ArtykulyPowiązania

Kurs na zderzenie – rozdział 16: Liczby urojone

The YouTube ID of Uv2uQ4RiZgA&feature=youtu.be is invalid.

Co będzie, jeśli prawdziwe okażą się oskarżenia wysuwane przez Kevina Philipsa w magazynie Harper’s, w którym zarzuca on amerykańskiemu rządowi świadome okłamywanie obywateli i zniekształcanie oficjalnych statystyk ekonomicznych mierzących kondycję amerykańskiej gospodarki?

Co by się stało, gdyby okazało się, że całe planowanie i proces decyzyjny na poziomie indywidualnym, korporacyjnym i rządowym bazowały na wprowadzających w błąd, o ile nie wręcz fałszywych danych?

Przyjrzymy się temu bliżej poprzez zbadanie metod pomiaru inflacji i PKB.

Jak teraz już wiesz, inflacja jest kwestią takiej czy innej polityki. Zbyt niski poziom inflacji grozi upadkiem obecnego systemu bankowego. Zbyt wysoki powoduje, że ludzie tracą swoje oszczędności, co prowadzi do niepokojów politycznych i społecznych. Utrzymywanie inflacji na optymalnym poziomie – nie za wysokim i nie za niskim – jest więc kluczową kwestią w tej grze.

Na inflację składają się dwa elementy. Pierwszym jest zwykła presja cenowa pojawiająca się, gdy w obiegu znajduje się zbyt wiele pieniędzy. Drugim są przyszłe oczekiwania względem poziomu inflacji. Mogą one zakładać, że będzie ona utrzymywana w ryzach. Z drugiej strony ludzie mogą oczekiwać, że inflacja będzie rosła, co powoduje, że starają się pozbyć gotówki, co z kolei nakręca spiralę inflacyjną. Im szybciej ludzie wydają, tym szybciej rośnie inflacja. Doskonałym współczesnym tego przykładem jest Zimbabwe.

Z tego powodu polityka inflacyjna ma dwie składowe – pierwszą jest kontrola podaży pieniądza, drugą kształtowanie oczekiwań inflacyjnych.

Jak dokładnie przebiega to kształtowanie oczekiwań? Z biegiem czasu powstało coś bardziej wyrafinowanego niż wmawianie Ci, że poziom inflacji jest nieco lub nawet znacznie niższy, niż faktycznie jest.

Szczegóły tego procesu są dość złożone, lecz zasługują na Twoją uwagę. Chcę wyraźnie zaznaczyć, że wykorzystywanych trików i propagandy nie można przypisać żadnej konkretnej administracji czy partii. Raczej rozwijały się one stopniowo podczas kolejnych rządów w ciągu ostatnich 40 lat.

Za Kennedy’ego, któremu nie podobała się wysoka stopa bezrobocia, opracowano nowy system pomiaru, w którym wyeliminowano ze statystyk tzw. „zniechęconych pracowników”, obniżając tym samym poziom bezrobocia w oficjalnych danych.

Johnson stworzył „zunifikowany budżet” którym do dziś się cieszymy, w którym nadwyżki z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wędrują do wspólnego budżetu, gdzie są wydawane, ale nie ujmuje się ich jako części deficytu, o którym czytasz na co dzień.

Richard Nixon pozostawił nam w spadku metodę pomiaru tzw. inflacji bazowej, w której pominięto ceny żywności i paliwa, co jak zauważył Barry Ritholtz, jest jak raportowanie inflacji po odjęciu inflacji,

a Bill Clinton podarował nam niezwykle zagmatwaną, statystyczną metodę pomiaru, która funkcjonuje do dziś jako oficjalny sposób mierzenia inflacji.

Każda nowo wprowadzana metoda nieodmiennie powodowała, że sytuacja sprawiała wrażenie lepszej, niż była ona w rzeczywistości. Aktywność gospodarcza wychodziła wyższa, inflacja wychodziła niższa (znacznie niższa), a bezrobocie spadało. Niestety, sumaryczny efekt tych operacji jest taki, że nasze pomiary nie odzwierciedlają już rzeczywistości. Wskutek tego sami się okłamujemy, a wszystkie te manipulacje wypaczają nasze decyzje i zagrażają naszej przyszłości gospodarczej.

Najpierw zacznijmy od inflacji, którą podaje Biuro Statystyk Pracowniczych w postaci Indeksu Cen Konsumenckich (Consumer Price Index lub CPI).

Gdybyś miał zmierzyć inflację, porównałbyś cenę koszyka dóbr w jednym i drugim roku, następnie podzieliłbyś je i obliczył wynik. I taka metoda była oficjalnym sposobem obliczania poziomu inflacji aż do wczesnych lat 80.

Jednak w 1996 roku Clinton wdrożył rekomendacje Komisji Boskin’a, w których przy pomiarze inflacji użyto trzech dziwacznych elementów: substytucji, ważenia i wskaźnika „hedonizmu”. Zaczynając od początku listy – nie mierzymy już po prostu, tak jak kiedyś, cen koszyka towarów i usług z roku na rok z uwagi na występujący tzw. efekt substytucji.

Dzięki Komisji Boskin’a, zakłada się teraz, że jeśli cena jakiegoś produktu rośnie, to ludzie przerzucą się na coś tańszego.

Powiedzmy, że kiedy cena łososia wzrośnie za bardzo, to zastępowany jest on czymś tańszym, np. hot-dogami. Za pomocą tej metodyki Biuro Statystyk Pracowniczych podało, że ceny żywności między 2007 a 2008 rokiem wzrosły o 4,1%.

Biuro Rolne podało natomiast, używając tradycyjnej metody pomiaru cen koszyka 30 podstawowych dóbr, że ceny żywności wzrosły w tym czasie o 11,3%. To jest ogromna różnica. W moim domu, ten drugi wskaźnik jest bliższy doświadczeniu.

Konsekwencją substytucji jest to, że inflacja nie mierzy teraz kosztów życia, ale koszty przeżycia.

Następny element „ważenie” sprawia, że produktom i usługom, których ceny rosną zbyt szybko, przypisuje się mniejsze wagi w koszyku dóbr, zakładając, że ludzie będą ich mniej kupować. Korzystając ze statystyk rządowych pochodzących z dwóch różnych źródeł, dowiemy się, że opieka medyczna stanowiąca 17% całości naszej gospodarki, w koszyku CPI ma przypisaną wagę jedynie 6%.

Ponieważ koszty opieki zdrowotnej gwałtownie rosną, przypisanie im mniejszej wagi skutkuje niższą mierzoną w ten sposób inflacją. Poprzez uwzględnienie prawdziwych kosztów samej tylko opieki medycznej, wskaźnik CPI wzrósłby o kilka procent.

Ale chyba najbardziej osobliwą zmianą jest „wskaźnik hedonizmu”, słowo pochodzące z Greki i oznaczające przyjemność. Ta poprawka miała uwzględniać poprawę jakości produktów, szczególnie taką, która dawała większą użyteczność i przyjemność jego posiadaczom, lecz została ona znacznie nadużyta.

A oto przykład. Tim LaFleur jest specjalistą od telewizorów pracującym w Biurze Statystyk Pracowniczych, które wylicza wskaźnik CPI.

Pewnie jego miejsce pracy wygląda tak.

W 2004 roku zauważył, że 27-calowy telewizor za 329,99 dolarów kosztuje tyle samo, co rok wcześniej, ale teraz wyposażony jest w lepszy ekran. Wziąwszy pod uwagę takie ulepszenie, obniżył on cenę o 135 dolarów, dochodząc do wniosku, że wyposażenie telewizora w lepszy ekran ma w gruncie rzeczy taki sam efekt, jakby cena telewizora spadła o 29%. Cena wykorzystywana w kalkulacji CPI nie jest rzeczywistą detaliczną ceną 329,99 dolarów, czyli taką, po której musiałbyś faktycznie kupić telewizor, lecz 195 dolarów. Bingo! Ceny telewizorów podawane przez Biuro są niższe, co powoduje spadek inflacji. Oczywiście w sklepie telewizory nadal kosztują 329,99 $.

Wskaźnik cen hedonistycznych jest biletem w jedną stronę.

Kiedy będę miał nowy telefon z nowymi przyciskami, Biuro stwierdzi że cena tego telefonu spadła. Ale jeśli czas życia tego telefonu to tylko 8 miesięcy, zamiast tak jak mojego starego telefonu 30 lat, to taka strata nie jest brana pod uwagę. W skrócie, indeksy cen hedonistycznych opierają się na nieprawdopodobnym założeniu, według którego jakoby każda nowa funkcjonalność jest korzystna i jest synonimem spadku cen.

Przez lata Biuro rozszerzało zestaw indeksów hedonistycznych i teraz stosuje je do wszystkiego – do DVD, samochodów, zmywarek, suszarek, zamrażalek a nawet podręczników szkolnych. Wpływ wskaźników hedonistycznych na całkowitą wielkość CPI ocenia się na 46%.

Co by się stało, gdybyśmy pozbyli się tych wszystkich statystycznych manipulacji i obliczyli inflację w taki sposób, w jaki robiliśmy to kiedyś? Na szczęście John Williams z shadowstats.com właśnie tak robi, żmudnie śledząc każdą statystyczną modyfikację i odwracając jej efekt.

John Williams doszedł do wniosku, że gdybyśmy liczyli inflację tak, jak to zwykliśmy czynić do lat 80.,

jej poziom bliższy byłby 13%, niż podawanych oficjalnie 5%. Jest to naprawdę olbrzymia różnica, która wyjaśnia wiele z tego, co się dzieje wokół nas. Wyjaśnia, dlaczego ludzie mniej oszczędzają, a muszą więcej pożyczać – ich rzeczywisty dochód jest bowiem znacznie niższy od tego, jaki jest oficjalnie podawany. Wyższa inflacja zgodna jest z obserwowanym słabszym rynkiem pracy i rosnącym poziomem zadłużenia. Pasuje ona lepiej do danych. Tak wiele rzeczy, które trudno było wytłumaczyć w scenariuszu niskiej inflacji, nagle zaczyna nabierać sensu.

Koszty społeczne tego samo-oszukiwania się są ogromne. Po pierwsze, gdyby inflacja liczona była tak jak kiedyś,

składki na Ubezpieczenia Społeczne, których wysokość liczona jest w oparciu o wskaźnik inflacji CPI, byłyby wyższe o 70%, niż są dzisiaj. Ponieważ Opieka Medyczna jest ściśle powiązana z CPI, szpitale mają coraz większe problemy z równoważeniem budżetu, co prowadzi do utraty dostępu do usług medycznych przez wiele grup społecznych. To są prawdziwe skutki.

Poza płaceniem mniejszej ilości pieniędzy na programy gwarantowanych świadczeń, politycy zyskują jeszcze jedna bardzo ważną rzecz.

Kondycję naszej gospodarki mierzymy za pomocą Produktu Krajowego Brutto (PKB). W teorii PKB jest sumą wartości wszystkich transakcji w obrębie naszego kraju w danym roku.

A oto przykład, jak daleko od rzeczywistości oddalił się pomiar PKB.

Dla 2003 podaje się liczbę 11 bilionów dolarów, czyli sumę wartość wszystkich transakcji.

Jednak faktycznie nic takiego nie miało miejsca.

Po pierwsze, te 11 bilionów zawierało 1,6 biliona, które nie miały odzwierciedlenia w żadnych rzeczywistych transakcjach.

Największą manipulacją przy podawaniu poziomu PKB było odnotowanie korzyści, jakie otrzymuje właściciel mieszkania z tytułu niepłacenia sobie czynszu, ponieważ gdyby nie był to jego dom, musiałby płacić czynsz. Rozumiesz to? Jeśli posiadasz dom, to rząd szacuje, ile musiałbyś płacić sobie czynszu, by móc mieszkać w takim domu i dodaje taką sumę do PKB.

Następną korzyścią uwzględnianą w PKB są konta bez opłat, udostępniane przez Twój bank, ponieważ gdyby nie to, musiałbyś za nie płacić. Wartość ta jest znowu zgadywana i dodawana do PKB. Ten i poprzedni zabieg dodają do PKB ponad bilion dolarów.

Co więcej, PKB ma wiele elementów, które mają podobną naturę do indeksu cen hedonistycznych. Przykładem są komputery, które przez to, że są coraz szybsze i sprawniejsze, przyczyniają się do wzrostu gospodarczego.

Kiedy więc sprzedano szybszy komputer za 1000 dolarów, w kalkulacji PKB odnotowano by sumę większą niż 1000 dolarów. Oczywiście te dodatkowe pieniądze są fikcyjne w tym sensie, że nigdy nie były częścią transakcji i nigdy nie istniały.

Co niesamowite, indeksy cen hedonistycznych przy kalkulacji inflacji służą do obniżenia cen komputerów, zaś przy kalkulacji PKB do ich zwiększania. Indeksy cen hedonistycznych wykorzystywane są więc do zawyżania lub obniżania cen – w zależności od tego, jak trzeba „poprawić” statystyki.

Zatem jak wielki był wpływ poprawek „hedonistycznych” w 2003 roku? Otóż wyniósł on około 2,3 bln dolarów. Zbierając to wszystko razem, okazuje się, że 3,9 bln dolarów to efekt różnych sztuczek. Stanowi to 35% naszego PKB i nigdy nie miało swego odzwierciedlenia w rzeczywistych transakcjach. Ilość pieniędzy reprezentujących te wirtualne transakcje została po prostu wymyślona i nigdy nie pojawiły się one na żadnym koncie bankowym, ani nie były częścią żadnej rzeczywistej transakcji.

Na marginesie, jeśli słyszysz, że mówi się, że poziom naszego długu do PKB jest nadal dość niski, albo, że „stosunek podatku dochodowego do PKB ma historycznie niski poziom”, to miej na uwadze, że ponieważ PKB jest sztucznie zawyżony, więc każdy współczynnik z PKB jako mianownikiem będzie z kolei sztucznie zaniżony.

A teraz powiążmy PKB z inflacją. PKB, o którym słyszysz, zawsze jest obliczany z uwzględnieniem poprawki na inflację i w takiej postaci ogłaszany. PKB sztucznie zawyżany przez inflację nazywany jest PKB nominalnym, po jej uwzględnieniu zaś rzeczywistym. Jest to istotny zabieg, gdyż PKB ma mierzyć rzeczywistą aktywność gospodarczą, a nie wpływ inflacji.

Jeśli przykładowo nasza cała gospodarka opierałaby się na produkcji takich lamp, i jeśli jednego roku wytworzylibyśmy jedną lampę, a następnego kolejną, wzrost naszego PKB byłby zerowy, ponieważ poziom produkcji byłby taki sam.

Sprzedając taką lampę w pierwszym roku za 100 dolarów, a w drugim za 110 dolarów moglibyśmy przez przypadek odnotować 10% wzrost PKB, nie uwzględniwszy wzrostu cen. Zatem rzeczywista wartość gospodarki wynosi 100 dolarów, podczas gdy jej wartość nominalna to 110 dolarów. Ale to, na czym nam naprawdę zależy, to wielkość rzeczywistej gospodarki, ponieważ mierzymy to, co faktycznie wyprodukowaliśmy.

Aha. Teraz znamy drugi poważny powód, dla którego rząd uwielbia obniżać poziom inflacji.

Ponieważ PKB podawany jest w ujęciu rzeczywistym. W trzecim kwartale 2007 roku zakomunikowano, że odnotowaliśmy zaskakująco wysoki wzrost PKB na poziomie 4,9%. W tym czasie wielu dumnych polityków oświadczało, że za tym wzrostem stoją cięcia w podatkach i tak dalej. Mniej znanym był fakt, że wzrost nominalnego PKB wyniósł 5,9%, a od niego odjęto nierealistycznie niską wartość inflacji równą 1% i w ten sposób uzyskano imponujący rezultat końcowy 4,9%!

Aby uwierzyć we wzrost gospodarczy równy 4,9%, musiałbyś najpierw uwierzyć, że inflacja wynosiła 1%, w czasie gdy ceny ropy dochodziły do 100 dolarów za baryłkę, a inflacja na całym świecie szybowała w górę.

Żebyś nie pomyślał sobie, że specjalnie tak wybrałem dane, prezentuję tutaj wykres tzw. deflatora PKB, który mierzy realny PKB odejmując od niego wpływ inflacji. Jak możesz zauważyć, przez 15 ostatnich kwartałów Biuro Analiz Ekonomicznych odejmowało coraz to niższy poziom inflacji, co kłóci się zarówno z jej wartością rzeczywistą, jak i zdrowym rozsądkiem. Pamiętaj, każde niedoszacowanie inflacji o 1% powoduje tym samym zawyżenie realnego PKB o 1%.

Chcę, żebyś miał to na uwadze, gdy usłyszysz, że nasza prężna gospodarka ciągle rośnie.

Jeśli natomiast poczynimy nasze własne wyliczenia poziomu inflacji lub posłużymy się jej wielkością oszacowaną przez Johna Williamsa, wtedy odkryjemy że „nasza prężna gospodarka” jest już od jakiegoś czasu w recesji.

Nagle wiele rzeczy, które trudno było zrozumieć zaczyna nabierać sensu.

Bankructwa, utrata pracy, rosnący deficyt budżetowy, spadek wpływów z tytułu podatków, spadek sprzedaży samochodów: wszystko to pasuje do recesji, a nie wzrostu.

Podobnym statystycznym sztuczkom podlega poziom dochodów, wskaźnik bezrobocia, ceny nieruchomości, wielkość deficytu budżetowego i praktycznie każde oficjalne dane ekonomiczne ogłaszane przez rząd. A każdy z tych wskaźników jest obarczony zniekształceniami przedstawiając – niczym nie usprawiedliwiony – upiększony obraz rzeczywistości.

Mamy do czynienia z kryzysem na rynku kredytowym, pękającą bańką i pierwszym pokoleniem z generacji „baby boomers” odchodzącym na emeryturę, zatem solidna i wiarygodna informacja jest nam niezbędna, aby wydobyć się z kryzysu.

Na koniec, przywołam raz jeszcze słowa Kevina Phillipsa: „nasz naród może prawdziwie żałować utraty historycznej perspektywy, nadmiernego ryzyka i zdrowego rozsądku.”

Dlatego powinieneś przejmować się czymś tak nudnym, jak sposób wyliczania wskaźników PKB i inflacji.

To wszystko jeśli chodzi o Liczby Urojone. Dołącz do mnie w następnej części dotyczącej Oil Peak i jego wpływu na przyszłość naszej gospodarki.

Następna część: Kurs na zderzenie – rozdział 17a: Peak Oil

Poprzednie części

Kurs na zderzenie – Wstęp

Kurs na zderzenie – rozdział 1: Trzy przekonania

Kurs na zderzenie – rozdział 2: Trzy E

Kurs na zderzenie – rozdział 3: Wzrost wykładniczy

Kurs na zderzenie – rozdział 4: Problemem jest procent składany

Kurs na zderzenie – rozdział 5: Wzrost kontra Dobrobyt

Kurs na zderzenie – rozdział 6: Czym jest pieniądz?

Kurs na zderzenie – rozdział 7: Tworzenie pieniądza

Kurs na zderzenie – rozdział 8: Rezerwa Federalna (FED)

Kurs na zderzenie – rozdział 9: : Krótka Historia Dolara

Kurs na zderzenie – rozdział 10: Inflacja

Kurs na zderzenie – rozdział 11: Ile to jest bilion?

Kurs na zderzenie – rozdział 12: Dług

Kurs na zderzenie – rozdział 13: Narodowa niezdolność do oszczędzania

Kurs na zderzenie – rozdział 14: Aktywa i demografia

Kurs na zderzenie – rozdział 15: Bańki

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly