Od wielu lat toczy się burzliwa międzynarodowa debata na temat potrzeby zbudowania sensownego modelu gospodarki spełniającego wymagania potrzeb ochrony środowiska. Od sporów na temat danych empirycznych po problem odpadów, dyskusje te napotykają na wiele przeszkód politycznych, finansowych i ideologicznych. Głównym pytaniem w tym kontekście nie jest to czy naturalne środowisko należy ochraniać, lecz czy dla osiągnięcia tego celu trzeba poświęcić wzrost gospodarczy.
Autor poniższego artykułu, Guy Shrubsole, (dyrektor brytyjskiego instytutu Public Interest Research Centre), napisał go z punktu widzenia gospodarki Wielkiej Brytanii. Niemniej zawarte w nim argumenty odnoszą się do całego świata.
Czterdzieści lat temu zespół naukowców z MIT oznajmił, że nasza cywilizacja ma problem: zbliżamy się do przepaści. „Granice wzrostu” – raport opublikowany w 1972 roku był pobudką dla społeczeństwa, które nie zdawało sobie sprawy ze skończonych zasobów Ziemi. Używając mocnych danych statystycznych i najnowocześniejszego w tamych czasach modelu komputerowego, raport rozpalił debatę, która trwa do dzisiaj: czy wzrost gospodarczy można pogodzić z ograniczeniami środowiska?
W tym roku politycy spotykają się na konferencji Rio+20, gdzie dyskusja na temat zielonej gospodarki znajduje się na szczycie porządku obrad. Ale o ile rządy nieugięcie twierdzą, że problemy można rozwiązać poprzez tzw. zielony wzrost, inni uważają, że to nonsens i oksymoron, a stan w którym będziemy mogli żyć w sposób zrównoważony i trwały można osiągnąć jedynie poprzez odejście od wiecznego wzrostu i zastąpienie go gospodarką zrównoważoną (z angielskiego: steady-state economy). Kto w tej dyskusji ma rację?
Ta analiza podsumowuje najlepsze argumenty i kontrargumenty obu stron. Ponieważ temat jest olbrzymi i skomplikowany, nie będzie to zestawienie wyczerpujące. Mamy jednak nadzieję, że zachęci czytelników do głębszego przemyślenia tego, co jest obecnie najbardziej fundamentalnym źródłem rozbieżności w poglądach na środowisko i nasze z nim relacje.
Zacznijmy od spojrzenia jeszcze raz na oryginalny scenariusz dyskutowany w Granicach Wzrostu – scenariusz, który w ciągu ubiegłych 40 lat był często karykaturowany. Przez pewien czas modne było wyśmiewanie raportu jako skrajnej prognozy ideologicznych ekstremistów. A przecież raport ten nigdy nie miał być przepowiednią. Były to po prostu ekstrapolacje – na podstawie historycznych danych i zestawu zmiennych – tego co mogłoby się zdarzyć. Scenariusz standardowy: „wszystko po staremu” (z angielskiego: business-as-usual) przewidywał, że rosnące zanieczyszczenie środowiska i wyczerpanie się zasobów po roku 2050 staną się dla cywilizacji przytłaczającym ciężarem. Rzeczywiście ten scenariusz był zatrważający, niemniej analiza naukowa z 2008 roku stwierdziła, że „30 lat danych historycznych całkiem dobrze zgadza się ze scenariuszem standardowym, który prowadzi do załamania światowych systemów gospodarczych w połowie XXI wieku”. Z drugiej strony, model z Granic Wzrostu ma poważne niedociągnięcia, na przykład brakuje w nim precyzyjnej definicji „zasobów” i „zanieczyszczeń”.
Dzisiaj nasze zrozumienie granic środowiskowych jest znacznie lepsze. Koncepcja planetarnych granic Johan’a Rockstrom’a identyfikuje 9 progów ekologicznych, których przekraczanie jest bardzo niebezpieczne – i z których 3 ludzkość już przekroczyła. Jeden z tych progów – globalne ocieplenie – było w 1972 roku tylko hipotetycznym zagrożeniem, ale teraz jest ono dobrze zdefiniowane i alarmujące.
Globalne ocieplenie: czy musimy zatrzymać wzrost?
Powody do alarmu są jasne. Scenariusz gwarantujący stabilizację do roku 2050 zawartości CO2 w atmosferze na poziomie 450 ppm jest ogromnym wyzwaniem. Bowiem przy wzroście światowej populacji w tempie 0,7% rocznie i przy 1,4% rocznym wzroście PKB, będzie on wymagać 7% redukcji emisji rocznie, czyli w tempie dziesięciokrotnie szybszym niż historycznie obserwowane w latach 1990-2010.
Na co niektórzy mówią: zapomnijmy o wzroście PKB, przynajmniej w krajach bogatych. Taki argument wysunął Andrew Simmons w artykule zatytułowanym „Wzrost jest niemożliwy” (Growth Isn’t Possible), lub bardzo wymownie przez Tima Jacksona w książce „Dobrobyt bez wzrostu” (Prosperity Without Growth). Ich stanowisko przypomina to reprezentowane przez grupę Granic Wzrostu, ale logicznie znacznie mocniejsze, bo oparte na twardych liczbach dopuszczalnego poziomu emisji i czasu potrzebnego do jego obniżenia.
Ale nawet całkowite zahamowanie wzrostu – na zawsze – w bogatych krajach, zredukowałoby wymagane tempo dekarbonizacji do wciąż przerażających 5,6% rocznie. Nikt przy tym nie propaguje zerowego wzrostu na całym świecie, bowiem – jak mówi Jackson – oznaczałoby to zastopowanie rozwoju większości światowej populacji. „Znaczna część wzrostu rozpaczliwie potrzebnego w wielu krajach rozwijających się jest natury materialnej.” (Rzeczywiście, Oxfam wprowadził udoskonalone pojęcie planetarnych granic, obejmujące tzw. granice socjalne, które gwarantują „bezpieczną i godziwą przestrzeń życiową dla ludzi”.) Innymi słowy, nawet jeśli wzrost krajów bogatych zatrzymałby się, bylibyśmy tak czy owak zmuszeni do olbrzymiego podwyższenia wydajności energetycznej i stworzenia źródeł energii odnawialnej.
Historyczne przykłady tak dużego tempa dekarbonizacji są niesamowicie rzadkie. Według Stern Review, zmniejszenie emisji w tempie powyżej 1% rocznie następowało jedynie podczas recesji gospodarczych lub rewolucji. Klimatolog Kevin Anderson zaproponował nawet „planowaną recesję” w celu obniżenia emisji węgla (ten pomysł, czemu trudno się dziwić, nie zdobył sobie dużej popularności w kręgach decydentów).
Outsourcingowanie problemu
Zwolennicy „zielonego wzrostu” nie mogą wskazać wielu pozytywnych przykładów praktycznych. Rok temu ekologiczny komentator Chris Goodall wywołał burzę sugerując, że Wielka Brytania osiągnęła „szczytu konsumpcji rzeczy”, mianowicie, że zdołaliśmy rozłączyć konsumpcję i wzrost gospodarczy. Nie jest to prawdą. Jak wykazała zlecona przez rząd analiza raportu, dane statystyczne użyte przez Goodalla nie były przekonywujące. Wielka Brytania nie osiągnęła też „szczytu emisji”. Na przekór oficjalnym statystykom, które notują zmniejszające się krajowe emisje gazów cieplarnianych, kiedy mierzymy emisje w odniesieniu do konsumpcji nasz ślad węglowy wciąż wzrasta. Jest tak, gdyż coraz więcej towarów produkuje się za granicą (gdzie liczone są emisje), a potem importowane do nas – i nie chcemy w ich cenę wliczać kosztów emisji. Wreszcie, nawet komisje rządowe (jak Energy and Climate Change Select Committee) akceptują realność granic wzrostu. Raport opublikowany w zeszłym miesiącu stwierdza, że „konsumpcja w Wielkiej Brytanii nie może rosnąć w nieskończoność”.
Proponenci zielonego wzrostu muszą odpowiedzieć na pewne niewygodne pytania. Pomimo obserwowanego w pewnym stopniu rozłączenia aktywności gospodarczej i emisji, wzrost konsumpcji znacznie przewyższył oszczędności ze wzrostu efektywności – jest to swoisty narodowy efekt rykoszetu (ang: rebound effect). Michael Jacobs, jeden z najbardziej elokwentych proponentów zielonego wzrostu sugeruje, że możemy utrzymać niski wzrost PKB na poziomie 1 do 2% rocznie, pod warunkiem że wzrost ten będzie skompensowany poprawą wydajności energetycznej i zmniejszeniem intensywności węglowej. Niestety historycznie tego nie obserwujemy. Podczas gdy w latach 1992 do 2007 średni roczny wzrost wynosił 2,86% rocznie, nasze emisje też wzrosły w tym samym czasie o 20-30%.
Zwolennicy zielonego wzrostu zmuszeni są opierać swoje nadzieje raczej na możliwościach teoretycznych, niż na praktycznych przykładach. Jednak proponenci zrównoważonej gospodarki też nie mogą zaoferować praktycznych przykładów i muszą polegać na okazjonalnych oświadczeniach klasycznych ekonomistów (jak JS Mill) lub na nielicznych modelach komputerowych (Herman Daly lub Peter Victor).
Byłoby naiwne zarzucanie modelowi zrównoważonej gospodarki braku odpowiedzi na wszystkie pytania. Ostatecznie, badania w tym kierunku cierpią na brak funduszy, są w dużej mierze ignorowane przez polityków i przez zwarte szeregi ortodoksyjnych ekonomistów, nie mówiąc już o potędze przemysłowego kapitalizmu. Nie możemy jednak z tych powodów pozwolić wyśliznąć się zwolennikom gospodarki zrównoważonej z odpowiedzi na pewne istotne pytania.
Na przykład, nie wystarczy wyjaśnić istnienie wzrostu gospodarczego tym, że wśród ekonomistów jest prawdziwym fetyszem, lub poprzez obsesję mierzenia wzrostu PKB przez rządy, a nawet przez nadmierną reklamę. Bez wątpienia wszystko to pobudza wzrost, czasem bardzo destrukcyjnie dla środowiska. Ale za wzrost jest też odpowiedzialna ciągła innowacja technologiczna, która z kolei podwyższa produktywność zmniejszając zapotrzebowanie na robociznę. Które społeczeństwa prosperują bez innowacji? Ale zmniejszenie wzrostu prowadzi do bezrobocia. Jest możliwe uniknięcie bezrobocia poprzez absorbowanie wzrostu produktywności przez skracanie czasu pracy. Ale jak daleko możemy zajść tą drogą? Jeśli w miarę postępów w produktywności skracalibyśmy czas pracy tak, aby uniknąć wzrostu, do roku 2050 pracowalibyśmy tylko jeden dzień tygodniowo. Brzmi to idyllicznie ale czy taka gospodarka będzie działać w praktyce?
Byłoby znacznie łatwiej dla wszystkich, gdyby zielony wzrost działał w praktyce. Jednak brak dowodów na to, że zielony wzrost jest nawet możliwy, legitymizuje potrzebę odpowiedzi na dogłębne pytania zadawane przez zwolenników gospodarki bezwzrostowej, nawet jeśli próby odpowiedzi na te pytania pozostawiają wiele do życzenia.
Teoria hybrydowa? Zmniejszanie marnotrawstwa
Przyglądając się tej 40-to letniej wojnie argumentów, nie uważam, żeby jedna lub druga strona – zielony wzrost vs. gospodarka zrównoważona – ten spór wygrywała. Historyczne dowody zielonego wzrostu są minimalne lub nieistniejące. Nie powinno to nikomu, nawet zwolennikom gospodarki bezwzrostowej, dać powodów do zadowolenia. Co więcej, nie możemy założyć, że przeszłość zdeterminuje przyszłość. Najbardziej pożądane byłoby, gdyby obie strony wzięły siebie nawzajem bardziej serio i postarały się połączyć najlepsze zalety obu podejść tworząc wspólny program działania.
Nasze dotychczasowe fiasko osiągnięcia zielonego wzrostu oznacza, z jednej strony potrzebę znacznie większych inwestycji w zielone technologie i robienie wszystkiego co w naszej mocy, aby rozłączyć emisje od wzrostu. Ale oznacza to także traktowanie bardziej serio żądania zwolenników gospodarki zrównoważonej o połącznie zmian technogicznych z reformami socjalnymi. Musimy obniżyć nasze zapotrzebowanie na energię, znaleźć sposób na przeciwdziałanie marnotrawstwu i zmienić kulturę nadmiernego konsumeryzmu.
Czterdzieści lat po tym kiedy nasza cywilizacja zaczęła przyznawać realność ekologicznych granic wzrostu, mamy teraz znacznie lepszą klarowność tych granic. Fundamentalnym pytaniem naszych czasów jest: czy znajdziemy sposób na ich pokonanie, czy też na rozwijanie się w ich obrębie? Nie możemy sobie jednak pozwolić na luksus czekania na znalezienie ostatecznej odpowiedzi na te pytania. Musimy działać jak najszybciej. Musimy skierować wszystkie dostępne środki w bardziej zielony wzrost i w ograniczenie jego najbardziej destrukcyjnych aspektów – zanim będzie za późno.
Tłumaczenie: Irek Zawadzki
Źródło: www.opendemocracy.net








