Wewnętrzne tarcia w Iraku odzwierciedlają napięcia całego Bliskiego Wschodu. Ten wrzący kocioł etnicznych i religijnych resentymentów znajduje się na skraju eksplozji. A to może się przełożyć na kryzys naftowy, jakiego nie zna historia.
W części pierwszej opisujemy obecną sytuację w Iraku oraz regionalne reperkusje konfliktu.
WOJNA DOMOWA W IRAKU – ZARZEWIE WIĘKSZEGO KONFLIKTU?
Organizacja terrorystyczna Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie („Islamic State of Iraq and Sham” – ISIS) zajęła szereg miast na północy Iraku i przemieszcza się na południe, w kierunku Bagdadu. Celem jest przejęcie kraju z rąk rządzącej frakcji Szyitów.
Co do białości rozgrzewa islamskich radykałów? By to zrozumieć, warto cofnąć się w czasie.
Irak – kolonizatorów kreski na mapie
Współczesny Irak nie jest naturalnym państwem. Granice nakreślili Brytyjczycy i Francuzi po I wojnie światowej, nie dbając o uwarunkowania etniczne i kulturowe. Niegdyś obszar ten, zwany Mezopotamią, rządzony był przez grupę królów i władców plemiennych, o zrównoważonych wpływach.

Rys. 1: Współczesny Irak na tle Mezopotamii. Źródło: Wikipedia.
Niewykluczone, że arbitralne granice nakreślono specjalnie – by osłabić więzi etniczne i religijne tubylczej ludności. Brytyjczycy, jako doświadczeni kolonialiści, wiedzieli, że upadłe państwa łatwiej kontrolować. Taktyka sprawdziła się m.in. w Indiach. Sprawdziła się i tu – na długie lata Irak znalazł się pod protektoratem Brytyjczyków, którzy w ten sposób zapewnili sobie dostęp do ropy.
Jak widać, polityka plądrowania i mieszania się w wewnętrzne sprawy regionu zaczęła się na długo przedtem, zanim George W. Bush rozpoczął I wojnę w Iraku. Niezależnie, czy „kreski na mapie” zwane Irakiem to wynik indolencji, czy świadoma taktyka – takie status quo nie zyskało akceptacji autochtonów. By odzwierciedlić naturalne podziały, Irak powinien rozpaść się na trzy autonomiczne regiony, rządzone przez Kurdów na północy, Sunnitów na zachodzie i Szyitów na południu. Sunnici i Szyici to dwa główne odłamy Islamu. Ponieważ strefy wpływów na Bliskim Wschodzie definiowane są przynależnością do jednego lub drugiego nurtu – Arabia Saudyjska popiera irackich Sunnitów, a Iran wspiera militarnie Szyitów w Bagdadzie i na południu kraju. Nikt jednak nie dba o Irak jako państwo.
Konflikt irakijski, czy bliskowschodni?
Z uwagi na to, że religijne sieci powiązań obejmują cały Bliski Wschód, wojna w Iraku z łatwością może przerodzić się konflikt regionalny. Sytuacja rozwinęła się błyskawicznie. ISIS – iracka odnoga Al.-Kaidy – zajmuje jedno sunnickie miasto za drugim, zmierzając na południe, w kierunku Bagdadu. Broń ukradziona przez dżihadystów z magazynów na północy Iraku może posłużyć do wzniecenia zamieszek w innych częściach regionu. Rebelianci przemieszczają się z łatwością między Syrią i Irakiem, podsycając konflikt w obu krajach.
Rząd w Bagdadzie poprosił o militarne wsparcie USA. Obama wysłał do Zatoki Perskiej lotniskowiec i dwa niszczyciele rakietowe. Amerykanie dopuszczają nawet możliwość wymiany informacji z Iranem, który tym razem znalazł się po tej samej stronie barykady.
Ironia polega na tym, że jeśli misja stłumienia rebelii Sunnitów zakończy się sukcesem, wzmocni to pozycję Iranu w regionie. Iran może pokusić się o trwałą rolę „protektora” Iraku.
Z Iranem, czy pomimo Iranu? To nie jedyna zagwozdka USA. Wspólnie z Arabią Saudyjską, CIA szkoliła i wyposażała w broń syryjskich rebeliantów, walczących przeciw reżimowi Bashara al-Assada. To ci ludzie prą teraz w kierunku Bagdadu. W razie konfrontacji, Amerykanie zmierzą się z własnymi „wychowankami”.
Dziwne Amerykanów sojusze
Radykalni Sunnici walczą o samodzielne, sunnickie państwo – to raczej prosta motywacja. Nie jest jednak jasne, dlaczego USA próbują ręcznie sterować reżimami w różnych punktach Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Jak USA może jednocześnie zbroić sunnickich rebeliantów w Syrii i popierać obecnego prezydenta Iraku al-Maliki – brutalnego szyickiego radykała, który budował potęgę Szyitów kosztem Sunnitów? Po co wspierać obie strony konfliktu; chyba, że celem jest krwawy, przedłużający się pat? Ale to też nie ma sensu – destabilizacja sytuacji zagraża nie tylko przejęcia władzy przez wrogie USA siły, ale też wydobyciu i eksportowi ropy z regionu.
Wygląda na to, że Stany Zjednoczone nie mają sensownego pomysłu na swoją obecność w regionie. Albo mają jakiś doskonały, machiaweliczny plan, albo działają nieudolnie i na oślep. Ot, kolejna interwencja, wzniecająca kolejną falę przemocy.
Nie było przecież szans, że Irak będzie stabilnym państwem, po tym, jak Amerykanie zniszczyli kraj i pozostawili go bez działającego aparatu władzy; w regionie, gdzie od 14 wieków pielęgnuje się podziały – na nieurodzajnej ziemi, bogatej tylko (wciąż jeszcze) w ropę.
Napięcia na Bliskim Wschodzie nie są przecież wynikiem jakiejś pierwotnej skłonności do przemocy. „Radykalni bojownicy” i „islamscy terroryści” to w istocie „ludzie bez dostępu do zasobów naturalnych, którzy sądzą, że nie pozostało im nic oprócz przemocy”. Ludzie żyjący w dobrobycie nie uciekają się do tak drastycznych środków.
W części drugiej przeanalizujemy, czy iracka wojna domowa może doprowadzić do załamania dostaw ropy i wielkiego kryzysu naftowego.
Marta Śmigrowska, Marcin Popkiewicz na podst. PeakProsperity.com, PeakOilBarrel.com i in.








