ArtykulyPowiązania

Tylko cisza

Wszędzie panowała cisza. Nigdy nie spotkałem się z taką ciszą, na żadnym z wcześniejszych rejsów.

Nie chodzi o to, że nie było żadnych dźwięków. Były. Wiatr szarpał żaglami i gwizdał na wantach, fale uderzały o kadłub. Były też inne dźwięki – głuche dźwięki, gdy pływające resztki uderzały i ocierały się o łódź. Brakowało za to głosów ptaków, które przy poprzednich podobnych podróżach towarzyszyły mojej łodzi.

Ptaków nie było, bo nie było też ryb.

Kiedy dokładnie 10 lat temu żeglowałem tą samą trasą z Australii do Japonii, wystarczyło, że wyrzuciłem za burtę linkę z przynętą, a zaraz łapała się dorodna ryba. Przez 28 dni żeglugi nie było ani jednego, podczas którego nie mielibyśmy dobrego posiłku ze świeżej ryby.

Tym razem przez całą drogę udało nam się w sumie złapać dwie ryby.

Nie było ptaków, nie było ryb. W ogóle nie było śladów życia.

Przez te wszystkie wcześniejsze lata żeglugi przywykłem do ptaków i ich głosów. Towarzyszyły łodzi, czasem przysiadały na maszcie, a potem znów wzlatywały w powietrze. Nad wodą widać było ich całe stada, kiedy krążyły łowiąc sardynki. Jednak w marcu i kwietniu tego roku, gdy płynęliśmy przez ocean, naszej łodzi towarzyszyły tylko cisza i samotność.

Na północ od równika, gdy minęliśmy Nową Gwineę, ujrzeliśmy statek rybacki łowiący na rafie koralowej. Był wielki. Kręcił się po rafie przez cały dzień, a potem niestrudzenie przez całą noc, rozjaśniając ją blaskiem swoich świateł. Nad ranem ruszyła z niego w naszym kierunku motorówka.

Malezyjscy rybacy zaproponowali nam pięć toreb pełnych ryb. To były dobre, dorodne ryby różnych gatunków. Powiedzieliśmy im, że nie damy rady zjeść tego wszystkiego. Była nas tylko dwójka, a nie mieliśmy nawet gdzie trzymać tego wszystkiego. Wzruszyli ramionami i powiedzieli, że zawsze możemy wyrzucić je za burtę. Dodali, że oni i tak zamierzali właśnie to zrobić.

Dlaczego mieliby wyrzucać dobre ryby? Powiedzieli, że to i tak tylko drobna część ich przyłowu – interesowały ich tylko tuńczyki, a cała reszta trafiała za burtę. Martwa, oczywiście. Pływali tak całymi dniami i nocami po rafie, wymiatając ją ze wszystkiego co żyło.

Zrobiło mi się niedobrze. To był tylko jeden statek, jeden z bardzo wielu, z których większość robiła to samo co ten.

Nic dziwnego, że morze było martwe. Nic dziwnego, że nie można było nic złowić na wędkę. Nie było już nic do złowienia.

Jeśli brzmi to ponuro, to dalej było jeszcze gorzej.

Następny odcinek naszego rejsu wiódł z Osaki do San Francisco. Do samotności dołączyły uczucie mdłości i strach.

Ocean był martwy. Nie widzieliśmy nic żywego. Prawie. Dostrzegliśmy jednego wieloryba, unoszącego się na falach, na głowie miał coś, co wyglądało na nowotwór. Zrobiło mi się od tego słabo.

W swoim życiu przepłynąłem po oceanie niezliczoną ilość mil i przywykłem do spotkań z żółwiami, delfinami, rekinami i stadami ptaków. Tym razem, przez 3000 mil nie było nic żywego.

Zamiast tego na oceanie napotkaliśmy wstrząsającą ilość unoszących się w wodzie śmieci.

Było ich tak wiele, a niektóre tak duże, że baliśmy się uruchamiać silnik. W wodzie unosiły się żółte boje, zwoje syntetycznej liny, sieci, niezliczone kawałki polistyrenu, wszystko przeplatane błyszczącymi plamami ropy.

W wodach w okolicy Hawajów woda była przejrzysta i widać było, co jest głębiej. Tam też unosiły się śmieci, różnych rozmiarów – od plastikowych butelek po napojach po kawałki rozmiaru samochodu. Widzieliśmy pływający komin z jakiegoś budynku, unoszony w wodzie przez przyczepiony do niego bojler. Widzieliśmy unoszący się na falach kontener.

Co jakiś czas słyszeliśmy hurgot czegoś uderzającego i trącego o kadłub. Baliśmy się, że zderzymy się z czymś na tyle dużym, że uszkodzi kadłub. Po rejsie stwierdziliśmy, że kadłub był wgnieciony i zadrapany w wielu miejscach.

Plastik był wszędzie. W wodzie unosiły się butelki, torebki i cały katalog jednorazowych rzeczy, od złamanych krzeseł do szufelek, zabawek i sztućców.

W wodzie było też coś jeszcze. Żółta farba kadłuba, w wodach niedaleko Japonii weszła z czymś w reakcję, tracąc swój połysk. Wcześniej przez całe lata doskonale znosiła morze i słońce.

Wciąż dochodzę do siebie po tym rejsie. Nie mogę uwierzyć w to, co widziałem. Oceaniczny ekosystem się rozpada, problem jest olbrzymi, a do tego odnoszę wrażenie, że żadna organizacja czy rząd nie są tym w ogóle zainteresowane.

Ivan Macfadyen

Zrobię, co będę w stanie. Będę lobbował u ministrów. Zaproponuję organizatorom regat oceanicznych, aby uczestniczące w nich jachty prowadziły monitoring śmieci i życia w oceanach. Będąc w Stanach Zjednoczonych zapytałem się czy nie można by wysłać floty, żeby oczyściła ocean. Odpowiedzieli, że następstwa dla środowiska związane z działaniem takiej floty i spalanego przez nią paliwa byłyby jeszcze gorsze, niż od tych śmieci.

Na podstawie Ivan Macfadyen, The Herald.

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly