W latach 60. centrum Kopenhagi wiecznie stało w korkach. Ale władze
miasta, zamiast zbudować nowe ulice, zaczęły ulice likwidować. Na
pierwszy ogień poszła Stroget (Prosta), główna arteria stolicy. W latach
50. w ramach eksperymentu zamknięto ją na parę dni przed Bożym
Narodzeniem; w 1962 r. stała się deptakiem. Wywołało to oburzenie,
burmistrzowi grożono nawet śmiercią.
„Nie jesteśmy
Włochami, potrzebujemy swoich samochodów.””To jest
dobre dla Europejczyków z Południa. Ale tutaj ludzie nie chcą się
wałęsać po ulicach.” – mówili wtedy mieszkańcy Kopenhagi.
Burmistrz nie przestraszył się gróźb i utrzymał
swoją decyzję. Wkrótce ulica Stroget stała się długim na 1800 m
deptakiem. Zaczęły się na niej pojawiać nowe sklepiki, kawiarenki, a w
nich turyści i spacerowicze. Ludziom się to spodobało, ulica zaczęła tętnić życiem, a biznes rozkwitł.
Do 1973 r. powstało blisko 50 tys. m kw. przestrzeni do spacerowania. W
kolejnych latach ulice dalej były zwężane, chodniki poszerzane, a
parkingi likwidowane. Co roku z Kopenhagi znikało 2-3 proc. miejsc
postojowych. Zamiast nich wyrastały skwery, place zabaw i parki, które
wspólnie z deptakami stworzyły 100 tys. m kw. przestrzeni do życia.
Ludzie powoli wracali na ulice, ale już nie po to, żeby zrobić zakupy.
Chcieli spotykać się ze znajomymi, posiedzieć w kafejce albo jak Włosi
wałęsać się po mieście.
Władzom Kopenhagi zależało nie tylko na tym, żeby ludzie siedzieli w
kawiarniach. Chciały też, żeby przestali jeździć samochodami.
Zaproponowały im metro, autobusy i rowery. Miasto zyskało lepszą sieć
połączeń, a ulice nową infrastrukturę – obok szerszych chodników
powstały ścieżki dla rowerzystów.
Aby poczuli się
bezpieczniej, ścieżki oddzielono od ulic krawężnikami, drzewami albo
miejscami parkingowymi – po jednej stronie zaparkowanych aut jeździły
rowery, a po drugiej samochody. Rowerzyści na skrzyżowaniach mieli
pierwszeństwo, zielone światło zapalało się im o kilka sekund wcześniej
niż kierowcom. Specjalnie dla nich powstały bezkolizyjne drogi, którymi
mogli przejechać całe miasto i ani razu się nie zatrzymać. Mieszkańcy
przedmieść, którzy najczęściej jeździli samochodami, mogli za darmo
przewieźć rowery podmiejskimi pociągami.
Efekt jest taki, że dzisiaj rowerami jeżdżą dzieci do szkoły, emeryci na uniwersytet trzeciego wieku i kobiety w ciąży.
Dzisiaj 37 proc. mieszkańców Kopenhagi wybiera rower, tylko 24 proc.
trzyma się samochodu. Duńscy naukowcy obliczyli, że ze względu na
wysokie koszty inwestycji drogowych i kwestie zdrowotne taki układ jest
bardziej opłacalny.
Dzisiaj aglomeracje konkurują ze sobą o turystów, inwestycje i
konferencje tak jak supermarkety o klientów. Decyzje inwestorów coraz
częściej zależą od ich atrakcyjności. Jeśli miasto ma opinię
zakorkowanego, zanieczyszczonego, szarego i pozbawionego drzew, nie jest
postrzegane jako atrakcyjne. Na atrakcyjność składają się parki,
ścieżki rowerowe i kafejki, a nie liczba samochodów.
Z tym ostatnim największy problem ma Moskwa. Codziennie na ulice
wyjeżdżają 4 mln aut. Co roku pojawia się 300 tys. nowych, a w 2011 r.
dwa razy tyle. Mimo że miasto oplatają trzy obwodnice (czwarta w
budowie), wszyscy stoją w korkach.
Władze rozważały różne możliwości: budowę parkingów typu park
& ride, buspasy, inteligentne światła, które zmieniałyby się w
zależności od sytuacji na drodze. Poważnie brany był pod uwagę pomysł
niemieckiego inżyniera Rolanda Lippa, który chciał stworzyć sieć dróg na dachach bloków i kamienic. Jego wielkim zwolennikiem był poprzedni mer Moskwy Jurij Łużkow, ale trzy lata temu został odwołany i projekt przepadł. Moskwa nadal stała.
Mieszkańcy mogli jeszcze liczyć na kataklizm, który zniszczyłby
niewydolne ulice i pozwolił zbudować je od nowa, albo na pomoc fachowca.
Władze Moskwy uznały, że będzie nim prof. Jan Gehl,który w ostatnim półwieczu pomagał
wyjść z podobnych opresji kilkunastu metropoliom na świecie, m.in.
Kopenhadze, Melbourne i Londynowi. Przez
cały 2012 rok jego ekipa opracowywała analizy sytuacji w stolicy i
chociaż wyniki nie są jeszcze znane, można się domyślać, że rządzący
Moskwą usłyszą to samo co inni: – Zamknijcie ulice.
Więcej Gazeta.pl








