ArtykulyPowiązania

Czy warto zmniejszać swój ‘odcisk węglowy. I jak bardzo?

Pod artykułem Darmowa komunikacja miejska w Żorach nastąpiła interesująca wymiana myśli, czy ograniczanie wpływu swojego sposobu życia na środowisko ma sens
i jak bardzo. Czy jest to nasz obowiązek moralny, czy może i tak nic w
ten sposób się nie osiągnie. I czy mamy prawo krytykować innych za ich beztroskę w zużywaniu energii i zasobów, skoro nikt z nas nie może powiedzieć, że on w tym nie uczestniczy.

Najpierw Godlike napisał: „Ja do przystanku autobusowego mam 8 minut pieszo, później trzeba czekać średnio 3-5 minut na autobus. Później autobus jedzie 20 minut do centrum. Czyli wychodzi nieco ponad 30 minut. Samochodem natomiast miał bym góra 15 minut i to w dużo wygodniejszych warunkach.  Samochodu używa się nie tylko do jeżdżenia do pracy, więc całkiem z niego zrezygnować by nie można, czyli odpadał by tylko koszt paliwa na dojazdy do pracy – jakieś 200zł. 200zł to cena którą warto wydawać miesięcznie za szybkość i wygodę dotarcia do pracy.”

Na to obruszył się Kris: „I tak oto Godlike pokazuje, że nawet osoby świadome zbliżającego się kryzysu końca wykładniczego wzrostu gospodarczego opartego na paliwach kopalnych, na progu Oil Peak i katastrofy klimatycznej mają to wszystko w dupie i dla własnej drobnej wygody bez mrugnięcia okiem doprowadzą do katastrofy. Godlike, żal mi tego, co robimy innym gatunkom, naszym dzieciom i sami sobie. Ale takim podejściem, do jasnej cholery, zasługujemy na najgorsze. Szkoda tylko, że szlag nie trafi tylko egoistycznych pasożytów, ale że pociągną oni za sobą całą resztę.”

Godlike’a poparł Pieszko: „Do przystanku mam 20 minut z buta, czekam 5-10 minut, potem 15 minut autobusem, potem kolejne 15 – 20 minut z buta. Łącznie godzina w jedną stronę, w drugą stronę też godzina. Samochodem 15 minut. A jak pojadę autobusem, stracę czas i siły, a i tak zaoszczędzone paliwo zostanie przepalone gdzie indziej… Przy obecnym stanie populacji taka oszczędność jest tylko samopoświęceniem się, na którym skorzysta inny cywilizowany człowiek, ale nie przyroda…”

Na koniec wisienkę na torcie umieścił Adaś, pytając Krisa: „A jaka według Ciebie jest właściwa postawa? Czy Ty chodzisz w podartych używanych ciuchach, jesz to co wyhodujesz na ogrodzie i oszczędzasz prąd wstając o świcie i idąc spać o zmierzchu? Ja nie wiem co należy robić. (…)”

Kto ma rację i w jakim stopniu?

To nie jest proste. W zasadzie każdy z dyskutantów ma rację.

Kris ma rację, pisząc, że niechęć do zaczynania zmian od siebie (nawet jeśli związane z tym niewygody byłyby niewielkie) jest postawą egoistyczną i zasługującą na krytykę. Ale… słusznie pisze też Pieszko, że zaoszczędzone paliwo zostanie przepalone gdzie indziej, a na naszym samopoświęceniu korzysta ktoś inny. I rację ma też Adaś, parafrazując biblijne „kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem”. O ile Kris nie mieszka w jaskini i nie odżywia się rosnącymi w pobliżu roślinkami, to bez wątpienia ma swój udział w emisjach. Żyjąc w kraju uprzemysłowionym nie jesteśmy zresztą w stanie zredukować odcisku węglowego do zera. Kilkanaście minut spędzonych np. z osobistym kalkulatorem emisji uświadamia, że na każdym kroku spalamy paliwa kopalne i nie ma jednej srebrnej kuli, która pozwoliłaby rozwiązać problem.

Dość często używam kalkulatora na prowadzonych przeze mnie warsztatach, obserwując ciekawe reakcje uczestników (często osób zaangażowanych w ochronę środowiska), skonfrontowanych ze źródłami i wysokością emisji – także w ich życiu. Ponieważ postawieni w obliczu dysonansu poznawczego ludzie bardzo często wchodzą w tryb zaprzeczająco-obronny, aby uniknąć jego uruchomienia, zwykle na początek symuluję abstrakcyjną osobę (nazwijmy ją panem Kowalskim) żyjącą na sposób „amerykański”.

Emisje CO2 - amerykański styl życia

Rysunek 1. Emisje p. Kowalskiego.

Na tym etapie uczestnicy szkolenia śmieją się z Kowalskiego. Chwilę później jednak, kiedy proszę, żeby teraz wspólnie doradzili Kowalskiemu, co powinien zrobić, by zredukował zużycie energii/emisję CO2 choćby do poziomu średniej krajowej (8 ton rocznie), śmiechy cichną i pojawia się poważna refleksja.

Pierwsze sugestie dotyczą zwykle energooszczędnego budynku. Super, emisja spada z poziomu 40 ton do niecałych 35 ton. Ale co dalej? Tutaj wśród uczestników pojawia się konsternacja, bo czują, że panu Kowalskiemu niekoniecznie spodobałyby się ich sugestie: zrezygnować z latania, nie posiadać samochodu (a już na pewno pozbyć się terenówki, kupić coś małego i oszczędniejszego – i jeździć znacznie mniej), ograniczyć konsumpcję, przestać jeść mięso, brać prysznic zamiast kąpieli, a zamiast klimatyzacji używać wentylatora.
Rzecz jasna, pan Kowalski, chcąc równocześnie dalej prowadzić wysokokonsumpcyjny styl życia i zachować swoje wyobrażenie o sobie jako o dobrym i odpowiedzialnym społecznie obywatelu, może mieć tendencję do zapomnienia o całej sprawie zmieniając temat, zaprzeczając problemom lub stwierdzając, że jego udział w spalaniu paliw kopalnych jest przecież tak małą częścią problemu (lub używając szeregu innych dobrze znanych usprawiedliwień dla utrzymania starego sposobu życia).

W swoim czasie (dawno temu, zanim zrobiłem kalkulator), też miałem tendencję do robienia tego co łatwe, a nie tego co skuteczne. Bywało, że latałem i prowadziłem samochód, usprawiedliwiając się, że przecież zmieniłem żarówki na energooszczędne, zakręcam wodę przy myciu zębów, ładuję pralkę do pełna, wyłączam tryb czuwania w telewizorze i ładowarkę komórki z gniazdka, przykrywam garnek pokrywką podczas gotowania, kupuję kawę fair trade, a w stopce maila umieszczałem dopisek, żeby z troski o środowisko go nie drukować. Oczywiście, z perspektywy redukowania słupka zużycia paliw kopalnych, były to działania pozorne, pozwalające rozgrzeszyć się i przechodzić do porządku dziennego nad działaniami, które rzeczywiście mogłyby zmniejszyć słupek, ale byłyby dla mnie niewygodne.

Długo się nad tym zastanawiałem i uznałem, że zmniejszanie słupka jest właściwe (obecnie mam jakieś 5,8 ton CO2/rocznie, z czego około 4 ton emisji „własnych”, a 2 tony „ogólnospołecznych”).

Emisje CO2 - Marcin Popkiewicz

Rysunek 2. Moje emisje

Jest kilka powodów, dla których staram się zmniejszać słupek:

  • W systemie klimatycznym są punkty krytyczne. Któraś tona emisji będzie oznaczać „o jedną tonę za daleko”.
  • Niższy odcisk węglowy to mniejsze wydatki, co pozwala mieć oszczędności zamiast długów, zmniejsza ciśnienie na pogoń za pieniędzmi i daje więcej czasu na to, co w życiu naprawdę ważne. Jestem bardzo szczęśliwy z tym podejściem.
  • Pogoń za radosną egoistyczną konsumpcją dziś, za cenę wymarcia niezliczonych gatunków i katastrof które ściągniemy na nasze dzieci to podejście bazujące na systemie etycznym, którego nie podzielam (to oczywiście tylko moja opinia, niektórzy mogą myśleć inaczej).
  • Wiarygodność: jeśli mówiłbym innym, że powinni zredukować swoje zużycie energii i emisje, w międzyczasie jeżdżąc terenówką, latając dookoła świata i obwieszając się gadżetami, zostałbym słusznie uznany (także przez czytelników ZnR) za hipokrytę. Zrobiłbym w ten sposób więcej złego niż dobrego.
  • Mamy naturalną tendencję do zapominania rzeczy niewygodnych. Wytrwale umieszczając „redukcję słupka zużycia zasobów” wysoko na swojej liście priorytetów internalizujemy ją i utrwalamy w sobie. Idąc tą drogą wytrwale się edukujemy, zmieniamy sposób w jaki żyjemy i w jaki postrzegamy świat i nasze priorytety w życiu. Wpływa to także na nasze decyzje nie tylko w życiu osobistym, ale też w miejscu pracy.
  • Zmiana swojego nastawienia to krok w zmienianiu nastawienia społecznego. Dążąc do niskowęglowego świata w naszym życiu wpływamy też na nasze rodziny, przyjaciół i innych ludzi z którymi mamy kontakt. W ten sposób nie popychamy środowiska w stronę punktów krytycznych, lecz społeczną odpowiedź na kryzys.
  • Wydając swoje pieniądze wpływamy na to, co będzie się rozwijać, a co zwijać: lepiej wspierać transport publiczny, domy autonomiczne, energooszczędne i trwałe sprzęty, odnawialne prosumenckie źródła energii, a nie koncerny wypluwające z siebie „biznes-jak-zwykle”.
  • Zmiana nastawienia w swoim otoczeniu oznacza zmianę kulturową, prowadzącą do zmian w prowadzonej przez decydentów polityce. Przykładowo, jeśli jeździsz samochodem, będziesz miał tendencję do żądania taniego paliwa, większej ilości dróg i blokowania powstawania bus pasów. Jeśli jeździsz na co dzień rowerem lub transportem publicznym, będziesz oczekiwał zmian w zupełnie innym kierunku. Większa liczba ludzi domagających się zmian w kierunku efektywnej energetycznie i niskowęglowej gospodarki przyspieszy transformację.

Uważam, że warto zrobić, co w naszej mocy – nie dlatego, że w skali globalnej zredukuje to zużycie paliw kopalnych, ale żeby kształtować swoją świadomość, edukować się, stymulować zmiany kulturowe wokół siebie i wpływać na świadomość społeczną i podejmowane działania.

Życie w niskoenergetyczny sposób w kraju uprzemysłowionym nie jest łatwe. Trzeba mieć świadomość, że do zera się nie zejdzie. W odróżnieniu od Adasia czy Gupola nie mam ogródka warzywnego ani sadu – mieszkam w Warszawie i byłoby to dla mnie bardzo trudne. Z kolei w moich warunkach mogę żyć bez samochodu (i dobrze mi z tym – jazda na rowerze sprzyja nie tylko zdrowiu i odporności organizmu, ale też daje dużo czasu na myślenie – to właśnie wtedy wpadam na wiele dobrych pomysłów 🙂

Zejście do poziomu emisji 1 tony CO2/rok (poziom redukcji konieczny do 2050 roku dla utrzymania wzrostu temperatury poniżej progu 2°C) przy otaczającej nas obecnie infrastrukturze jest w zasadzie niewykonalne. Konieczna jest jej głęboka przebudowa, podobnie jak świadomości społecznej. Ale to nie stanie się samo. Trzymając się ‘wysokoenergetycznego’ sposobu życia, konserwujemy status-quo. Redukując własny odcisk węglowy silniej angażujemy się w transformację i stymulujemy ją. Do czego Was wszystkich zachęcam, w takim zakresie, w jakim każdy z Was jest w stanie.

Marcin Popkiewicz

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly