Adam Kryszkiewicz: Co zadecydowało o takim temacie wyprawy? Denerwowałeś się, patrząc na polskie marnotrawstwo śmieci?
Dominik Dobrowolski: Wciąż jestem bardzo zły na tych, co śmiecą, niszczą środowisko i psują Ziemię! Przychodzą mi do głowy wówczas zbyt radykalne rozwiązania w stylu karabin maszynowy lub humanitarna eutanazja. Aby te koszmary przegonić, wsiadłem na rower pierwszego lipca i w 49 dni pod hasłem „Cycling – Recycling” okrążyłem Bałtyk. Zmęczyłem się i mi przeszło.

To trochę pół żartem, na początek. W śmieciach „robię” od zawsze, w podstawówce w harcerstwie wymienialiśmy makulaturę na naszyjniki z rolek papieru toaletowego, organizowałem pierwszą we Wrocławiu akcję sprzątanie świata, zacząłem zbierać puszki, kiedy jeszcze ich nie było na rynku, to samo z bateriami i innymi odpadami. Nie mogę się nadziwić, że każdego roku na wysypiska wyrzucamy śmieci o wartości (ostrożnie licząc) 2 mld złotych, a jednocześnie mamy powiększającą się dziurę budżetową. Zachęcam do rozpoczynania sprzątania od swoich głów – tak jak kiedyś śpiewał Wojciech Młynarski.
Walczę z tym marnotrawstwem jak potrafię prywatnie w domu oraz społecznie poprzez moje publiczne ekologiczne akcje. I właśnie „Cycling-Recycling” było takim moim społecznym działaniem, w ramach którego chciałem nagłośnić z jednej strony potrzebę recyklingu, z drugiej zaś, że problemy ochrony środowiska nie mają granic. Bałtyk był tu doskonałym mianownikiem, to idealny przykład (ale smutny), jak potrafimy zaśmiecać swoje środowisko i jakie są tego konsekwencje, oraz przykład, że tylko współpracując razem, możemy rzeczywiście coś uratować.
Źródło: Cycling-Recycling
Cały wywiad: Gazeta.pl









