Nie co dzień trafia się świetnie napisana, mądra książka, poruszające najistotniejsze problemy świata, do tego po polsku. Wydawnictwo Sonia Draga, we wspólnej serii ze „Światem na Rozdrożu” wydało właśnie książkę „Odliczanie”, napisaną przez Alana Weismana, naukowca, dziennikarza i wykładowcy reportażu (co widać w świetnym języku, jakim napisana jest książka).

Co cztery i pół dnia na Ziemi przybywa milion ludzi, w ciągu roku ponad dwie Polski. Przejęliśmy na swoje potrzeby prawie całą powierzchnię Ziemi, tworząc monokulturę Homo Sapiens. Ludzie wraz ze swoimi zwierzętami hodowlanymi stanowią 97% masy ssaków lądowych – cała reszta, od słoni, nosorożców, zebr, żyraf i lwów po małpy, wiewiórki, szczury i myszy to już tylko 3%. Powierzchnia dostępnych gruntów rolnych już nie rośnie – powierzchnia naszej planety nie może się przecież rozciągnąć. Ile osób jest jeszcze w stanie przyjąć, zanim „pęknie w szwach”? Jak silny powinien być jej ekosystem i które z gatunków roślin oraz zwierząt są niezbędne dla naszego przetrwania?
Poszukując odpowiedzi na te pytania, Alan Weisman odwiedził ponad 20 krajów. Analizował ich kultury, religie i systemy polityczne, by przekonać się, co w ich wierzeniach, historii czy też bieżącej sytuacji może przekonać je, że czasami dla własnego dobra powinny ograniczyć wzrost swojej liczebności. Efektem tej podróży jest wbijający w fotel przegląd, pokazujący czy możliwe jest szybkie, akceptowalne i przystępne kosztowo przywrócenie równowagi pomiędzy mnożącym się gwałtownie Homo Sapiens a Ziemią. Książka daje do myślenia i wytycza drogę ku rozwiązaniom.
Specjalnie dla czytelników Ziemi na Rozdrożu, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sonia Draga, publikujemy fragmenty książki.
Kup „Odliczanie” na stronie Wydawnictwa Sonia Draga.
Fragment książki: „Jak inżynierowie rakietowi stworzyli chiński program kontroli populacji”
Lin Xia przypomina kolejny slogan Narodowej Komisji ds. Populacji i Planowania Rodziny: „Matka Ziemia jest zbyt zmęczona, by wyżywić więcej dzieci”. Usłyszała kiedyś, jak znany chiński demograf stwierdził, że 700 milionów ludzi byłoby właściwą populacją dla Chin – to tylko nieco więcej niż połowa obecnego 1,3 miliarda. Biorąc pod uwagę burze piaskowe wielkości Mongolii, jakie widziała Xia, i smog okrywający cztery sąsiednie prowincje, jest skłonna się z nim zgodzić.
„Wyobraź sobie” – mówi – „że nie musimy już spalać tyle węgla ani budować kolejnych zapór”.
Siedemset milionów to populacja Chin w 1964 roku. To zaledwie pół wieku temu.
Około roku 2030 liczba ludności w Chinach będzie wynosić niemal 1,5 miliarda – mimo złagodzenia przepisów regulujących liczbę urodzeń raczej nie zmienią się preferencje chińskich małżeństw. Populacja następnie spadnie gwałtownie wraz z wymieraniem członków pokolenia przejściowego pomiędzy wysoce płodnymi Chinami i tymi o niższym wskaźniku płodności. Po latach, gdy współczynnik płodności będzie się utrzymywał poniżej zastępowalności pokoleń, nie będzie tylu urodzeń do zastąpienia. W roku 2100 liczba Chińczyków ponownie spadnie poniżej miliarda. Problem polega jednak na tym, co będzie się działo pomiędzy dzisiaj a tamtym momentem w przyszłości.
Starzejące się pokolenie przejściowe jest tym, co zaprząta głowę Jianga Zhenghui, który siedzi w ogrodzie restauracji Red Wall, znajdującej się w cichej uliczce w jednym z ostatnich hutongów, jakie pozostały w Pekinie, niedaleko Zakazanego Miasta. Ma dzisiaj zjeść kolację z amerykańskim naukowcem, która zainteresowana jest rolą, jaką odegrał w tworzeniu chińskiej polityki jednego dziecka – trzydziesta rocznica jej wprowadzenia, 25 września 2010 roku, przypada za trzy dni. Cieszy się na spotkanie z nią. Nagradzano ją w Europie, Azji i Ameryce za wizjonerską pracę, w której przedstawia koszty i korzyści, jakie wynikają dla ludzi z ochrony środowiska, i pokazuje, że ludzie dla własnego dobra nie powinni niszczyć naturalnej infrastruktury, z której wywodzi się ludzkość. Jest ona również, jak zrozumiał, protegowaną amerykańskiego biologa i demografa Paula Ehrlicha, którego pracami zainteresowano się, kiedy Chiny postanowiły zapanować nad swoją populacją.
W Chinach współpracuje ona z jednym z jego protegowanych, demografem Li Shuzhou, ekspertem od nieprzewidzianego efektu, jaki wywołała polityka jednego dziecka: milionów dziewczynek brakujących w spisie ludności. W 2000 roku Li Shuzhou został współzałożycielem Care for Girls, programu, który zapewnia porady i pożyczki rodzinom, które chciały synów, ale urodziły im się córki, i kontroluje również wychowywanie dziewczynek. Jeśli chodzi o samego Jianga Zhenghuę, obecnie wiceprzewodniczącego Komitetu Centralnego Chłopsko-Robotniczej Demokratycznej Partii Chin, rząd zwrócił się do niego o pomoc w uporaniu się z powiązanym problemem: jak otoczyć opieką osoby starsze, skoro obecnie jest o wiele mniej młodych ludzi. Poznanie opinii tego amerykańskiego naukowca będzie interesujące.
„Miło mi pana poznać, profesorze Jiang” – mówi Gretchen Daily. Jiang Zhenghua uśmiecha się do tej szczupłej, wysportowanej kobiety z krótkimi włosami i przyjaznym spojrzeniem. Ona odpowiada uśmiechem. Profesor ma na sobie garnitur w prążki i wzorzysty krawat. Jego ciemne włosy i wyprostowana sylwetka nie zdradzają jego wieku; jedynie ogromne okulary bez oprawek wskazują na to, że jest po siedemdziesiątce.
Przedstawia Gretchen Daily menedżerce restauracji, która im usługuje. Zamawia dla obojga kaczkę, ryż organiczny z duszonym szkarłupniem i australijskiego shiraza. Opiera się na krześle i krzyżuje ramiona.
Jiang Zhenghua urodził się w Hangzhou, jednym z najpiękniejszych chińskich miast, i miał szczęście. Przyszedł na świat podczas wojny chińsko-japońskiej, kiedy Hangzhou zostało właśnie zaatakowane. Jego rodzice uciekali, kiedy jego mama zaczęła rodzić u bram miasta. Tam się urodził i dlatego zostali w mieście. Jego ojciec uczył w podstawówce historii i geografii, a matka – matematyki. Kiedy wojna dobiegła końca i kraj pod przewodnictwem Mao Zedonga stał się komunistyczny, jego ojciec, historyk, dał mu książkę wyjaśniającą, jak na przestrzeni wielu pokoleń Chińczycy zaczęli wierzyć, że rząd jest organem, który ma jednoczyć ludzi dla zapewnienia im lepszego życia.
Pod koniec lat 50. XX w., po ukończeniu studiów na kierunku inżynierii elektrycznej na Uniwersytecie Jiao Tong, Jiang słyszał już dyskusje na temat planów ustabilizowania populacji Chin na poziomie 700–800 milionów ludzi, co miało zapewnić jego krajowi zdrowsze środowisko do rozwoju.
„O co się martwiono?” – pyta Gretchen. – „O jedzenie i opiekę zdrowotną? O lasy? O degradację ziemi? O czym myśleli wtedy ludzie?”
„O rozwoju gospodarczym” – odpowiada. – „W latach 50. XX w. Chińczyków nie obchodziło środowisko. Zgodnie z chińskim sposobem myślenia jesteśmy ogromnym krajem, bogatym w zasoby naturalne, więc nie musimy się tym martwić. Tak było do roku 1958, czyli do Wielkiego Skoku. Dopuściliśmy się wielu niemądrych rzeczy. Ogołociliśmy kompletnie góry z drzew. Usiłowaliśmy wytapiać żelazo w piecach kiepskiej jakości”.
Podczas Wielkiego Skoku Mao, który przerzucił Chiny po sześciu tysiącach lat rolniczego życia w erę przemysłową, powietrze wypełniło się oleistym dymem, który wychodził z setek tysięcy ceglanych pieców do wytapiania żelaznego złomu, jakie chłopom kazano zbudować na podwórkach. Aby wypełnić narzucone im limity, rodziny topiły rowery oraz własne garnki i patelnie. Piece te były w większości opalane świeżym drewnem z milionów ledwo co ściętych drzew – pozyskana w ten sposób surówka była w większości przypadków bezużyteczna. „Głupota” – powtarza Jiang. – „Ale wtedy nikt nie uważał tego za bezsensowne. W latach 50. XX w. rząd cieszył się ogromnym poważaniem. To było tuż po zakończeniu wojny japońskiej. Ludzie wierzyli, że Partia Komunistyczna mogła osiągnąć wszystko”.
Jednakże idea ograniczenia przyrostu populacji była radykalnym odejściem od komunizmu. Marks i Engels potępiali Thomasa Roberta Malthusa, który sugerował, że przeludnienie odciskające się na zasobach naturalnych doprowadzi do ograniczenia produkcji, podczas gdy według nich było odwrotnie: ludność jest źródłem siły roboczej, która zwiększa produkcję. Malthus był uważany za burżuazyjnego apologetę kapitalistycznej klasy rządzącej, który za problemy świata obwiniał klasy niższe i wykorzystywane. Początkowo takie przekonanie żywił również przywódca Partii Mao Zedong: populacja była źródłem siły, a nie przeszkodą. Jednakże w obliczu katastrofy, której przyczyną był Wielki Skok, Mao wraz z premierem Zhou Enlaiem zebrali naukowców, którzy mieli pomóc w ustabilizowaniu ich wzburzonego narodu.
Pomysł kontrolowania wielkości populacji pojawił się lata wcześniej. Spis ludności w 1953 roku przedstawił zaskakującą wiadomość – liczba Chińczyków sięgała niemal 600 milionów. Rozpoczęto dystrybucję prezerwatyw i kapturków domacicznych i zaczęto zachęcać kobiety, by nie rodziły zbyt wcześnie dzieci, a z kolejnymi zaczekały przynajmniej kilka lat. Przewodniczący Mao, rozdarty pomiędzy antymaltuzjańskim marksizmem i świadomością, że liczebność jego narodu zaczyna wymykać się spod kontroli, preferował zamiennie jedno z tych podejść. Podczas Wielkiego Skoku zaproponował najpierw wprowadzenie państwowej kontroli urodzeń, by potem zarzucić ten pomysł i poddać represjom swoich demografów.
Rewolucja kulturalna Mao w 1966 roku przygotowała grunt dla polityki jednego dziecka, ale w dosyć nieprawdopodobny sposób. „W rzeczywistości pracowałem w kontroli technologii rakietowej” – mówi Jiang Zhenghua, uśmiechając się szeroko. „I kontroli reaktora jądrowego”.
„Niesamowite” – odpowiada Gretchen.
Jiang ukończył studia w 1958 roku, ale krótko przed tym większa część Uniwersytetu Jiao Tong, łącznie z wydziałem inżynierii, przeniosła się z Szanghaju na wybrzeżu do oddalonej o tysiąc trzysta kilometrów w głąb lądu dawnej stolicy Chin Xi’an, w prowincji Syczuan. Oficjalnym powodem była chęć szerzenia wyższego kształcenia na większym obszarze kraju, jednak Jiang pamięta częste naloty wrogich samolotów z Tajwanu. Istniały strategiczne powody dla ochrony wydziału, do którego skierowano Jianga do pracy w nowej dziedzinie, jaką była informatyka. Jego zadaniem było opracowanie systemu automatycznej kontroli pocisków zdalnie sterowanych i reaktorów jądrowych.
Podczas Wielkiego Skoku rodzący się chiński potencjał informatyczny został zmarnowany na próby zoptymalizowania produkcji z podwórkowych pieców do wytopu żelaza, wyjaśnia Jiang Gretchen. Jednakże po tym fiasku prace trwające przez następnych pięć lat były bardzo intensywne.
„Budowaliśmy rakiety. Skonstruowaliśmy nawet własne czipy półprzewodnikowe”.
„Mój mąż zajmuje się fizyką laserową” – mówi Gretchen. – „Wszystkie czipy, jakie trafiają do niego, pochodzą z Chin”.
Jiang ponownie się uśmiecha. Jednakże jego duma ulatnia się pod wpływem wspomnień o tym, co nastąpiło później. „Rewolucja kulturalna: gdyby nie ona, Chiny mogły rozwinąć się o wiele wcześniej”.
W 1966 roku Mao rozpoczął eliminowanie podejrzanych elementów burżuazyjnych. Trwało to co najmniej do połowy lat 70. XX w., niemal do jego śmierci. Żadna część społeczeństwa, od kolektywów rolniczych aż po najwyższe kręgi Partii Komunistycznej, nie została oszczędzona, a żaden z sektorów nie został bardziej dotkliwie ukarany niż chińskie uniwersytety. Studenckie brygady nazywane Czerwonymi Strażami, podburzone przez Mao, denuncjowały władze uczelni i wykładowców jako kontrrewolucyjnych intelektualistów i zdrajców. Profesorów zmuszano do maszerowania ulicami i bito. Zaprzestano wydawania czasopism i zakazano utrzymywania kontaktów z zagranicznymi kolegami, a biblioteki zostały zniszczone. W 1967 roku większość uniwersytetów była zamknięta, a ich wykładowcy zesłani do odległych regionów, gdzie proletariackie chłopstwo poddawało ich socjalistycznej reedukacji, każąc pracować motykami. Wielu spośród nich wróciło dopiero po dziesięciu latach.
Istniały jednak pewne strategiczne wyjątki, a Jiang Zhenghua pracujący przy systemach rakietowych był jednym z nich. Jedynie informatyka, uznana za istotną dla bezpieczeństwa narodowego, została oszczędzona – i w tych właśnie dziwnych okolicznościach znana na całym świecie i okrutna polityka kontroli urodzeń, coś, co normalnie wchodziłoby w zakres prac badaczy z zakresu nauk społecznych i demografów, została stworzona przez parę inżynierów rakietowych.
Obecnie nie-Chińczykom trudno zrozumieć, jakim cudem najszybciej rozwijająca się gospodarka na świecie, której oszałamiający wzrost inspiruje i budzi zazdrość w kapitalistach, z uporem określa się jako komunistyczna. Ma to związek z rewolucją kulturalną, czasami, kiedy Chiny wyzbywały się zewnętrznych wpływów, mimo ponownego nawiązywania kontaktów ze światem. W 1971 roku ONZ uznało władze Chińskiej Republiki Ludowej za właściwy rząd Chin. Wcześniej to określenie oraz miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ należało do Republiki Chińskiej – Tajwanu, której liczba ludności była równa jednej sześćdziesiątej populacji Czerwonych Chin.
Chiny zaczęły się głośno wtrącać do międzynarodowej polityki. Tworzyły ją wówczas państwa tzw. pierwszego świata, czyli kapitalistyczna Ameryka Północna, Europa Zachodnia, Japonia, Australia i Nowa Zelandia, oraz państwa tzw. drugiego świata, czyli należące do bloku komunistycznego. Obie grupy chciały zdobyć – lub wymusić – posłuszeństwo mniej rozwiniętych krajów Trzeciego Świata. Udział Chin stał się szczególnie wyraźny podczas pierwszej Światowej Konferencji Ludnościowej ONZ w Bukareszcie w 1974 roku. Podczas obrad reprezentant tego kraju, Huang Shu-tse, wyśmiał obawy Zachodu, który twierdził, że przeludnienie przytłoczy wkrótce światowe rolnictwo i negatywnie wpłynie na zasoby naturalne:
Twierdzenie, że przeludnienie jest przyczyną ubóstwa szerzącego się w biednych krajach, jest zgraną melodią powtarzaną przez supermocarstwa. Wygenerowały one całą masę liczb, by dowieść, że populacja jest za duża, ilość dostępnej żywności za mała, a zasoby naturalne niewystarczające! Jednak nigdy nie pokusiły się o wyliczenie ilości zasobów naturalnych, jakie splądrowały, bogactwa społecznego, jakie zagarnęły, i ogromnych zysków, jakie wyłudziły w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Gdyby powstał raport na temat wyzysku, jakiego się dopuściły, prawda dotycząca problemu populacji natychmiast wypłynęłaby na wierzch.
Jak w swojej książce pt. Just One Child (Tylko jedno dziecko), która przedstawiała wyniki obszernych, dwudziestojednoletnich badań chińskiej polityki reprodukcyjnej, pisała Susan Greenhalgh, antropolog z Harvardu, te pogardliwe oskarżenia odnosiły się w szczególności do badania z 1972 roku przeprowadzonego przez twórców modeli systemowych z MIT, Donellę Meadows, Dennisa Meadowsa i Jørgena Randersa. Przygotowanie raportu, który ostatecznie objętością przypominał książkę, zleciła im międzynarodowa grupa ekspercka Klub Rzymski. Zatytułowany The Limits to Growth (Granice wzrostu) raport powtarzał ostrzeżenia sprzed czterech lat, jakie wysuwał Paul Ehrlich i sławetny Malthus, jak określali go Chińczycy. Przewidywał on, że ogromny przyrost globalnej populacji i intensywne wykorzystywanie zasobów naturalnych znajdują się na katastrofalnym kursie kolizyjnym. Podobnie jak The Population Bomb Ehrlicha, książka The Limits to Growth rozeszła się w wielomilionowym nakładzie na całym świecie.
W 1974 roku Chiny nie chciały nawet o tym słyszeć. Wyraz temu dał Huang Shu-tse podczas konferencji w Bukareszcie:
Obecnie światowa populacja zwiększyła się ponadczterokrotnie od czasów Malthusa, ale jednocześnie nastąpił o wiele większy przyrost w bogactwie materialnym społeczeństwa dzięki wysiłkom mas ludzi, pokonujących razem liczne przeszkody. W ciągu dwudziestu kilku lat od momentu powstania Chińska Republika Ludowa zwiększyła ilość wytwarzanych produktów wielokrotnie. Twórcza moc ludzi jest nieograniczona i to samo tyczy się zdolności ludzi do eksploatowania i wykorzystywania zasobów naturalnych. Pesymistyczne wizje rozpowszechniane przez supermocarstwa są całkowicie bezpodstawne, a ich propagowaniu towarzyszą ukryte intencje.
Huang nie wiedział jednak wtedy, że w Chinach kilku jego rodaków z dostępem do komputerów, specjaliści od rakiet i obrony, sami tworzyli coś, co miało zaradzić problemom przedstawianym przez zachodnie państwa. Ponieważ priorytetem dla naukowców było dotrzymanie tempa ich amerykańskim, europejskim i sowieckim odpowiednikom, mogli oni korzystać z pewnych przywilejów, na przykład pozwolono im wyjeżdżać na Zachód. W zachodnich czasopismach technicznych czytali, że inżynieria systemowa może być zastosowana praktycznie do wszystkiego, od obwodów elektrycznych przez kontrolę ruchu aż po organizację społeczeństwa. Przeczytali The Limits to Growth i doszli do wniosków zgoła odmiennych niż konkluzje towarzysza Huanga Shu-tse.
„To były ciekawe pomysły” – Jiang Zhenghua mówi Gretchen Daily. Przywódcy Chin zlecili mu przygotowanie scenariuszy gospodarczych. „Chińscy ekonomiści dobrze znają się na teoriach, ale z matematyką radzą sobie już gorzej. Jeśli chcemy szybszego rozwoju gospodarczego, jakiego wkładu potrzebujemy? Jeśli mamy ograniczone zasoby, jaki możemy maksymalnie uzyskać rezultat? Chcieli poznać ograniczenia rozwoju i to, jak należy rozlokować nasze zasoby. Tworząc model nakładów i wyników, wzięliśmy pod uwagę równowagę pomiędzy różnymi czynnikami gospodarczymi, ale również – wiedziałem o tym, ponieważ przeczytałem materiały Klubu Rzymskiego – czynniki systemu środowiska”.
„Fascynujące” – stwierdza Gretchen.
Poza wydziałem systemów Jianga Zhenghui na Uniwersytecie Jiao Tong w Xi’an kolejny kompleks komputerowy działający w Chinach znajdował się w pekińskim Siódmym Ministerstwie Budowy Maszyn, zajmującym się przemysłem kosmicznym. Głównym specjalistą od rakiet był tam poczciwy drobny człowiek, Qian Xuesen. Qian ukończył studia na Uniwersytecie Jiao Tong na kierunku inżynierii mechanicznej w 1934 roku, następnie zdobył tytuł magistra na MIT i doktorat w Caltech – zaproszono go tam do prowadzenia wykładów. Był założycielem Laboratorium Napędu Odrzutowego Caltech w Pasadenie, a podczas II wojny światowej projektował rakiety dla Stanów Zjednoczonych i uzyskał stopień pułkownika Sił Powietrznych. W czasach McCarthy’ego padł ofiarą czystki politycznej i był przetrzymywany w areszcie domowym aż do powrotu do Chin w połowie lat 50. XX w.
Pchnięty przez amerykańskich zagorzałych antykomunistów w ramiona komunistów, posiadający wiedzę na temat amerykańskiej technologii rakietowej, którą pomógł rozwinąć, Qian został doradcą naukowym Mao Zedonga i Zhou Enlaia, a także ojcem chińskiego programu rakietowego. Jego najbystrzejszym protegowanym w Siódmym Ministerstwie był inżynier cybernetyki Song Jian. Song opracował zwięzłą teorię obliczeniową dla zoptymalizowania wydajności, którą można było zastosować zarówno w mechanice i strategii wojskowej, jak i w planowaniu struktur społecznych. W Siódmym Ministerstwie pracował przy systemach naprowadzania rakiet.
Podczas rewolucji kulturalnej jego mentor Qian Xuesen chronił go i zachęcał do wykorzystania jego teorii i możliwości komputerowych wydziału rakietowego do opracowania modeli dla rosnących potrzeb planowania społecznego w Chinach. Podobnie jak Jiang Zhenghua, Song mógł podróżować i miał dostęp do literatury naukowej z Zachodu. Zrozumiał, że wyliczenie ilości dostępnej wody pitnej, gleby oraz poziomu zanieczyszczeń, jak również demograficznych danych statystycznych, i zrozumienie, w jaki sposób one wzajemnie na siebie oddziałują, miało kluczowe znaczenie dla planowania rozwoju gospodarczego i społecznego. Zarówno on, jak i Jiang wiedzieli, że amerykańscy i europejscy ekolodzy są zaniepokojeni faktem, iż populacje ich krajów przekraczały dopuszczalne obciążenie na zajmowanych przez nie terenach. Jeśli było to prawdą, co w takim razie zwiastowało to słabo rozwiniętym krajom, takim jak Chiny?
Pomimo chełpienia się Chin na konferencjach ONZ-owskich i rzekomego solidaryzowania się z ciemiężonymi mieszkańcami Ziemi przesłanie, jakie chińscy naukowcy usłyszeli od przywództwa, miało niewiele z tym wszystkim wspólnego. Celem było zrównanie się zarówno pod względem naukowym, jak i gospodarczym z mocarstwami tzw. pierwszego świata. Polecono im wykorzystanie metod cybernetyki dla określenia, jak można to osiągnąć.
Pracując niezależnie od siebie w Xi’an i w Pekinie, Jiang Zhenghua i Song Jian skupili się na najłatwiej policzalnym parametrze ekosystemu: populacji. Tak jak Susan Greenhalgh zauważa w swojej książce Just One Child (Tylko jedno dziecko), nauka o populacji łączy w sobie nauki społeczne i nauki o środowisku. Kiedy Jiang i Song wykorzystali swoje umiejętności, modele, maszyny oraz interdyscyplinarną otwartość do określenia właściwej liczby ludzi dla ich kraju, stali się awangardą ostatniego i być może decydującego rozdziału sagi, która zajmowała – i rozjuszała – przywódców religijnych, filozofów oraz naukowców w całej historii ludzkości. To saga, którą można podsumować krótkim pytaniem: kim jesteśmy?
Czy jako homines sapientes tak bardzo ewoluowaliśmy lub też zostaliśmy natchnięci boską mocą, że wykraczamy poza reguły rządzące resztą przyrody? A może jesteśmy po prostu częścią – niezaprzeczalnie istotną częścią – wielkiego żywego korowodu Ziemi, a nasze istnienie zagraża tym samym granicom, w których egzystują wszystkie inne stworzenia?
Pomimo że przywódcy zlecili chińskim naukowcom zajęcie się aspektem gospodarczym – ilu ludzi może zmaksymalizować zdolności wytwórcze państwa bez konieczności uzyskania większego wkładu, niż jest ono w stanie dostarczyć? – zmienne, które musieli uwzględnić, były takie same jak te, które stanowiły przedmiot zainteresowania autorów The Limits to Growth.
„Nie mieliśmy zbyt dużego pojęcia o relacjach pomiędzy wielkością populacji, wzrostem gospodarczym i środowiskiem” – mówi Jiang, dolewając wina.
„Wygląda na to, że nadal go nie mamy” – stwierdza Gretchen, biorąc łyk wina.
Pomimo to ruszyli z realizacją zadania. Zbierali dane z ministerstw, wprowadzali je do komputerów, studiowali prace demografów i ekonomistów powstałe od czasów Malthusa i rozmawiali z biologami i agronomami. W zależności od tego, kto był autorem wydawanego osądu, ludzkość albo redukowano do kolejnej zmiennej biologicznej, uwzględnionej w ich modelach, albo umieszczano ją precyzyjnie w naturalnym kontekście.
W grudniu 1979 roku Song i Jiang zaprezentowali wyniki swoich badań podczas Narodowego Sympozjum na temat Teorii Populacji w Chengdu, stolicy prowincji Syczuan. Zorganizowało je Biuro Krajowej Rady ds. Planowania Urodzeń i Chińska Akademia Nauk. W obu tych instytucjach rewolucja kulturalna poczyniła ogromne zniszczenia, ich czołowi naukowcy zostali zesłani do gospodarstw rolnych i fabryk. Jednak teraz Chiny były gotowe dokonać jednego z najbardziej zdumiewających skoków w historii świata. „Wielki Sternik” Mao Zedong zmarł. Pod koniec jego życia wywiązała się walka o władzę pomiędzy jego czwartą żoną, byłą aktorką Jiang Qing, a protegowanym Zhou Enlaia Dengiem Xiaopingiem, który padł ofiarą represji podczas rewolucji kulturalnej, ale potem udało mu się powrócić do życia politycznego. Orędownik reform gospodarczych na zasadach rynkowych był ponownie represjonowany przez Madame Mao, ale kiedy w 1979 roku jej „Banda czworga” została odsunięta od władzy, Deng powrócił i przejął stery.
Sympozjum na temat populacji było zgromadzeniem badaczy z dziedziny nauk społecznych: demografów, socjologów, humanistów i etnografów, przywróconych ostatecznie na stanowiska wraz z ponownym otwarciem uniwersytetów i instytucji naukowych. Prawie stu pięćdziesięciu spośród nich przedstawiło referaty, jednak przez całą wcześniejszą dekadę zmagali się oni z poważnymi ograniczeniami badawczymi. Biuro Krajowej Rady ds. Planowania Urodzeń, jak przekazał Susan Greenhalgh informator, tworzyło swoje prognozy za pomocą liczydeł.
Do tego zgromadzenia dołączyli również Song i Jiang, specjaliści od rakiet, którzy mieli możliwość wykonywania obliczeń komputerowych i dostęp do wiedzy światowej. „Zaprezentowaliśmy dwa różne referaty. Nie wiedzieliśmy, czym zajmował się ten drugi. Song zastosował inne obliczenia niż ja. Ale ani nasze procesy badawcze, ani też osiągnięte wyniki nie różniły się znacznie od siebie”
Nikt inny spośród członków tego zgromadzenia nie miał do czynienia z taka porcją matematyki. Wykresy, szacunki i symulacje graficzne różnych scenariuszy przyciągnęły zainteresowanie nie tylko tego wyspecjalizowanego audytorium. Obliczenie dopuszczalnego obciążenia obszaru Chin wymagało uwzględnienia licznych zmiennych, ale dwaj naukowcy skupili się na gruntach uprawnych, miejscowo dostępnych surowcach naturalnych, koszcie importowania innych surowców, a także gospodarczym potencjale (i koszcie) każdej kolejnej osoby. Analizując raport Klubu Rzymskiego, Jiang szukał podobieństw i odkrył, że w Chinach na osobę przypada o wiele mniej wody, lasów oraz zasobów metali niż w większości innych miejsc na świecie. Grupa Songa, koncentrująca się na dostępności jedzenia i równowadze ekologicznej, obliczyła, podobnie jak Jiang, że optymalna wielkość populacji Chin powinna kształtować się pomiędzy 650 a 700 milionami ludzi.
W międzyczasie populacja Chin przekroczyła już 900 milionów i rosła w szybkim tempie. Prezentacja Songa zawierała również wykres pokazujący, że w przypadku utrzymania się bieżącego współczynnika płodności, który wynosił w Chinach troje dzieci na jedną kobietę, w roku 2075 kraj ten będzie miał ponad cztery miliardy mieszkańców.
„Doszliśmy do wniosku” – mówi Jiang, rozkładając ramiona – „że nie mieliśmy szans na to, by do roku 2000 utrzymać populację poniżej jednego miliarda – nawet gdyby wszystkie rodziny zaczęły od razu ograniczać się tylko do jednego dziecka”.
Demografowie i badacze z dziedziny nauk społecznych wiedzieli, że Deng Xiaoping jest przekonany o konieczności zapanowania nad wielkością populacji, zanim nie będzie ona już pozytywnym czynnikiem i stanie się przeszkodą gospodarczą – kiedyś został ukarany za wygłoszenie tak antymarksistowskiego bluźnierstwa. Przygotowali więc plany zawierające zachęty do ograniczenia liczby potomstwa, przerw między kolejnymi dziećmi i odkładania w czasie sprowadzenia na świat pierwszego potomka. Nie spodziewali się realizacji pomysłu Songa Jiana, czyli jednego dziecka na parę, w ciągu kilku następnych dekad, aż do momentu wymarcia pokolenia i szczytowej wielkości populacji na poziomie ledwie przekraczającym miliard Chińczyków – chociaż wówczas, wraz z odwróceniem tempa przyrostu liczby ludności i skurczenia się jej z powrotem do wielkości optymalnej, ludzie stopniowo powróciliby do rozmnażania się na poziomie zastępowalności pokoleń.
Nikt nie był przygotowany na wysoce niestandardową, ale za to wydajną strategię, jaka została zastosowana po sympozjum. „Song opublikował swoje wnioski w »People’s Daily«” – wspomina Jiang, potrząsając głową z podziwem i odrobiną zazdrości.
Song wykorzystał swoje kontakty, by dotrzeć do najbardziej wpływowego medium prasowego w kraju, oficjalnej gazety Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej. Temat kontroli populacji wykroczył nagle poza konferencje naukowe i stał się kwestią omawianą w całym kraju. Publikacja w „People’s Daily” była równoznaczna z aprobatą rządu. W związku z tym referatowi Songa towarzyszył artykuł redakcyjny na pierwszej stronie nawołujący do wdrożenia polityki jednego dziecka w celu wyhamowania przyrostu liczby ludności.
Praca Jianga Zhenghui, w której zastosował inne obliczenia, by dojść do tych samych wniosków, stała się istotnym potwierdzeniem hipotezy Songa. Zarzuty ze strony badaczy z dziedziny nauk społecznych, którzy byli zaskoczeni lawiną danych statystycznych przedstawionych przez specjalistów od obrony, utonęły pośród nawoływania rządu Denga Xia-opinga do wprowadzenia polityki jednego dziecka – ostatecznie oficjalnie rozpoczęto ją w 1980 roku.
Okazało się, że niektóre z tych zarzutów nie były bezpodstawne, gdy w nadchodzących latach pojawiły się problemy społeczne, nieuwzględnione w modelach matematycznych. Oto niektóre z nich: jaka jest wartość dziecka w gospodarstwie rolnym w porównaniu do dziecka z mieście? Jak kształtowała się tradycyjna wartość syna, a jak córki, i jak owe wartości zmieniały się w zależności od klasy społecznej i otoczenia? A skoro bieżący wskaźnik płodności, 3,0 dziecka na kobietę, przewyższał poziom zastępowalności pokoleń i spadł z poziomu 5,0 w ciągu jednego pokolenia, to czy cele populacyjne Chin nie mogłyby zostać osiągnięte bez zastosowania tak drastycznych środków?
Za tymi pytaniami czyhały kolejne, trudne do zadania w kraju, gdzie niewłaściwe słowo mogło spowodować represje: czy sięganie po narzędzia matematyczne w celu pokierowania ludzkim zachowaniem nie jest odczłowieczające? Czy polityka zakazująca ludziom posiadania upragnionego potomstwa nie stanowi pogwałcenia ludzkiej natury?
„Nie chciałem narzucać ludziom ostrych reguł” – mówi Jiang Zhenghua. – „Ale liczby, które zobaczyliśmy, głęboko nas zszokowały. Szacunki dostępnych zasobów, liczba ludzi. Wiedzieliśmy, jakiego cierpienia możemy się spodziewać”. Ściągając okulary, pociera oczy, człowiek, który pamięta lata klęski głodowej, jaka nastąpiła, gdy miał dwadzieścia kilka lat. „Chciałem, by Chiny stały się miejscem, gdzie wszyscy mogą dobrze żyć. Obniżenie poziomu płodności wydawało się najlepszym sposobem na osiągnięcie tego. Lepiej powodzi nam się teraz, gdy jest nas mniej. Jednak czeka nas jeszcze długa droga, zanim osiągniemy poziom optymalny, i dlatego ta przymusowa metoda była przez jakiś czas konieczna”.
Wizja kolejnych prawie pięciuset milionów Chińczyków potrzebujących pracy, wody, ryb, zbóż, a także urządzeń, samochodów i mieszkań, przeraża go. I choć wskaźnik płodności i tak prawdopodobnie obniżyłby się wraz z niesamowitą modernizacją Chin, podobnie jak w Europie Zachodniej, nie ulega wątpliwości, że nastąpiło to o wiele szybciej w wyniku wymuszonej przemiany. Jednakże, zastanawia się Gretchen, czy rząd wziął pod uwagę cierpienie, do jakiego przyczyniła się ta polityka? Późne aborcje wymuszane przez miejscowe władze ogarnięte obsesją realizowania limitów? Domy zrównane z ziemią i kary, ukrywanie dzieci przed niezapowiedzianymi inspekcjami kadr ds. planowania rodziny, zinstytucjonalizowane dawanie łapówek za ich wykupienie? I najgorsze ze wszystkiego, pozbywanie się noworodków płci żeńskiej (gendercide) poprzez topienie ich lub pozostawianie w lesie na śmierć, by rodzice pochodzenia chłopskiego mogli starać się o chłopca, który pomoże im w pracy na roli?
„Czy któryś z modeli to przewidział?”
Jiang nie odpowiada na to pytanie. „W rzeczywistości” – mówi – „dyskryminacja ze względu na płeć istniała w Chinach na długo przed wprowadzeniem polityki jednego dziecka”. Pomimo że zwyczaj wiązania kobiecych stóp zanikł już praktycznie do chwili powstania Chińskiej Republiki Ludowej, która go zabraniała, kuśtykanie kobiet miało zapobiec wykonywaniu przez nich męskich prac, czyli dosłownie miało je trzymać na miejscu. We współczesnych miejscach pracy sytuacja kobiet znacznie się poprawiła. „Liczba zatrudnionych kobiet, proporcja kobiet we władzach i liczba kobiet na stanowiskach urzędniczych – wszystko to wygląda o wiele lepiej niż w wielu krajach rozwiniętych. Jednakże obserwowana obecnie nierównowaga płci nadal wynika z preferowania jednej z nich”.
Nierównowaga płci, jaką ma na myśli, to średnio 118 noworodków płci męskiej przypadających na każde 100 dziewczynek. Naturalna proporcja urodzeń dla homines sapientes wynosi około 105 chłopców na 100 dziewczynek. Powody tej zachwianej proporcji w Chinach są doskonale znane; przedmiotem sporów, a być może i wypaczeń, jest względne znaczenie każdego z nich….
Jeśli zainteresowało Cię „Odliczanie”, kupisz tę książkę na stronie Wydawnictwa Sonia Draga. Polecam, Marcin Popkiewicz.









