ArtykulyPowiązania

Wywiad z Zofią Prokop

Co myślisz o współczesnym świecie?

Myślę o nim z mieszaniną zachwytu, fascynacji i miłości, wściekłości, strachu, żałoby i wielkiej nadziei.

Zacznijmy od zachwytu.

Zachwyca mnie piękno i niepojęta złożoność świata, totalnie przerastająca nasze możliwości rozumienia. Newton pisał, że to, co wiemy, jest jak jedna kropla w oceanie naszej niewiedzy. Mimo że od jego czasów dowiedzieliśmy się bardzo dużo, zebrałyśmy więcej tych kropli, to te proporcje niewiele się zmieniły. Ocean pozostaje oceanem. W biologii widać to niezwykle wyraźnie. O tym, jak działa mój komputer, sama wiem dość niewiele, ale są ludzie, którzy wiedzą to ze wszystkimi szczegółami. Gdyby mi wystarczająco zależało, mogłabym je poznać. Siedząc w lesie czy na łące, wiem, że nikt na świecie nie rozumie tego wszystkiego, co się dookoła dzieje. Dzięki stuleciom badań mamy jakieś pojęcie o fragmentach tej układanki, ale całość pozostaje kompletnie poza naszym zasięgiem.

Stąd fascynacja?

Badania naukowe, czy też po prostu obserwowanie przyrody to nieustanna podróż na krawędzi tajemnicy, pobieranie kolejnych mikro-kropelek z tego ogromnego oceanu niezbadanego. Przecież to jest niesamowicie fascynujące! A już zupełnie niezwykła jest ta myśl, że jestem częścią tej tajemnicy, oczkiem w sieci, szczelnie połączonym z innymi fizyką, chemią i biologią. Kiedy o tym wszystkim myślę, albo kiedy niewiele myślę, tylko właśnie siedzę w lesie, na łące, na bagnie albo nad rzeką i gapię się na toczące się wokół życie, czuję takie… kojące poczucie przynależności. Jednocześnie często i nieuchronnie przychodzi rozpacz, żałoba, gniew i strach.

Strach o to, że wszystko co mamy, możemy zaprzepaścić?

Że to niszczymy, w przerażającym tempie i skali. Codziennie wychodząc z domu, widzę śmierć – wycięte drzewa, rozjechaną ziemię, martwe zwierzęta – a wiem, że w skali globalnej jest znacznie gorzej. Choć mam problem mówiąc „niszczymy”. To „my” należałoby zawsze ujmować w cudzysłów, bo jest bardzo mylące.

My, czyli kto w takim razie? Cała ludzkość?

No właśnie nie. Większość ludzkości w nikłym stopniu przyczynia się do klimatyczno-ekologicznej katastrofy, jednocześnie płacąc coraz większe jej koszty. Na przykład: prawie połowę nadmiarowego dwutlenku węgla obecnego w atmosferze Ziemi i niszczącego jej klimat, wyemitowały Stany Zjednoczone (25 proc.) i 28 krajów UE (łącznie 22 proc.). Łączna liczba ludzi w tych 29 krajach to około 840 milionów, 11 proc. ludzkości. Dla porównania – 700 milionów najbiedniejszych ludzi generuje tylko 0,5 proc. globalnych emisji CO2. Mówienie, że „ludzkość” niszczy planetę jest więc w dużej mierze obwinianiem ofiar. Jeśli już, to niszczymy ją „my” – mieszkanki i mieszkańcy bogatych części świata. Ale to mniejsze „my” też jest nieścisłe.

Dlaczego?

Bo jesteśmy trybikami niszczącej maszyny, którą jest system społeczno-ekonomiczny oparty na wzroście gospodarczym i kulcie pieniądza. Ten system powoduje, że w bogatych częściach świata żyjemy grubo ponad stan, na poziomie zużycia energii i zasobów niemożliwym do utrzymania na dłuższą metę. Czyli na kredyt, którego nie ma jak spłacić. Za ten kredyt wiele z nas płaci życiem w smogu, hałasie, pośpiechu, nieustannym ataku na nasze zmysły i umysły, niszczącym zdrowie i radość życia. Miliony ludzi rocznie płacą życiem – głównie w biedniejszych częściach świata, ale nie tylko. W Polsce, na przykład, zanieczyszczenie powietrza zabija co roku tysiące osób, a przy falach upałów w wielkich miastach śmiertelność rośnie o kilka osób dziennie. A jeśli szybko nie zatrzymamy tej maszyny, będzie coraz gorzej, coraz szybciej.

A co z nadzieją? Możemy o niej w ogóle mówić? Możemy ją mieć, skoro 20 grudnia za oknem jest 16 stopni?

Pomimo wszystkich trendów, które wydają się przeczyć wszelkiej nadziei, mam jej mnóstwo. Po pierwsze – coraz więcej osób budzi się, zaczyna buntować przeciwko tej roli trybików w planetarnej niszczarce, krok po kroku szukać sposobu na zmianę. Dużo czasu spędzam z ludźmi aktywnie działającymi na rzecz ochrony naszego wspólnego dobra – przyrody i więzi społecznych, jedno z drugim ściśle się wiąże. Po drugie, jakiś czas temu przeczytałam esej „Optimism of uncertainty” amerykańskiego historyka Howarda Zinna. To było odkrycie. Zinn porównuje życie do gry karcianej. Jej wynik jest niepewny, ale grając w nią, mamy szanse na wygraną. Jeśli odpuścimy, to tę szansę stracimy. Dlatego nie należy porzucać wysiłków. Przecież wszystkie czarne scenariusze też są niepewne – historia pokazała to nie raz. Ta niepewność, paradoksalnie może, daje nadzieję. A działanie daje radość i siłę.

Powiedziałaś kiedyś, że już nie mamy czasu, żeby nie protestować. Myślisz, że z tą walką i z nadzieją udaje się wyjść poza naukowo-aktywistyczną bańkę?

To się już dzieje. Siłą rzeczy jednym z efektów protestów jest to, że problem przestaje być niewidzialny, informacje o kryzysie przenikają do mediów, w których wcześniej prawie ich nie było. W 2019 roku po raz pierwszy w Polsce klimat był ważną częścią kampanii wyborczej. To wszystko się dzieje od roku z kawałkiem, czyli od kiedy zaczęły się intensyfikować protesty. Świadomość kryzysu sączy się powoli i nierówno, opory są duże. Trudno jest przyjąć do wiadomości to, jak bardzo jest źle, a tym bardziej to, że nasz styl życia niszczy nasze własne środowisko. i jest zbudowany na fikcji, a w rzeczywistości niemożliwy do utrzymania. Sama się z tym zmagam i wiem, jak silna bywa pokusa, żeby zatkać uszy, odwrócić oczy i zająć głowę czymś innym. Tym bardziej, że – jak mówi amerykańska aktywistka Julia Butterfly Hill – jesteśmy społeczeństwem nałogowców, uzależnionych od wygody, rozrywek, od unikania bólu i trudnych emocji. Nie jest to przypadek ani nasza wina – system, w którym wyrośliśmy, tak nas wytrenował, podsycając niektóre nasze naturalne tendencje, a usypiając inne. To temat na całą rozmowę, w każdym razie – jako biolożka nie jestem zaskoczona (choć bywam bardzo sfrustrowana) tym, że idzie to tak opornie. A jednak się sączy!

Dlaczego naukowczyni, zajmująca się inną dziedziną biologii, zaczęła się angażować w sprawy związane z klimatem?

Ochrona przyrody była mi bliska „od zawsze”, ale z różnych względów zawodowo zajęłam się biologią ewolucyjną i przez długie lata dłubałam swoje badania, wiedząc naprawdę niewiele o tym, co dzieje się ze środowiskiem. Można powiedzieć – spałam. Aż w 2016 zaczęła się tworzyć Nauka dla Przyrody. Czarne chmury zbierające się nad Puszczą Białowieską zmobilizowały kilka osób z Uniwersytetu Warszawskiego, żeby zacząć tworzyć międzyuczelnianą grupę działającą na rzecz ochrony przyrody. Koleżanka zaciągnęła mnie na spotkanie. O ochronie przyrody nie wiedziałam wtedy prawie nic, więc zaproponowałam, że będę sekretarką. I wsiąknęłam. Zaczął się zalew informacji, zgłębianie kolejnych tematów, stopniowo zaczęłam ogarniać kontekst globalny i skalę problemu. Nie było jednego konkretnego momentu, w którym uznałam, że kryzys jest kryzysem i trzeba coś z tym zrobić. To był proces.

A teraz zostałaś pełnomocniczką do spraw kryzysu klimatycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Tak, to jest nowe stanowisko, na razie jedynie na poziomie Wydziału Biologii.

Czym się zajmujesz?

Swoją rolę widzę przede wszystkim we współpracy i wsparciu dla ruchów oddolnych, które według mnie są główną nadzieją na uratowanie nas przed kompletną katastrofą. To nie jest tylko opinia – ruchy oddolne mają dobrze udokumentowaną skuteczność. Analiza historii takich ruchów działających w XX wieku, przeprowadzona m.in. przez prof. Ericę Chenoweth z Harvardu, pokazała, że aktywna i długotrwała mobilizacja minimum 3,5 proc. społeczeństwa zawsze zapewniała powodzenie, a część ruchów odnosiło sukces przy niższym poziomie zaangażowania. Jako badaczki i badacze mamy predyspozycje, żeby być dla ruchów oddolnych wsparciem merytorycznym. Wyszukiwanie i krytyczna analiza informacji jest codzienną częścią naszej pracy, więc nawet jeśli się w czymś nie specjalizujemy, łatwiej i szybciej ogarniemy temat niż wiele innych osób. Możemy i powinniśmy pomagać w tym innym.

To już się dzieje. A co się będzie działo?

Przede wszystkim chciałabym nakłonić do zaangażowania więcej kolegów i koleżanek. Poza tym zaczynam współpracę z KlimatUJ – ruchem oddolnym powstałym niedawno w obrębie UJ. Razem chcemy działać na rzecz niezbędnych, bardzo ważnych zmian w obrębie uczelni.

Widzisz siebie jako aktywistkę? Czy jako łącznik między nauką a aktywizmem?

Zdecydowanie jako aktywistkę. To jest teraz równie ważna część mojej tożsamości jak bycie naukowczynią.

Dobrze się czujesz w akcjach nieposłuszeństwa obywatelskiego?

Na razie brałam udział tylko w jednej, ale szybko dojrzewam do tego, by robić to częściej. Uważam, że są niezbędne. Biorąc pod uwagę skalę i tempo eskalacji kryzysu środowiskowego, nie widzę, jak moglibyśmy sobie bez nich poradzić. Inne próby zawiodły. Oczywiście obywatelskie nieposłuszeństwo, jak zresztą prawie każda strategia czy narzędzie, ma też skutki uboczne. Często spotyka się z oporem czy agresją – brytyjski publicysta George Monbiot napisał kiedyś, że w świecie, który oszalał, stawiający opór wytykani są jako szaleńcy. Ale z historii wynika, że bilans netto jest pozytywny. Co nie znaczy, że nie ma zapotrzebowania też na inne, łagodniejsze formy działania – one też są bardzo ważne, szczególnie w zakresie budowania społecznej świadomości problemów i rozwiązań.

Jest jeszcze o co walczyć w Krakowie? W końcu urzędnicy zgłosili miasto do tytułu Zielonej Stolicy Europy, uznając chyba, że wszystko jest tutaj modelowe.

Ta Zielona Stolica to jakiś czarny żart, śmiech przez łzy, jak puste półki w PRL-owskim sklepie podpisane „stoisko dnia” albo „władza dba o ludzi”. Osobom, które szczerze wspierają kandydaturę Krakowa, proponuję systematyczne pozwiedzanie go, z naprawdę otwartymi oczami. Odwiedzenie osiedli, gdzie na dużych przestrzeniach jedyna zieleń to kawałki wygolonego trawnika i nieliczne drzewka. Albo tych, które od wielu miesięcy lub lat są placami budowy, gdzie na co dzień żyje się w pyle, hałasie i wyziewach wielkich maszyn. Wizytę na Zakrzówku i obejrzenie skał pokrytych połaciami siatki – pomnikiem barbarzyństwa, jak pisze prof. Marek Zgórniak z Instytutu Historii Sztuki UJ. Ale też odwiedzenie miejsc, które jeszcze są zielone i piękne, ale miejskie plany przewidują ich rychłą zabudowę.

Władze miasta mówią, że to wszystko jest niezbędne. Że to jest właśnie rozwój.

Jak zauważył mój kolega z pracy, Bartek Zając: jeśli coś się rozrasta w sposób niekontrolowany, to nie jest rozwój, tylko rak. W punkt! Rak, rozrastając się, niszczy inne tkanki, a na koniec ginie wraz z organizmem, który zabija. W polityce władz Krakowa widać bardzo wyraźnie ten nowotworowy sposób myślenia o rozwoju. Jeśli zieleń, to zaplanowana i wzięta silną ręką pod kontrolę. I oczywiście tylko tam, gdzie nie przeszkadza w ważniejszych sprawach, bo przede wszystkim musimy mieć więcej budynków, dróg, inwestycji. Ceną jest zarastanie tkanek, duszenie miasta, niszczenie kolejnych, choć już nielicznych, przestrzeni dzikiej przyrody.

Który z krakowskich koszmarów najbardziej leży ci na sercu?

Trudno wybrać, tak jest tego dużo. Na górze mojej osobistej listy jest Zakrzówek, o którym już wspominałam. Niszczenie i siatkowanie skał to dopiero początek – ten piękny i dziki teren ma być przekształcony w miejski park z gęstą siecią alejek, oświetleniem i różnymi rozrywkami. Ucierpi przyroda, ale też my, okoliczni mieszkańcy i mieszkanki; zatłoczonych miejsc mamy wszędzie dookoła już nadto, za to przestrzeni, gdzie można względnie spokojnie pobyć z przyrodą – coraz mniej. Kolejną sprawą jest teren na Krzemionkach, gdzie wyrósł naturalny, dziki lasek.

A teraz ma powstać tam muzeum upamiętniające ofiary nazizmu.

Zauważ paradoks – w imię upamiętnienia ofiar zagłady robimy rzeczy, które mogą prowadzić do kolejnej zagłady: niszczymy przyrodę, od której zależy nasze przetrwanie. Zamiast następnej wycinki i budowy, można by stworzyć tam park pamięci, godzący uczczenie pomordowanych z uszanowaniem przyrody. Kolejny wielki ból to Trasa Łagiewnicka. Kraków jest niesamowicie zatłoczony samochodami, ale zamiast stawiać na komunikację publiczną, buduje kolejną autostradę przez miasto. Kosztem 1,3 miliarda złotych i 14 hektarów zniszczonej zieleni powstanie 3,5 kilometra wielkiej drogi przez gęsto zamieszkane osiedla. Potem mają powstać trasy Pychowicka i Zwierzyniecka, środowiskowo jeszcze koszmarniejsze w skutkach, za kolejne wielkie pieniądze, których jakoś ciągle brak na komunikację publiczną czy wykup terenów pod ochronę.

Trochę zataczamy w tej rozmowie koło, bo znowu chciałam cię zapytać o nadzieję. Jest jeszcze chociaż jej cień dla tej naszej Zielonej Stolicy?

O „Zielonej Stolicy” nie sposób mówić bez zażenowania, ale mimo gigantycznej skali zniszczeń, wciąż mamy w Krakowie wiele pięknych miejsc, których dewastację jeszcze możemy zatrzymać. Jest takie przysłowie: „niezależnie jak daleko zaszedłeś na złej drodze – zawróć.” Każdy moment na zatrzymanie tego szalonego pędu w „rozwoju” miasta jest lepszy niż następny.

Jak naprawić świat?

Jak najszybciej wyzerować emisje gazów cieplarnianych, zatrzymać niszczenie przyrody. Pozwolić i pomagać jej się odtworzyć tam, gdzie już została zniszczona. Czyli: zatrzymać wzrost planetarnego nowotworu i zacząć odtwarzać zniszczone tkanki. A także: wzmacniać więzi społeczne i odtwarzać te zerwane, porozumiewać się ponad podziałami, rozwijać bardziej współpracę niż rywalizację, żebyśmy nieuchronnie pogarszającym się warunkom środowiska stawiały czoła wspólnie, wspierając się nawzajem, zamiast zwrócić się przeciwko sobie, pogłębiając tragedię. Ale są też o konkretne rzeczy, które może zrobić każda i każdy z nas.

Co na przykład?

Przede wszystkim: nie odwracać oczu, poszerzać swoją wiedzę o kryzysie klimatyczno-ekologicznym.* Po drugie: przychodzić na protesty w obronie klimatu i przyrody. Po trzecie: szukać swojego sposobu na radzenie sobie z emocjami, które są nieuniknioną i adekwatną reakcją na to, co się dzieje, ale mogą być bardzo trudne do udźwignięcia. Można poszukać grupy wsparcia, wierzącym polecam modlitwę, mnie najbardziej pomaga kontakt z przyrodą, medytacja i działanie. Mam wymieniać dalej?

Pewnie. Po czwarte?

Szukać właściwej dla siebie formy działania. Na przykład działającego w okolicy ruchu oddolnego na rzecz klimatu, przyrody, sprawiedliwości społecznej. Wreszcie po piąte: poddać analizie swoje potrzeby. Żyjemy na kredyt, więc zapytajmy: czy wszystko, co chcemy mieć, jest nam naprawdę potrzebne? Z czego możemy zrezygnować? Zamiast jako o poświęceniu, warto myśleć o tym jako o poszerzaniu przestrzeni swojej wolności, wychodzeniu z nałogów. Ten detoks bywa trudny, ale w końcu okazuje się, że wiele rzeczy, które kiedyś wydawały się niezbędne, można odstawić nie tylko bez szkody, ale z zyskiem dla własnego poczucia szczęścia. Mówię to z własnego doświadczenia.

Źródło: SmogLab

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly