Przywódcy wszystkich krajów UE zgodzili się, że powinniśmy
zredukować emisję CO2 do 2050 r. o 80-95 proc. względem 1990 roku. W
zeszłym roku Komisja Europejska przygotowała długoterminowy plan działań
zmierzający do redukcji emisji o 80-95% do 2050 roku, wytyczający najbardziej
efektywną i najtańszą ścieżkę osiągnięcia zamierzeń. Zgodnie planem w 2030 r.
redukcja wyniosłaby 40 proc., w 2040 r. – 60 proc., a w 2050 r. – 80 proc.
Jednak przejście do konkretnych działań może zostać sparaliżowane.
Jutro Polska jest gotowa zawetować plan. Stanowisko naszego rządu jest
jednoznaczne: „Zrobimy to, nawet jeśli nikt nas nie poprze. Polityka UE w tej
wersji jest dla Polski nie do przyjęcia”.
Nie stać nas na energooszczędne budownictwo, transport i
alternatywne źródła energii?
A stać nas na wysyłanie
do Rosji dziesiątek miliardów złotych rocznie na import ropy, gazu (i coraz
większych ilości węgla również)?

W miarę jak światowy popyt na energię rośnie, a łatwe złoża
się kończą, coraz więcej pieniędzy będziemy „puszczać z dymem”, a kapitał na
długoterminowe inwestycje energetyczne będzie coraz trudniej zmobilizować – im dłużej
zwlekamy, w tym trudniejszej będziemy sytuacji.
Plan Unii Europejskiej to najlepsza (jeśli nie jedyna i
ostatnia dla nas szansa) na wyrwanie się z zależności od paliw kopalnych.
Czy zmarnujemy je na własne życzenie, do tego wetując wspólne
europejskie ustalenia i antagonizując inne kraje?
Zamiast tego walczymy
o upadłego o warte 0,5 mld euro stare prawa do emisji CO2 (to
kwota nawet nie odpowiadająca polskiemu dwutygodniowemu importowi ropy i gazu z
Rosji).
Lobby węglowe ostrzega, że unijne działania mogą podnieść rachunki
za prąd nawet dwukrotnie. Wtedy zamiast 100 zł miesięcznie 4-osobowa rodzina
zapłaci 200 zł – w sumie w ciągu roku dołoży 1200 złotych. Dużo. Ale zaraz…
Przecież przy obecnych cenach ropy ta rodzina za import ropy i gazu z Rosji
płaci 8000 zł rocznie. Jak ich ceny wzrosną o kolejne 50%, to dorzuci do
rachunków nie 1200 złotych, ale 4000 złotych.
Tak czy inaczej – zapłacimy. Albo na naszych warunkach, planowo
ograniczając zużycie paliw kopalnych, rachunki za ich import, zależność od
Kremla i szkody środowiskowe, z pieniędzmi zasilającymi naszą gospodarkę. Albo
zmuszeni do tego przez coraz wyższy koszt zaspokajania naszego uzależnienia i coraz
gorszą sytuację finansową związaną z ucieczką pieniędzy za granicę.
Czy nasz rząd jest aż tak krótkowzroczny? Czy naprawdę musi
postępować, jakby był w kieszeni lobby węglowego lub Kremlowskich oligarchów?








