Przyjaciele,
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, w jak paskudnej sytuacji jesteśmy.
Problemy „granic wzrostu” już tu są i stają się ewidentne. Światowy system finansowy zachowuje się „dziwnie”, działające „zawsze” sposoby na pobudzenie wzrostu i kredytu tym razem jakoś dziwnie nie działają. Dożyliśmy czasów, w których ceny ropy zbliżające się do 100$/b są określane jako „tanio” (choć dekadę temu były nie do pomyślenia), a powierzchnia lodu w Arktyce rzędu 3,7 mln km2, choć dekadę temu byłaby absolutnym rekordem, określana jest jako „odrodzenie lodu”. Żeby zrobić zresztą jakieś bardziej kompletne sprawozdanie z „ciekawych czasów” w których żyjemy, trzeba by zapisać pewnie z pół tysiąca stron. Co zresztą zrobiłem…
Jest takie powiedzenie: „When you are in a hole, stop digging”.
Zajmuję się tematem szeroko pojętych granic wzrostu od wielu lat. Jak już się wie, tyle, co wiem, nie da się tego wyprzeć (to pierwsza linia obrony naszej psychiki).
Nie umiem tego wyprzeć – mam dzieciaki i czuję się odpowiedzialny za przekazanie im świata w stanie nadającym się do użytku. Niszczenie ich przyszłości, podobnie jak milionów gatunków, z którymi dzielimy naszą planetę nie jest zgodne z moim systemem moralnym.
Jeśli jest to zgodne z czyimś systemem moralnym, to nie potrafię zrozumieć. Sorry, ale jeśli ktoś mówi, że ma gdzieś przyszłość moich dzieci i będzie ją niszczył bo mu tak się podoba, to przyznaję, że ciepłych uczuć dla takiej osoby nie mam…
Ci, którzy współdzielą ze mną poczucie odpowiedzialności i nie zamierzają udawać, że problemu nie ma i wypierać go, mają do wyboru dwie opcje: usiąść i zapłakać w kąciku, albo zrobić co w ich mocy, żeby zmieniać świat na lepsze.
Wybrałem tę drugą drogę: przeprowadziłem setki wykładów, prowadzę obecnie wykłady dla wszystkich gmin w Polsce dla ludzi odpowiadających za programy gospodarki niskoemisyjnej, tak, żeby wiedzieli po co to i w którą stronę podążać, udzielam się w radiu, telewizji, gazetach, na konferencjach i w codziennych rozmowach. Wpłynąłem już na światopogląd tysięcy ludzi, z wieloma utrzymuję kontakt i wiem, że był to wpływ głęboki.
I zdecydowanie lepiej czuję się idąc tą drogą. Widzę też, że o ile kilka lat temu, rzeczywiście nie było alternatyw dla paliw kopalnych i pomysłu na stworzenie zrównoważonego systemu energetycznego, to teraz wizja takiego systemu się krystalizuje. Jeszcze nie jest gotowa, jeszcze do końca nie wiadomo, jak dograją się jej różne szczegóły, ale już widać, że jest nad czym pracować.
To oczywiście wymaga wysiłku, a wielu ludzi nie chce go podejmować. Są dwie postawy, które pozwalają naszej psychice na zdystansowanie się od tematu:
Pierwsza
to „na pewno ktoś coś wymyśli”, słyszymy np., że „…inżynier jednego z
najważniejszych inżynieryjnych think-tanków największego
technologicznego mocarstwa obiecuje że rozwiązano problem związany z
budową reaktorów opalanych wodorem.”. Zgodnie z tą logiką nie ma więc potrzeby, by inwestować w
takie alternatywy dla paliw kopalnych, które mamy już teraz do
dyspozycji. Czekajmy, aż przyjdzie ktoś z genialnym tanim prostym
rozwiązaniem.
Drugi sposób wyparcia problemu to podejście „i tak mamy przerąbane” – dla paliw
kopalnych nie ma alternatywy, na pewno nie starczy zasobów na
transformację, i tak wykończy nas przeludnienie, biurokracja, głupota,
egoizm, bez wzrostu wykładniczego czeka nas kolaps gospodarczy, … (uff,
lista jest długa). Ta postawa też pozwala się wyluzować i odpuścić
działania – no bo przecież i tak nic nie da się zrobić.
Oba te
podejścia (zresztą wzajemnie się wykluczające) uważam za destrukcyjne i
powstrzymujące nas przed zrobieniem tego, co zrobić można. Nie tylko powstrzymują nas samych od działania, ale też działają destrukcyjnie na działania osób, które chciałyby coś zacząć zmieniać. Pierwsi i drudzy mówią: „A poooo coooo? Wszystko to i tak bez sensu…”. Koniec końców ci pierwsi i ci drudzy, choć wychodzą z diametralnie przeciwnych przesłanek, stają się elementem paraliżującego konserwowania status quo, odbierającego nam szansę na zmiany.
Nie znamy ze 100% pewnością tego, co i kiedy niesie nam przyszłość, ale rzeczywistość niekoniecznie jest zerojedynkowa. Im lepiej przygotujemy się na nadciągające zderzenie, tym lepiej je zniesiemy. Jeśli Niemcy będą miały jeszcze 20 lat na swoją transformację, to powstaną tam lokalne samodzielne systemy energetyczne, którym nie straszny będzie brak rosyjskiego gazu, które nawet przy upadku centralnego systemu walutowego będą w stanie zasilić lokalną gospodarkę i rolnictwo; mieszkającym w domach autonomicznym ludziom nie straszne będą przerwy w dopływie paliwa Będzie żywność, transport i ciepło. Ludzie ogarną się, nawet jeśli przyjdzie resetować system finansowy.
A jeśli się nie przygotujemy (albo łudząc się, że problemy nas ominą, albo wpadając w apatię, że „i tak się nie uda”), nie będziemy wyspą ocalonych w morzu upadku – czeka nas przysłowiowy płacz i zgrzytanie zębów.
No dobrze, to tylko opinia Marcina Popkiewicza. Nie jestem guru światowego formatu. Kto jak kto, ale w środowisku osób postrzegających zagrożenie granic wzrostu osobą taką jest Richard Heinberg. Oddajmy więc głos jemu:
„Istnieją dobre argumenty za tym, że jest za późno, by zmienić trendy wzrostu populacji, konsumpcji i zanieczyszczeń, zatem najlepsze co mogą zrobić ci z nas, którzy uznają istnienie Rzeczywistości Fizycznej to inteligentna adaptacja do nadchodzącej fazy upadku: próby zbudowania odporności na daleko posunięte zmiany, która da szansę nam i naszym wspólnotom na przetrwanie nadchodzącej nawałnicy (w sensie dosłownym i przenośnym!). Inne stanowisko głosi, że powinniśmy starać się robić co w naszej mocy, by osłabiać te trendy, tak, aby przetrwanie w przyszłości było łatwiejsze dzięki zmniejszeniu szkód wyrządzonych ekologicznym systemom, od których zależy życie przyszłych pokoleń. Sądzę, że obydwa stanowiska są słuszne.
Potrzebujemy rozwiązań, które ograniczą ludzkie cierpienie, oddalą najgorsze środowiskowe skutki, i doprowadzą ostatecznie do stworzenia trwałej i prosperującej ludzkiej kultury opartej o ustabilizowane ekosystemy.
Odłóżmy na razie na bok zastrzeżenia “już jest za późno” i “nie jesteśmy w stanie”. Jaką strategię należy przyjąć, by przeorientować społeczeństwa na Rzeczywistość Fizyczną, unikając przy tym zbiorowej depresji, tak by optymalna ścieżka „zmniejszania” mogła być realizowana?
Zacznijmy od budowania szerszej zgody co do tego, co należy robić w samym obozie fizycznych realistów. Następnie poszukujmy strategicznych sojuszy. Polityczni realiści różnią się między sobą, a ci, którzy zaprzeczają zmianie klimatu oraz ewolucji są na jednym skraju spektrum. Powinniśmy być otwarci na dialog z tymi, którzy są bliżej realistów fizycznych, spokojnie podkreślając wagę granic wzrostu i jednocześnie szukając kwestii, które mogą nas łączyć. To pomoże tej rozsądnej grupie pracować od środka i przekształcać Rzeczywistość Polityczną, aż stanie się bardziej podobna do Rzeczywistości Fizycznej.
Znajdźmy środki na publiczną edukację w zakresie krytycznego myślenia. „Niewygodna prawda” i „Kosmos” odegrały ważną rolę, ale potrzebujemy czegoś na znacznie większą skalę i kontynuowanego przez lata; działającego zarówno przez lekcje w szkołach, jak i telewizję, YouTube, i media społecznościowe; podnosząc problem wzrostu populacji i konsumpcji oraz zwiększając wiedzę matematyczną, dotyczącą ekologii i zmiany klimatu.
Sfinansować działania na rzecz planowania rodziny dostosowane do różnych kultur, szczególnie w miejscach o wysokim współczynniku urodzeń.
Już dziś istnieją ruchy działające na rzecz ułatwiania jednostkom i wspólnotom adaptacji do wymogów post-wzrostowej i post-węglowej gospodarki: lokalne gospodarki, Transition Towns, Slow Food and Money, ruch na rzecz dobrowolnej prostoty i wiele innych. Wymagają znacznie większego wsparcia.
Tego rodzaju ruchy zazwyczaj tonują krytykę dotyczącą problemów systemowych, z którymi zmaga się nasze społeczeństwo – szczególnie imperatyw wzrostu wbudowany w nasz system finansowy, gospodarczy i monetarny – bo to kwestie zbyt rozległe, by sprostać im mogły lokalne inicjatywy. Wyłaniający się dyskurs dotyczący alternatywnych gospodarek, włączając w to ekonomię szczęścia i alternatywne wskaźniki gospodarcze oraz ruchy na rzecz post-wzrostu zaczynają wypełniać tą lukę. Ten dyskurs również wymaga wsparcia i rozwinięcia, biorąc pod uwagę, że celem ma być zarówno zmiana ekonomii (rozumianej jako dziedziny teoretycznej), jak i rzeczywistej gospodarki.
Jednocześnie think-tanki powinny pracować na rzecz proponowania i promowania polityk publicznych, które pomogą gospodarstwom domowym i instytucjom przystosować się do rzeczywistości kurczącej się gospodarki. Może to być na przykład wprowadzenie kwot na korzystanie z energii albo rozwój nieformalnego uczenia się praktycznych umiejętności lokalnego wytwarzania i naprawiania potrzebnych do życia produktów, czy wsparcie lokalnie dystrybuowanej energii odnawialnej; inwestowanie w publiczny, oparty na elektryczności transport; zastępowanie importu i dążenie do relokowania odpowiednich gałęzi przemysłu.
W ramach kurczącej się gospodarki nierówności dochodowe i majątkowe staną się palącą kwestią polityczną i społeczną. O ile nie wprowadza się korygujących ten stan rzeczy polityk, ci którzy cieszą się uprzywilejowaną pozycją z czasem sięgają po coraz większą część dostępnego bogactwa, podczas gdy ci na dole wpadają w coraz większą nędzę. Pierwszym krokiem do wyjścia z tej sytuacji byłoby opodatkowanie operacji finansowych, spadków, wysokich dochodów i dóbr luksusowych, zaś uzyskany w ten sposób dochód budżetowy przeznaczyć by można na rozwój infrastruktury związanej z energią odnawialną, przeprojektowanie systemu wytwarzania i produkcji żywności w stronę znaczącego obniżenia zależności od ropy i wsparcie dla wysiłków biedniejszych do przystosowania się do nowych warunków. Tego rodzaju działania muszą być rozwijane w skali kraju i w skali globalnej, przy zapewnieniu odpowiedniego finansowania i wsparcia ekspertów.
Przechodząc do sprzeciwu: „Już za późno na takie działania”, „Nie jesteśmy w stanie tego zrobić”. Te głosy są przekonujące. Wprowadzenie w życie działań z powyższej listy (którą można by przecież znacząco rozbudować) rzeczywiście wydaje się bardzo trudne. Ale nawet niewielki postęp w każdym ze wskazanych obszarów może pomóc nam zmienić trajektorię upadku i zwiększyć nasze szanse na osiągnięcie pożądanego efektu.
O ile Polityczni Realiści mają problem z życiem w świecie iluzji, kłopotem wielu Realistów Fizycznych jest poczucie porażki, a nawet paraliżujące przerażenie. Dlatego mam dla nich kilka słów, które mogą podnieść na duchu (a piszę je również z myślą o sobie). Stawka jest zbyt wysoka, by poprzestać na cynicznym upewnianiu się, że to my mamy rację, a oni się mylą. Tak, straszliwe konsekwencje wzrostu z przeszłości są nieuniknione: kształt dzisiejszej Rzeczywistości Fizycznej jest dany. Jednak jutro, przynajmniej w jakimś stopniu, wciąż zależy od nas.
Całość tłumaczenia artykułu Richarda Heinberga wkrótce.
Na całym świecie jest wielu ludzi, którzy szukają dróg mających sens po epoce opartego na paliwach kopalnych wzrostu wykładniczego. Nie ględźmy, że się nie da, ale działajmy. Nie pasuje nam rozwiązanie A? Promujmy B. Nawet niewielki postęp w każdym ze wskazanych obszarów może pomóc nam zmienić trajektorię upadku i zwiększyć nasze szanse na osiągnięcie pożądanego efektu.








