Zmiany klimatyczne to podręcznikowy wręcz przykład dylematu etycznego. Brak konkretnych działań ograniczających emisję dwutlenku węgla sprawia, że obecne pokolenie przerzuca koszty swojego stylu życiu na swoje dzieci. Powstaje zatem pytanie: dlaczego ludzie w przyszłości mają ponosić konsekwencje naszej dzisiejszej nieodpowiedzialności?
Zazwyczaj najlepszym sposobem rozwiązania problemu jest uprzednie poznanie jego rzeczywistej przyczyny. Całkiem możliwe, że największym wyzwaniem przed jakim stoi dzisiaj ludzkość to zmiany klimatyczne. Jednak w tym przypadku problemem nie jest fakt, że nie jesteśmy świadomi nadciągających kłopotów. W końcu przecież podstawowa teoria naukowa, na którą ciągle powołują się międzynarodowe raporty, jest dobrze poznana oraz solidnie ugruntowana. Jednak sedno problemu wydaje się tkwić w naszej indolencji. Wygląda na to, że w najlepszym wypadku jesteśmy sparaliżowani, w najgorszym zaś obojętni. Mówiąc krótko okazuje się, że w ramach naszych wspaniałych instytucji, a także w naszym zagonionym życiu, po prostu nie ma miejsca na kwestię, która może być kluczowym wyzwaniem dla obecnego pokolenia.
Dlaczego? Moim zdaniem główną przyczyną problemu jest fakt, że ludzkość stoi wobec bezprecedensowego wyzwania etycznego, z którym nasze obecne instytucje nie są wstanie się zmierzyć.
Książka Sebastiana Jungera „Perfect Storm” opowiada historię łodzi rybackiej , która doświadczyła rzadkiej sytuacji, gdy na morzu jednocześnie pojawiają się trzy potężne sztormy. Podobnie globalny kryzys klimatyczny niesie ze sobą trzy wielkie wyzwania natury etycznej. Kryzys ma niewątpliwie charakter globalny, jest międzypokoleniowy i nadszedł w momencie, w którym nie mamy odpowiednio silnych instytucji, które wskazywałyby drogę, którą mamy podążać. Ignorowanie tego kryzysu prowadzi do niedoceniania wagi problemu klimatycznego oraz niezdolności dostrzeżenia jego szerszych implikacji.
Konwencjonalna wiedza traktuje zmiany klimatu jako problem globalny. Niezależnie od źródła, wszystkie emisje głównego gazu cieplarnianego jakim jest dwutlenek węgla ulegają wymieszaniu w atmosferze, wpływając na klimat w każdym miejscu na Ziemi. Zgodnie ze standardową analizą, sprawia to, że zmiany klimatyczne stają się podręcznikowym przykładem „tragedii wspólnego pastwiska” rozgrywanej przez poszczególne państwa, reprezentujące interesy swoich obywateli. Z jednej strony właściwie każdy opowiada się za racjonalnym korzystaniem z dobra wspólnego jakim jest pastwisko, jednak równocześnie każdy zaczyna dążyć do maksymalnego wykorzystania pastwiska, co w efekcie dla wszystkich kończy się tragicznie.
Mówi się, że zmiany klimatyczne powinniśmy traktować podobnie. Każdy z nas naturalnie preferuje scenariusz, w którym żadna z jednostek nie przekracza bezpiecznego progu emisji, zapobiegając tym samym groźnym zmianom klimatycznym. Jednak w praktyce prawie każdy z nas, indywidualnie, dąży do maksymalnej konsumpcji – efektem czego jest nad-konsumpcja zasobów w skali globalnej. W obu przypadkach dochodzimy do sytuacji, której następstw nikt tak naprawdę nie chce.
Tradycyjny model jest w najlepszym wypadku niekompletny. Po pierwsze, ignoruje on jeden z głównych aspektów problemu zmian klimatycznych. Mianowicie ci którzy są najmniej odpowiedzialni za przeszłe emisje, prawdopodobnie odczują je najboleśniej (przynajmniej w krótko- i średnioterminowej perspektywie). Przyczyna tego tkwi w dysproporcji położenia biedniejszych państw w najbardziej wrażliwych na skutki zmian klimatycznych regionach świata oraz w tym, że brakuje im odpowiednich środków dostępnych dla państw bogatszych, by tym następstwom sprostać.
Co ważniejsze, tradycyjne podejście ukrywa aspekt tymczasowości. Większość emisji pozostaje w atmosferze przez kilkaset lat, a część z nich utrzyma się w niej przez tysiące a nawet setki tysięcy lat. Oznacza to, że obecna generacja czerpie korzyści, przerzucając koszty swojego zachowania na przyszłe pokolenia.
Co gorsze wiele z tych korzyści jest raczej umiarkowanych (większe i mocniejsze samochody?), zaś przewidywane konsekwencje bardzo poważne, o ile nie katastrofalne (niszczycielskie fale upałów, susze, powodzie i plagi głodu). Na dodatek sytuacja taka powtarza się z pokolenia na pokolenie: Pojawia się ciągle ta sama pokusa, by dzisiejsze skądinąd umiarkowane korzyści uzyskać kosztem nawet wielkich problemów w przyszłości. Co najgorsze negatywne skutki mogą się kumulować, doprowadzając do swego rodzaju wyścigu międzypokoleniowego. Możliwe, że przyszłe generacje uznają, iż w obliczu katastrofalnych warunków środowiskowych mają prawo do większych emisji jako aktu samoobrony i swoistej sprawiedliwości, nawet zdając sobie sprawę, że takie postępowanie jeszcze pogorszy sytuacje ich następców. I tak w kółko.
Trzeci wymiar dylematu polega na niedoskonałości naszego aparatu teoretycznego w obszarach takich jak międzypokoleniowa etyka, globalna sprawiedliwość, niepewność naukowa oraz nasze relacje ze środowiskiem naturalnym. Problem nie leży w tym, że nie mamy żadnych wskazówek – kwestia odpowiedzialności pokoleniowej jak najbardziej mieści się w ramach podstawowej intuicji moralnej. Chodzi raczej o problem wyjścia poza tą podstawową intuicję, tak by poradzić sobie z bardziej szczegółowymi aspektami oraz fakt, że zbyt łatwo obraz zaciemniają nam inne teorie, które choć maja wiele zalet, to nie potrafią wystarczająco serio traktować kwestii przyszłości.
Na przykład niektórzy wpływowi ekonomiści twierdzą, że uzasadnione jest, by obecne pokolenie opóźniało działania zapobiegające zmianom klimatycznym, ponieważ ludzie w przyszłości będą bogatsi z uwagi na wzrost gospodarczy i będą mogli zapłacić za skutki tych zmian. Ale czy mamy prawo zakładać, że przyszłe pokolenia na pewno będą bogatsze, nawet w przypadku uprzedniego wyczerpania zasobów i katastrofy klimatycznej? A jeśli nawet, to dlaczego mają płacić za nasz bałagan?
Skrzyżowanie aspektów globalnych, międzypokoleniowych oraz niedoskonałości aparatu teoretycznego zagraża publicznemu dyskursowi. Przedstawiciele dzisiejszej generacji, szczególni ci bardziej zasobni, czerpią korzyści, przenosząc nieprzyjemne koszty na biednych, przyszłość oraz środowisko. Wytykanie tego faktu korzystającym obecnie z wygód (większość społeczeństw krajów uprzemysłowionych) jest jednak dla nich moralnie niekomfortowe. Lepiej ukryć go za zasłoną płytkich, lecz sprytnych i wygodnych argumentów wprowadzających w błąd opinię publiczną lub za parawanem rozwiązań, które w rzeczywistości nie ocierają się nawet o sedno problemu. Przecież w końcu większość ofiar nie pociągnie nas do odpowiedzialności, gdyż są na to zbyt biedne, jeszcze się nie narodziły lub po prostu nie są ludźmi.
Niestety w publicznej dyskusji istnieje całe mnóstwo niecnych trików. Jeśli istniejące instytucje są powołane do reprezentowania obecnego pokolenia – lub co gorsze politycznych i gospodarczych liderów tego pokolenia – to należy się spodziewać, że porozumienia będą odzwierciedlać taki stan rzeczy. W szczególności możemy oczekiwać serii dobrze wyglądających ba papierze propozycji rozwiązań kryzysu klimatycznego, które jednak w rzeczywistości niewiele robią, by na poważnie zmierzyć się ze źródłem problemu.
Spostrzeżenie to wydaje się być prawdziwe, gdy przyjrzymy się żałosnej historii międzynarodowej polityki klimatycznej. Droga z Rio do Kioto, Bali, Kopenhagi oraz Cancun pełna była kunktatorstwa, opóźniania działań, matactw oraz pustych obietnic. Na przykład w 1994 roku wszystkie główne kraje łącznie z USA zobowiązały się przestrzegać Ramowej Konwencji nt. Zmian Klimatycznych pod egidą ONZ, która obligowała sygnatariuszy do „chronienia systemu klimatycznego dla obecnych i przyszłych pokoleń”. Mimo tego, światowe emisje wzrosły od 1990 roku o 40% i o 17% w samym USA. Podobnie światowa społeczność publicznie zobowiązała się w 2009 roku w Kopenhadze do nie przekroczenia wzrostu temperatury o 2 stopnie. Pozostaje jednak pytanie: kto i co powinien robić w ramach strategii redukcji emisji poszczególnych państw, skoro ich obecny kształt nawet nie daje szansy by nie przekroczono owej granicy, a bardzo niewielu wierzy, że taki system uda się wdrożyć w życie. (Stany Zjednoczone do dziś nie przyjęły Protokołu z Kioto, przewidującego 17% redukcji emisji przez USA – i nie nie wskazuje, żeby miało się tu coś zmienić).
Niedawno widzieliśmy nagłówki „Porozumienie w Cancun pozostawia rozwiązanie trudnego problemu klimatycznego na następny szczyt w Durbanie” po którym ukazały się nagłówki „Porozumienie w Durbanie niemożliwe, twierdzą wysłannicy ONZ i Unii Europejskiej”. Biorąc pod uwagę globalny oraz międzypokoleniowy aspekt problemu, niezdecydowanie negocjatorów wydaje się aż nazbyt oczywiste, a z pewnością bardzo wygodne. W miarę jak sytuacja będzie się pogarszała, możemy oczekiwać, że dzisiejsze pokolenie będzie naciskało na wdrożenie jakiegoś szybkiego rozwiązania technologicznego, które na jakiś czas będzie powstrzymywało najgorsze skutki zmian klimatycznych, przynajmniej do momentu, aż aktualnie żyjący (i głosujący) naturalną koleją rzeczy nie odejdą z tego świata. Może przy tym również powoływać się na głębokie względy moralne, by określić taką ingerencję mianem wyższej konieczności lub mniejszego zła. (Niemożliwe? Patrz projekty geoinżynieryjne.)
Sprawy mają się źle. Jednakże tylko prawidłowo identyfikując dylematy moralne i nadając im namacalny kształt, jesteśmy w stanie dokonać postępu. Stoimy w obliczu globalnych i międzypokoleniowych wyzwań, na które nasze zaplecze teoretyczne oraz instytucje nie były przygotowane. Mając to na uwadze powinniśmy wyjść poza krótkoterminowe, ekonomiczne i geopolityczne ramy, które zdominowały dyskusję publiczną. Musimy w końcu zdać sobie sprawę z globalnej i międzypokoleniowej siły jaką dysponujemy oraz jak dorośli ludzie wziąć na siebie odpowiedzialność, a nie szukać fałszywego pocieszenia w wygodnej ignorancji. I nikt poza nami samymi nie powstrzyma nas przed wykorzystaniem tej siły. Dlatego też etyka stanowi centralny punkt odniesienia dla całej kwestii.
Tłumaczenie: Marcin Popkiewicz
Źródło: environment360








