie dostępne dla mieszkańców Dubaju, ale kto wie…). Wśród Marugoto Tamachan – domowych urządzeń służących do podgrzewania/schładzania (inaczej niż w mikrofalówce) np…. arbuzów, albo innych owoców, napojów, etc. A nawet… specjalnych smartfonów dla psów, byś miał z nim zawsze kontakt i wiedział, co się dzieje z Twoim pupilem. Umilając, a co ważne ułatwiając sobie życie, możesz zrobić sobie naleśnika w PancaKeBot – drukarce naleśników 3D, tak jak lubisz: możesz zjeść Mona Lisę lub Tadż Mahal. Możesz napełnić sobie lodówkę na cały tydzień, trzy razy większą niż tę, którą ma rodzinka Kiepskich z Wrocławia. Ostatecznym dziełem takiego życia jest zanieczyszczona planeta, o czym typowy konsument zwykle nie myśli, bo wszystko i tak ląduje gdzieś poza zasięgiem jego wzroku, czy to na wysypisku, czy w oceanie. W ten sposób nasze perspektywy przetrwania nie wyglądają dobrze… Stoimy nad brzegiem przepaści. No, ale świat musi iść do przodu, prawda?
Dodatkową obietnicą jest to, że poprzez „zielony konsumpcjonizm” możemy pogodzić nieustanny wzrost z planetarnym przetrwaniem. Jednak seria prac badawczych pokazuje, że nie ma większych różnic w odcisku środowiskowym między tymi, którzy starają się dbać o środowisko, a tymi, którzy nic pod tym kątem nie robią. W obu przypadkach emisje CO2 niewiele się różnią. W niedawnym artykule zamieszczonym w Environment and Behaviour możemy dowiedzieć się, że ci, którzy identyfikują siebie jako świadomi konsumenci, zużywają nawet więcej energii i przyczyniają się do większego spalania paliw kopalnych niż ci, którzy tego nie robią.
Dlaczego tak jest? Ponieważ świadomość ekologiczna najmocniej jest kierowana na grunt środowiska zamożnych ludzi. Tymczasem na stan naszej planety wpływa nie tyle nasze nastawienie, co nasze dochody, przekładające się na nasz poziom konsumpcji. Odcisk węglowy i środowiskowy u ludzi, którzy na niewiele mogą sobie pozwolić, jest to prostu mniejszy. Im jesteśmy zamożniejsi, tym większa jest nasza presja na środowisko, niezależnie od intencji. Z badań wiemy, że ci, którzy uważają się za konsumentów świadomych ekologicznie, koncentrują się głównie na zachowaniach mających niewielki wpływ na poprawę środowiska planety.
Wybieramy tylko to, co jest dla nas wygodne i najprostsze, i potem szukamy sobie usprawiedliwienia. Decydujemy się na segregowanie śmieci, unikamy korzystania z foliowych torebek, może nawet założymy system własnego uzdatniania wody i jej ogrzewania przy pomocy paneli słonecznych. Ale za to lecimy na wakacje dwa razy w roku na Ibizę imprezować. Kupujemy samochód z silnikiem hybrydowym, mówiąc, że jesteśmy „eko”. A potem wozimy się nim od Tatr po Bałtyk. Oszczędzamy na jednym, by mieć inne, więc bilans jest niezmienny, ale i tak wrośnie wraz ze wzrostem ilości pieniędzy w portfelu. Dlatego ekolodzy przekonują, że trzeba robić więcej. Segregacja śmieci to za mało. Nie znaczy to, że mamy spocząć na laurach. Sam człowiek nic nie zmieni, ale to też jest błędne założenie. Zrezygnujesz z palenia śmieciami, bo Cię na to stać, ale reszta dzielnicy będzie dalej to robić. Potrzebna jest więc zmiana w systemie i rozwiązania, które sprawią, że nikt nie będzie miał powodu wrzucać do pieca śmieci. Model gospodarki i normy społeczne też muszą ulec zmianie, bo czy na pewno jest Ci potrzebny dodatkowy gadżet do domu, którego za jakiś czas (coraz krótszy) się pozbędziesz?
Przeprowadzone przez Oxfam badania pokazują, że najbogatszy 1% ludzi (dochód roczny gospodarstwa domowego wynoszący ponad 300 tys. zł), przyczyniają się do emisji CO2 do atmosfery 175 razy bardziej niż najbiedniejsze 10% populacji. Mieszkańcy Bangladeszu nie latają co weekend do galerii handlowej po nowe ciuchy. Jak w takim świecie, gdzie wszyscy chcieliby żyć po amerykańsku można uniknąć katastrofy, która obróci życie w nicość?

Rys. 2 Stopień rozdzielenia wzrostu gospodarczego, zużycia energii i produkcji. Źródło PLOS ONE
Odpowiedź, która przewija się w ostatnich latach, to oddzielenie wzrostu gospodarczego od ilościowej produkcji i zużycia zasobów, w tym energii. Jak ma się to do rzeczywistości? Ta teoria nie jest nowością. W czasopiśmie PLOS ONE czytamy, że choć w niektórych krajach nastąpiło względne oddzielenie, to tak naprawdę żadne państwo w ciągu ostatnich 50 lat nie zmniejszyło zużycia zasobów i energii w liczbach bezwzględnych. Choć ilość zasobów i energii zużywanych na jednostkę PKB maleje, to w związku ze wzrostem gospodarczym i tak potrzebujemy ich coraz więcej.
W dłuższej perspektywie nie da się całkowicie oddzielić zużycia zasobów i energii od produkcji ze względu na fizyczne ograniczenia wydajności. Nawet gdyby wprowadzić cudowne rozwiązania w produkcji energii i efektywności, ale pozwolić wszystkim mieszkańcom na przysłowiowe życie ‘po amerykańsku’, to i tak emisje CO2 jeśli, nawet spadną, to nieznacznie. Nic z niczego nie wyprodukujemy. Zawsze będzie potrzebna energia do produkcji energii i zasoby.
Światowe tempo wzrostu gospodarczego o 3% rocznie, oznacza podwojenie co 24 lata. To właśnie dlatego mamy do czynienia z coraz większymi kryzysami środowiskowymi. Ale plan światowej gospodarki i polityki jest właśnie taki, by globalna epoka wzrostu trwała zawsze. W dążeniu do obrony świata przed klimatyczną i ekologiczną katastrofą, możemy obwiniać korporacje i rządy oraz ogólną głupotę ludzkości. Ale prawda jest taka, że wszystko to są symptomy prawdziwego problemu: próby wiecznego wzrostu na nierosnącej planecie.
Obrońcy tego systemu argumentują, że wzrost ma znaczenie dla spadku ubóstwa. Ale dane z World Economic Review pokazują, że 60% najuboższych ludzi na świecie utrzymuje jedynie 5% dodatkowego dochodu wynikającego ze wzrostu PKB. Do zmniejszenia ubóstwa o jeden dolar potrzebny jest wzrost o 111 dolarów. Przy obecnych trendach każdy biedny otrzyma dochody większe o 5 dolarów dopiero za 200 lat. Do tego czasu średni roczny dochód na jednego mieszkańca rocznie wynosił by 1 mln dolarów, zaś gospodarka światowa byłaby 175 razy większa niż obecnie. To nie jest sensowna recepta na wyeliminowanie ubóstwa. To plan
Gdy słyszysz, że coś ma sens ekonomiczny, jest całkiem możliwe, że okaże się to przeciwieństwem zdrowego rozsądku. Ci rozsądni ludzie, dbający o gospodarkę, którzy zarządzają finansami, bankami centralnymi, którzy uważają nieograniczony wzrost konsumpcji za normalny i konieczny, są szaleńcami – dewastują w ten sposób cud, jakim jest żywy świat i niszczą dobrobyt przyszłych pokoleń, bo chcą podtrzymać trendy gospodarcze, które mają coraz mniej wspólnego z naszym dobrostanem.
Zielony konsumeryzm czy odseparowanie wzrostu gospodarczego od zużycia energii i zasobów Ziemi to iluzja, mająca usprawiedliwiać system gospodarczy prowadzący nas ku katastrofie. Trwały wzrost gospodarczy to oksymoron, bo doprowadzi do katastrofy. Obecny system, oparty na prywatnym luksusie i publicznej biedzie, zaszkodzi nam wszystkim.
Potrzebny jest nam inny system, zakorzeniony nie w ekonomicznych abstrakcjach, lecz w realiach fizycznych planety. Musimy zbudować świat, w którym wzrost jest niepotrzebny, świat prywatnej wystarczalności i publicznego luksusu. I musimy to zrobić, zanim zmusi nas do tego katastrofa.
Hubert Bułgajewski na podst. Too right it’s Black Friday: our relentless consumption is trashing the planet









