To dość przewrotny tytuł. Wiele osób ze środowiska ekologicznego patrzy na górników wilkiem, z wzajemnością zresztą. Słuchając, co obie grupy nawzajem o sobie mówią, uszy więdną. Cóż, ja nie jestem ekologiem, lecz analitykiem megatrendów, skupiającym się na kwestii granic wzrostu wykładniczego napędzanego paliwami kopalnymi.
Dziś dostałem maila: „Górnicy byli pod sejmem, Kopaczowa naobiecywała, by se poszli. Za rok WRÓCĄ. Panie mądraliński, jak Ty byś miał wyjść i do nich przemówić…??? O kurczę, dostałbyś w najlepszym razie jajkiem w łeb, w najgorszym butelką lub mutrą w łeb.”
Miałem kilka dni temu okazję spotkać się w TokFM w temacie polskiego węgla ze związkowcem. I nawet się nie pomordowaliśmy – narracja granic wzrostu okazuje się w tym środowisku zrozumiała i akceptowalna.
Może dlatego, że fedrujący pod ziemią ludzie mają świadomość tego, że łatwy węgiel to już wydobyli, a to co zostało jest położone głębiej, w cienkich i trudnych geologicznie pokładach i jest niższej jakości. Wszystko to kosztuje, a do tego nasz wydobywany metodą chodnikową węgiel konkuruje z węglem wydobywanym odkrywkowo kilkukrotnie taniej. Nie da rady konkurować, nawet pomimo wszystkich mniej lub bardziej ukrytych dopłat/dofinansowań przez resztę podatników.
Z tym trudno się nie zgodzić – to w zasadzie stwierdzenie faktu. Można by jeszcze dodać, że ten węgiel z importu ma wyższą kaloryczność, mniej siarki i pyłu od śląskiego (to, co sprzedają ze śląskich kopalń ludziom to wręcz tzw. muł węglowy).
Rozwijanie wątku dopłat do górnictwa jest dość drażliwe, ale po zaznaczeniu tej kwestii skierowanie rozmowy raczej w kierunku wyczerpywania złóż niż tego, ile miliardów rocznie idzie w dopłaty jest przez związkowców przyjmowane wręcz z ulgą.
Wiadomo, że złoża nagle się nie odrodzą, a kopalnie głębinowe nie staną się konkurencyjne dla odkrywek z Rosji, USA, Indonezji czy Australii. Trzeba więc stopniowo dać ludziom inną pracę – a przyszłość i nowe miejsca pracy widać w efektywności energetycznej i OZE. Może by więc skierować na Śląsk miliardy na ocieplenie domów i inne podobne działania, zamiast miliardów na utrzymywanie coraz mniej rentownego biznesu rodem z XIX wieku. Z tym też związkowiec się zgodzi.
Można jeszcze dodać oczywiście, że gdyby nie podniesione kilka lat temu pensji górników, gdy węgiel był rekordowo drogi, a później nie próbowało się tego utrzymać; gdyby nie deputaty węglowe, piórnikowe, dopłaty do komunikacji, trzynastki, czternastki i inne bonusy; gdyby nie utrzymywać przerostu zatrudnienia tylko zwolnić połowę załóg kopalń, to mogłyby one jeszcze jakiś czas być rentowne. Przecież obecnie w naszych kopalniach koszty płacowe to blisko 2/3 kosztów wydobycia. Bogdanka czy kopalnie sprywatyzowane (np. będące własnością Czechów) wychodzą na plus. Dochodzi do tego przerost związków zawodowych – w samej Kompanii Węglowej związkowcy (nie wykonujący dochodowej pracy) kosztują ponad 40 mln zł rocznie. Zyski najlepszych kopalni (owszem, są takie) zamiast być inwestowane idą zaś na utrzymanie załóg tych niedochodowych i w ten sposób są od razu przejadane.
No, ale tych wątków związkowcy wolą nie poruszać. Ja też ich nie cisnę, bo zależy mi przede wszystkim na pokazaniu, że węgiel w Polsce to już historia i miniatura opowieści o Granicach Wzrostu – dobre złoża się wyczerpują, a to, co zostaje jest już „drugiego”, jak nie „trzeciego” sortu – czas więc od węgla odchodzić, a przyszłość gospodarki i miejsc pracy mieszkańców Śląska jest zupełnie gdzie indziej – taka narracja, która jest dla związkowców do przyjęcia.
Można dodać do tego koszty środowiskowe – od szkód górniczych, przez unoszący się po miastach i wioskach smog po zmianę klimatu. To też stwierdzenie faktu, którego nie da się negować (a w każdym razie nie przy mnie, bo wsiadam w walec i rozjeżdżam).
Oczywiście jesteśmy uzależnieni od węgla i z dnia na dzień od niego nie odejdziemy. A więc te kopalnie, które mogą opłacalnie wydobywać węgiel, niech go sobie wydobywają, na ile im tam tego węgla starczy (20? 30 lat?). Górnicy przechodzą na emeryturę po 25 latach pracy pod ziemią – nikogo więc nie zwalniajmy, niech pracują aż do emerytury – po prostu nie zatrudniajmy nowych. W ten sposób do lat 40. Łagodnie wygasimy wydobycie. To też wizja do przyjęcia dla (często leciwych) działaczy związkowych.
Krótko mówiąc, polski węgiel był ważnym źródłem energii i dawał miejsca pracy od XIX wieku aż do teraz, ale widać, że stopniowo należy tworzyć miejsca pracy gdzie indziej. I tu też mamy ze związkowcami pole do zgody.
Jak uważacie – kiedy mówi się w mediach, na konferencjach lub wykładach, to jaką najlepiej postawę przyjąć?








