O ile pamiętam, nigdy wcześniej nie użyłem w artykule tak radykalnego języka, ale teraz to zrobię: po raz pierwszy w życiu trafiłem na konferencję, na której musiałem walczyć, żeby nie wyrzygać mózgu uszami.
A mówię tu o Międzynarodowej Konferencji o zmianach klimatycznych, klimacie i energii, zorganizowanej 21.11 na Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego przez międzynarodówkę denialistyczną. Konferencję nawiedzili zarówno denialiści rodzimego chowu, jak geolog prof. Leszek Marks i lobbysta Energsys dr Bolesław Jankowski, a także sławy międzynarodowe, jak Marc Morano czy Niels-Axel Mörner.
W wielkiej sali w Auditorium Maximum UKSW zebrali się liczni słuchacze, oklaskujący wystąpienia zaproszonych gości. Po wstępie pani profesor z UKSW, w którym opowiedziała, jakie to sławy zjechały się na UKSW i o jak ważnych sprawach będą mówić, głos zabrali mówcy.
Znany w kręgach denialistycznych Marc Morano w wystąpieniu w bardzo ekspresyjnym wystąpieniu, w stylu kaznodziei demaskując spisek klimatologów. Stwierdził (t.j. wykrzyczał), że zmiana klimatu to spisek wąskiej grupy naukowców i polityków z ONZ, mających mroczną agendę zgarnięcia kasy na badania, kontroli społeczeństwa i ograniczenia wolności ludzi na świecie. Kilkukrotnie podkreślił, że wierzący w zmiany klimatu są jak ruch religijny, palący na stosach niewinnych ludzi (na slajdach były średniowieczne ryciny przedstawiające palenie czarownic), a tymi niewinnymi są zaprzeczający realności zmiany klimatu. Klimatolodzy z IPCC i innych „alarmistycznych” organizacji nie mają oczywiście pojęcia o nauce, patrzą tylko na CO2, a „pomijają Słońce, oceany, wulkany i całą resztę czynników”, nie zauważyli też w 2011 roku, że poziom oceanów przestał rosnąć. Kilkukrotnie powtórzył, że „ci wariaci wierzą, że mogą kontrolować pogodę.” Dodał, że na całe szczęście tylko niewielu naukowców głosi, że to ludzie powodują zmianę klimatu, ale jest wielu uczciwych badaczy, jak Lindzen, Pielke i obecni na sali, którzy dają odpór propagandzie alarmistów klimatycznych. Zebrał brawa od słuchaczy.
Następnie pojawiła się gwiazda polskiego denializmu – prof. geologii Leszek Marks, który poprowadził wykład o zmianach klimatu w skali geologicznej. Pomijając to, że wykład był bardzo chaotyczny, a slajdy były nieczytelne, nie kłamał nawet zbyt otwarcie, używając zamiast tego przemilczeń i drobnych manipulacji, żeby udowodnić, jak bardzo w historii zmieniał się klimatu i jak podczas tych zmian nie było korelacji między CO2 i temperaturą. Jako przykład podał zlodowacenie w Ordowiku, kiedy to w atmosferze było 4000 ppm, co jest jednym z mitów klimatycznych, wyjaśnionych na portalu NaukaOKlimacie.pl. Dyskutując spadek temperatury w Kenozoiku (ostatnie kilkadziesiąt milionów lat) rozwodził się długo nad zmianami prądów oceanicznych, ale o spadku koncentracji CO2 z poziomu 1000-1500 ppm do 200-300 ppm nawet się nie zająknął. Nikt nie zadał pytania, dlaczego w takim razie w Pliocenie, jakieś 3 mln lat temu, kiedy kontynenty były ułożone w zasadzie tak samo jak teraz, powierzchnia Ziemi była o średnio o 2°C cieplejsza, a poziom morza był wyższy o ponad 20 metrów. Zebrał brawa od słuchaczy.
Po nim wyszedł na scenę amerykański astronauta z Teksasu Walter Cunningham. Zaserwował kosmiczną litanię mitów klimatycznych. Słuchacze dowiedzieli się więc, że: klimat zmieniał się zawsze, stężenie CO2 nie wpływa na temperaturę, w Średniowieczu było cieplej niż obecnie, w cyklu epok lodowcowych najpierw rosła temperatura a dopiero potem stężenie CO2, modele klimatu nigdy nic poprawnie nie przewidziały, CO2 to tylko 0,036 gazów cieplarnianych (bo para wodna to 95%), nasze emisje to tylko 4% naturalnych, pogoda zmienia się w ramach naturalnej zmienności klimatu, nie ma powodu, by uważać, że obecne temperatury są idealne i to fantazja, że możemy mieć jakiś istotny wpływ na temperaturę. Absolutnie każde z powyższych stwierdzeń Cunninghama ma swój odnośnik na liście mitów portalu NaukaOKlimacie.pl. Jednym słowem, gość wygaduje nienaukowe brednie – i jak zwykle pozostaje pytanie, czy faktycznie nie ma o tym pojęcia, czy ma, ale świadomie ściemnia. Żeby było weselej, Cunningham zrobił projekcję, przypisując cechy denialistów naukowcom. Tak więc, wg Cunninghama „Wierzący w globalne ocieplenie nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów” i „nie wiedzą, że dane empiryczne to nie opinia, którą można mieć taką lub inną”. Zachęcił też, żeby nie wierzyć nikomu na słowo i sprawdzać samemu (wiedząc, że pewnie nikt tego nie zrobi). Zebrał brawa od słuchaczy.
Potem przyszła kolej na Nilsa-Axela Mörnera z wykładem o poziomie mórz. Słuchacze dowiedzieli się więc, że poziom morza nie podnosi się w ogóle (no, może troszeczkę, ale jest to absolutnie naturalna fluktuacja); a w ogóle to w wyniku rozszerzania termicznego wody nie może podnieść się o więcej niż kilka (no, kilkanaście) centymetrów. O wzroście poziomu morza z topnienia lądolodów Antarktydy i Grenlandii oraz lodowców górskich nawet się nie zająknął. Jak to możliwe, że zespoły naukowe określające wzrost poziomu morza za pomocą wodowskazów, altimetrów satelitarnych i pomiarów masy (misja GRACE) raportują wzrost poziomu morza? Jak powiedział Mörner, albo fałszują dane, albo popełniają szkolne błędy. A więc wodowskazy osiadają w dnie (przez co są zanurzone coraz głębiej, a woda sięga coraz wyżej), błędnie robione są korekty na ruchy izostatyczne i wypompowywanie wód gruntowych, satelity są zaś celowo źle skalibrowane. Zebrał brawa od słuchaczy.
Po tym wstępie teoretycznym, w którym jasno wykazano, że żadnej zmiany klimatu nie ma, a nawet jeśli jest to jest naturalna i nie godna naszej uwagi, a już na pewno zmieniania czegokolwiek w status quo, nastąpiła część gospodarcza, dezawuująca jakikolwiek sens odchodzenia od paliw kopalnych.
Michael Limburg rozpoczął od quizu ile w atmosferze jest CO2 (kto by się spodziewał, że mniej niż 0,4%, co oczywiście oznacza, że to zupełnie nieistotny gaz) oraz ironicznego ostrzeżenia, że wydychamy CO2 i trzeba uważać, żeby biurokraci nam tego nie zakazali. Po tym wstępie przedstawił niemiecką politykę energetyczną, ukierunkowaną na zmniejszenie zużycia paliw kopalnych i emisji CO2 o 80% do 2050 roku. Pokazał więc zdjęcia farm słonecznych i wiatrowych oraz elektrowni szczytowo-pompowych, uświadamiając słuchaczy ile to miejsca zajmują (w porównaniu z elektrownią atomową) i ile kosztują. Stwierdził, że przez to elektryczność staje się dla Niemców luksusem. Pokazał też zdjęcie ściany z pleśnią, mówiąc, że takie są efekty ocieplania budynków – jasno wykazując tym samym, że próby zmniejszenia zużycia energii z góry skazane są na niepowodzenie. Słuchacze dowiedzieli się też, że nawet jeśli Niemcy zrealizują swoje plany zredukowania zużycia paliw kopalnych o 80% (siedząc w zimnych i zapleśniałych domach bez prądu), to i tak wzrost średniej temperatury powierzchni Ziemi do 2050 roku będzie mniejszy jedynie o 0,004°C, bo inni w tym czasie będą przecież spalać ile wlezie. Osobiście nie wątpię, że takie same prezentacje denialiści prowadzą w Wielkiej Brytanii, Indiach, RPA, USA, Chinach i wszystkich innych krajach świata, za każdym razem pokazując, że „jeśli tylko ten kraj ograniczy emisje, to wzrost temperatury będzie mniejszy jedynie o ułamek stopnia”. A czy jest sens szukania alternatyw dla paliw kopalnych ze względu na bezpieczeństwo energetyczne? Absolutnie nie – odpowiada Limburg – przecież kiedy Europa stara się rozwijać odnawialne źródła energii, Amerykanie w tym samym czasie szczelinują i kopią piaski roponośne – no i proszę, gdzie są niższe ceny energii i konkurencyjne warunki dla energochłonnego przemysłu? Jak najszybciej zapomnijcie więc o źródłach odnawialnych! Zebrał brawa od słuchaczy.
Po tak przygotowanym gruncie wystąpił Bolesław Jankowski, lobbysta energetyczny z firmy Energsys, przedstawiając dobitny wywód pod wiele mówiącym tytułem „Katastrofa polityki klimatycznej i energetycznej Unii Europejskiej”. Słuchacze dowiedzieli się więc, że unijna polityka efektywności energetycznej i odchodzenia od paliw kopalnych to pomysł zupełnie idiotyczny i szkodliwy dla Polski, a szczególnie polskiego węgla i taniego prądu z tegoż. Powiedział też, że związane z wdrożeniem unijnej polityki naszkicowanej w „Mapie Drogowej” wydatki kosztowałyby nas 1,5% PKB, co by zabiło gospodarkę, a ceny energii wzrosłyby nawet o 50%. Wbił gwóźdź do trumny odnawialnych źródeł energii stwierdzając, że dopłaty do nich kosztują nas 5 mld rocznie – zapominając jednakże stwierdzić, że 40% tych dopłat idzie dla kotłów węglowych spalających biomasę, kolejne 25% do dawno zamortyzowanych dużych elektrowni wodnych (będących w posiadaniu tych samych koncernów energetycznych), a dalsze 25% w wielkie farmy wiatrowe (będące w posiadaniu tych samych koncernów energetycznych) – co oznacza pompowanie kasy do spółek energetycznych, a nie na innowacyjną energetykę obywatelską. Puenta była mocna i oczywista – taka sama zresztą, jak w wykładzie Limburga – należy zapomnieć o odnawialnych źródłach energii, nie marnować pieniędzy na efektywność energetyczną, o redukcji emisji nie wspominając, a działania unijne wetować, blokować, a jak się nie da, to wdrażać jak najpóźniej i pozornie. Zebrał brawa od słuchaczy.
Na myśl o tym, że pp. Jankowski czy Marks są uznawanymi w kręgach rządowych ekspertami i to ich opinie i ekspertyzy kształtują stanowisko rządu polskiego, mój mózg zmienił się w galaretę i odmówił dalszej współpracy. Śp. Kardynał Stefan Wyszyński, gdyby usłyszał, jak antynaukową, antyeuropejską, antypolską i promującą krótkowzroczny egoizm wąskich grup interesu konferencję firmuje uniwersytet jego imienia, w grobie by się przewrócił.
Wyszedłem, nie czekając na podsumowanie, podczas którego niewątpliwie usłyszałbym, przed jak strasznym błędem szukania alternatyw dla paliw kopalnych ostrzegli nas mówcy i jak gorącymi brawami należy im podziękować.








