Każdego roku pracownik federalny, George Warholic, oblicza jak dużo rezerw węgla wciąż pozostało Ameryce. Robi to w ten sam sposób, w jaki przez dekady robili to jego poprzednicy: sprawdza, jaką wielkość oszacowano w zeszłym roku, odejmuje od niej wielkość narodowego wydobycia w danym roku i otrzymuje oficjalny bilans na rok przyszły.
Węgiel w 25 procentach pokrywa zapotrzebowanie Amerykanów na energię. Zgodnie z wyliczeniami federalnymi narodowe rezerwy wystarczą jeszcze na 240 lat. Wiara w te prawie nieograniczone rezerwy sprawiła, że USA obwołano „Węglową Arabią Saudyjską”. Obecnie w Stanach wydobywa się 1.1 miliarda ton węgla rocznie – więcej niż jakimkolwiek innym kraju na świecie, za wyjątkiem Chin.

Jednakże najnowsze wyliczenia wskazują, że dane o amerykańskich rezerwach węgla mogą być mocno przeszacowane.
Pomimo tego, że pod ziemią w USA prawdopodobnie znajduje się tyle węgla, ile obliczył pan Warholic oraz amerykański Urząd Informacji o Energii, to jednak tylko stosunkowo niewielka jego część może zostać opłacalnie wydobyta. Z analiz U.S. Geological Survey wynika, że zaledwie 6 procent z największych i najbardziej produktywnych krajowych złóż węgla, Gillette w Wyoming, może zostać opłacalnie wydobytych, i to przy założeniu cen wyższych od dzisiejszych.

Oczywiście nikt nie mówi, że USA stoją obecnie przed problemem niedoboru węgla. Problemem jest raczej brak zrównoważonego wydobycia oraz kreowanie fałszywego poczucia bezpieczeństwa.
To, co jest tylko kwestią liczb w urzędach, znacznie wyraźniej odczuwają właściciele kopalni. Koncerny wydobywcze donoszą, że muszą kopać coraz głębiej, by dostać się do węgla, zaś cennego surowca w wydobytej skale jest coraz mniej, co podnosi koszty wydobycia. Odbiorcy zaś obawiają się czy dostaną węgiel na czas, gdyż ostatniej jesieni były z tym problemy. Dla elektrowni węglowych, które pracują przez wiele lat bez przerwy, takie opóźnienia w dostawach mogą być zabójcze.

Pierwsze kopalnie węgla w USA pojawiły się na początku lat 40-tych XVIII wieku w stanie Wirginia. Sto lat później, na skutek rozwoju amerykańskich kolei, węgiel zaczęły wykorzystywać również parowce pływające po rzece Mississippi oraz wielkie piece hutnicze służące do wyrobu stali. Ze względu na ogromne zasoby węgla, zaczęto także wytwarzać z niego prąd. Do dzisiaj połowa prądu elektrycznego w USA pochodzi ze spalania węgla (więcej niż w większości innych krajów uprzemysłowionych – choć Polska, wytwarzająca z węgla 94 prądu, zdecydowanie wyprzedza USA w tym wątpliwie prestiżowym rankingu).

Rys. Górna część rysunku przedstawia obszary, z których wydobywa się węgiel. Na dole z lewej, diagram prezentuje udział poszczególnych źródeł energii, z których wytwarza się elektryczność, zaś po prawej jest porównanie całkowitej oszacowanej wartości wydobycia węgla dla różnych krajów.
Węgiel jest uważany za ostatni bastion bezpieczeństwa energetycznego USA. W roku 1979, gdy całe Stany pochłonięte były kryzysem naftowym, ówczesny prezydent Jimmy Carter, forsował projekty mające na celu stworzenie płynnego gazu z olbrzymich zasobów amerykańskiego węgla.
Na razie jednak, obawy związane z bezpieczeństwem dostaw zeszły na drugi plan, ponieważ chwilowo w kryzysie zmniejszył się popyt na węgiel. Recesja zredukowała zapotrzebowanie na węgiel dwóch głównych jego użytkowników: elektrowni oraz hut stali. Rozważane prawo ograniczające emisje gazów cieplarnianych mogłoby spowodować, że elektryczność generowana z węgla – jak dotąd najtańsze źródło energii – znacznie by podrożała. Jednakże, po ostatnich dużych odkryciach, Stany zostały prawie zalane przez czystszy przy spalaniu gaz ziemny, zachęcając odłożenia na półkę planów budowy elektrowni węglowych i inwestowania w budowę elektrowni gazowych.
Nie tylko Amerykanie zmieniają swoje szacunki ilości dostępnego węgla. W Niemczech, po likwidacji dopłat do wydobycia w roku 2004, okazało się, że 99 procent zasobów jest nieopłacalne w eksploatacji. Według opracowań niemieckiej niezależnej grupy, Energy Watch Group z roku 2005, ocena dostępności światowych zasobów węgla od roku 1980 zmalała o połowę.

Rys. Wydobycie węgla według regionów.
Na potrzeby złóż Gillette inżynierowie z U.S. Geological Survey przeprowadzili 3-letnie badania geologiczne i ekonomiczne. Z ich analiz wynika, że w złożach pozostały jeszcze ponad 182 miliardy ton węgla. Jednak ze względu na uwarunkowania geologiczne i przepisy środowiskowe, do wydobycia nadaje się zaledwie 70 miliardów ton. Obecnie, ze względu na niskie ceny węgla, opłaca się eksploatować tylko niewielką część tych złóż.
Często wielkość zapasów węgla jest mylona z wielkością jego zasobów. „Ludzie mylą dwa różne słowa na literę Z” – mówi Jim Luppens, kierownik projektu oceny rezerw węgla dla USGS. Jednak różnica jest ogromna. Według Luppensa to tak, jakby do zapasów jadalnego mięsa wliczać krew, kości i wnętrzności.
W roku 1907, gdy zaczęto obliczać wielkość zasobów węgla, USGS wyliczyło, że pod ziemią znajdują się 3000 miliardów ton węgla i że taka ilość, przy ówczesnym zużyciu, powinna wystarczyć ludziom na 5000 lat. Później, w latach 50-tych, ze względu na pojawianie się nowych danych oraz zmianę sposobu obliczeń, USGS wraz z Biurem Kopalnianym Stanów Zjednoczonych zmniejszyły swoje szacunki do 500 miliardów ton węgla.
Nawet George Warholic jest dosyć sceptyczny w stosunku do swoich wyliczeń. „To szaleństwo”, by przewidywać na jak długo wystarczą USA ich zapasy węgla. Według niego „może to być 110 lat lub 225 lat lub jakaś zupełnie inna liczba. Wszystko zależy od tego, jakie przyjmiemy założenia”.
Urząd Informacji o Energii, będący częścią Departamentu Energii, zamierza najszybciej, jak to będzie możliwe, uwzględnić dane dostarczone przez Geological Survey, przy ustalaniu nowej wielkości odniesienia, od której będzie się odejmowało roczne wydobycie węgla.
więcej w TheWallStreetJournal









