ArtykulyNegocjacje klimatyczne

Wiarygodność polityki energetycznej i klimatycznej w Polsce sięga dna

W środku klimatycznych szczytów UE w Brukseli i ONZ w Kopenhadze i w ramach wykonywanych tam szpagatów politycznych rządu, pojawił się (dobrze medialnie i politycznie i jak rozumiem świadomie wybrany moment) raport firmy McKinsey „Ocena potencjału redukcji emisji gazów cieplarnianych w Polsce do roku 2030”. Inny bardziej medialny tytuł to „Czy mniej to lepiej – dylematy klimatyczne”. Widać że chodzi o dotarcie z przesłaniem politycznym do tzw. opinii publicznej w Polsce i pewnie dlatego w prezentacji i upowszechnieniu wyników raportu wziął udział osobiście Pan Premier Pawlak. Oficjalna wersja tytułu raportu pewnie bardziej pasuje do używania go jako argumentu w rozmowach rządu na forum UE i ew. ONZ i to zapewne robił Premier Tusk na salonach Europy. Argument ten mieści się w obecnej linii polityki rządu, sprowadzającej się do obrony tezy, że Polska jest teoretycznie za redukcją emisji gazów cieplarnianych – jeżeli UE zapłaci za Polskę, bo ta jest na dorobku i nie stać jej na takie „fanaberie” jak ochrona klimatu. Polska za to chętnie skorzysta z funduszy strukturalnych i spójności, bo są one nam zwyczajnie potrzebne.

McKinsey&Co

„Raport McKinsey” dobrze potwierdza tę tezę; aby wdrożyć politykę klimatyczną UE do 2030 roku, Polska musi wydać 92 mld Euro, czyli ok. 1% PKB. News bardzo medialny, który podchwyciła większość mediów krajowych i często przedstawiła jako przejaw nie tyle gorączki klimatycznej, ale fizjologicznej tzw. „ekoterrorystów”. Wiem, że wg tego schematu działają media, bo już gdy prawie 2 lata temu, w bardzo uproszczony sposób wyliczyłem że koszt osiągnięcia przez Polskę 15% energii z OZE w 2020 r. to 60 mld zł (1/6 tego co obecnie wyliczyło McKinsey do 2030 dla całej, zgodnej z UE polityki klimatycznej) to media od razu uznały to w całości za „koszt” a nie zwykłą i bezpieczną inwestycję i okazję dla Polski i przedsiębiorców do zarobienia pieniędzy i prawdopodobnie obniżenia kosztów zaopatrzenia w energię z wysokoemisyjnych źródeł. Gwoli ścisłości dodam, że McKinsey i tak oceniło te koszty niżej, niż w innym raporcie sprzed roku, tzw. „Raportu 2030” który wykorzystany był z kolei także jako oręż do walczenia w grudniu ub. roku na poprzednim szczycie klimatycznym UE w Brukseli i ONZ w Poznaniu. Autorzy „Raportu 2030” (omawiany był – nie powiem że chwaliłem- na odnawialnym) ocenili koszty wdrażania polityk klimatycznej do 2030 r. na ponad 124 mld Euro, czyli McKinsey i tak było dla polityki klimatycznej bardzo łaskawe …).
Przejrzawszy tylko podsumowanie raportu McKinsey (tak się spieszono z prezentacją ewidentnie „politycznych” wniosków, że na pełny raport trzeba jeszcze kilka tygodni poczekać), zwróciłem uwagę na kilka wątpliwych, a nawet paru moim zdaniem błędnych wyników, lub ich najprawdopodobniej (nie znalazłem w opracowaniu innego uzasadnienia) nazbyt „politycznie” motywowanych interpretacji. Do takich zaliczyć można np. zaniżanie możliwości redukcji emisji do 2020 r. (dalej jest lepiej), naciągane poparcie dla energetyki jądrowej oraz rolnictwa jako źródła redukcji emisji CO2 (to ciekawe, ale bardzo wątpliwe przy obecnej polityce na rzecz biopaliw), a także już tradycyjne w Polsce dyskryminowanie energetyki wiatrowej i słonecznej.

Dalej nie będę jednak tych wstępnych zastrzeżeń merytorycznych rozwijał, poczekam na pełny raport. Skupię się raczej na jego politycznym i społecznym kontekście, także w zestawieniu w przywołanym wcześniej „Raportem 2030” i w kontekście szczytu w Kopenhadze.

Oba raporty mają ze sobą wiele wspólnego, np.:
• Pojawiają się w kluczowych momentach negocjacji klimatycznych
• Są konserwatywne w założeniach (niechęć do jakichkolwiek zmian i tkwienie w przeszłości) i w swoich wnioskach pozbawione szerszej wizji rozwoju społecznego i cywilizacyjnego
• Bez szerszej analizy skutków zaniechania działań (tu raport McKinsey jednak bardziej niż „Raport 2030” odradza nadmierne zwlekanie) stwierdzają że polityka klimatyczna UE to dla Polski (gospodarki i obywateli) koszt nie do udźwignięcia
• Przygotowywane są za pieniądze (pod dyktando?) koncernów energetycznych pod patronatem i we współpracy z Ministerstwem Gospodarki, bez konsultacji np. sektorem OZE
• „Udowadniają” tezę, że odnawialne źródła energii to najdroższa opcja redukcji emisji CO2 do 2030r.
• Są natychmiast wykorzystane medialnie do wsparcia bieżącej polityki wewnętrznej i zewnętrznej; dodam, że polityki wewnętrznej prowadzonej pod wpływem „słupków wzrostu poparcia obywateli” i chęci zadowolenia wielkiego przemysłu, ubiegającego się o ochronę (przed UE) ale i wsparcie (za środki UE). Polityka zewnętrzna jest z kolei prowadzona pod kątem wyrwania z UE/ONZ jak najwięcej, a dania jak najmniej.

Ktoś powie, że przynajmniej ten ostatni zarzut to nie „zarzut” tylko pochwała racjonalności działania rządu i jego przebiegłości. Moim zdaniem jest to rodzaj cynizmu, mieszania ludziom i firmom w głowach i wyraz krótkowzroczności wspartej brakiem wiedzy oraz braku chęci uczenia się. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że pierwszy szerszy raport o możliwościach i kosztach redukcji CO2 pojawia się prawie 3 lata po politycznym przyjęciu przez Prezydenta Kaczyńskiego pakietu klimatycznego UE 3 x 20% (8 marca ‘2007), a nie np. rok przed tym faktem (aby decyzja polityczna podjęta była świadomie, na podstawie szerszej analizy)? Jak wytłumaczyć, że znowu (powstający za wiedzą i pełną akceptacją rządu) nie jest to raport zamówiony i opłacony przez rząd RP, lecz przez koncerny energetyczne mające bezpośredni interes w utrwalaniu status quo.

Zastanawia brak spójności i stopniowa utrata wiarygodności działania rządu na forum międzynarodowym, a w szczególności w negocjacjach wewnątrz UE. Najpierw rząd nie zgadza się (jest w zdecydowanej mniejszości) na podwyższenie w Kopenhadze celu redukcji emisji do 2020 roku z 20 do 30%. Potem deklaruje pomoc do 2020 w ramach UE dla krajów rozwijających się w walce ze zmianami klimatu na poziomie … 40 – 60 milionów Euro. Biorąc pod uwagę to, co emitujemy, 1 mld Euro byłoby kwotą trudną do przyjęcia, ale sprawiedliwą. Samej pomocy z Unii Europejskiej w okresie 2007-2014 dostajemy 64 mld euro, do tego jeszcze kilkanaście miliardów euro wcześniej, co stanowi tylko ok. 10% (!) tego co Polska ma zarobić na sprzedaży nadwyżek jednostek redukcji emisji CO2 do 2012 roku w ramach Protokołu z Kioto. To wręcz hipokryzja, gdy zaraz potem Premier Tusk (pod presją krytyki krajowych i zagranicznych organizacji społecznych) mówi, że Polska jest gotowa uczestniczyć w projekcie redukcji emisji CO2 o 30 proc., ale – jak zastrzegł – strona polska będzie ten projekt dostosowywać do realnych możliwości naszego kraju. Pomijając dużą amplitudę i częstotliwość zmian poglądów i brak wiarygodności w tych stwierdzeniach i deklaracjach, każdy zauważy, że taki emitent zanieczyszczeń jak Polska ma znacznie większe i tańsze możliwości redukcji emisji niż każdy inny „czysty” kraj w UE i że inne kraje płacą i płacić mają znacząco więcej. Nie można być wiecznie „za a nawet przeciw”, wysyłać sprzeczne sygnały, dezorientować otoczenie, bo w pewnym zakresie państwa są jak ludzie i przestają poważnie traktować takich niewiarygodnych partnerów.

Jak to wszystko zwane „negocjacjami” (szpagaty polityczne, kluczenie, zamazywania prawdy) i „sukcesami” wpływa na obywateli, a w szczególności na ich postawy? Wiedząc o realności globalnego ocieplenia każdy normalny rząd powinien przygotowywać obywateli do akceptacji polityki klimatycznej i szukania w niej szansy, a nie do samobójczego zniechęcania do jej prowadzenia i udawania, że problemu nie będzie, jak nie my tylko ktoś inny (???) zapłaci i jak np. będziemy ograniczać rozwój „kosztownych” coraz tańszych OZE (kosztem coraz droższych technologii schyłkowych). Przysłowiowe „udawanie Kalego”, jest o tyle zastanawiające, że społeczeństwo wykazuje w badaniach dużą dozę zrozumienia dla aktywnej polityki klimatycznej i właśnie dla OZE. Podejście rządu w tym zakresie odbiega od zwykłych zasad racjonalnego działania, bo nawet jeżeli koncerny energetyczne będą wspierały komitety wyborcze, to jednak o wynikach wyborów zdecydują wyborcy, nawet jak będą dalej ogłupiani. Przecież widać jak na dłoni, że w dobie światowej polityki klimatycznej i opłat za emisję, forsowanie przez rząd budowy 16 GW mocy węglowych i mówienie jednoczesne, że OZE jest drogie, to zwykły cynizm obliczony na kilkaset tysięcy głosów ze Śląska, faktycznie kosztem Śląska i całego kraju. To wręcz obraża obywateli.

Wiem, że przejście na nowy sposób myślenia nie jest proste. Bez uczciwego wyjaśnienia problemu i odwołania się do obywateli nie jest możliwy do jednoznacznego rozstrzygnięcia dylemat, na ile mamy korzystać z życia dzisiaj kosztem już najbliższego jutra (tu nawet nie chodzi już o nasze dzieci, ale o nas samych). Na świecie ekonomiści patrzą na ten problem już od dawna znacznie szerzej niż w Polsce i w ocenie kosztów walki z globalnym ociepleniem używają znacznie niższych stop dyskonta (odzwierciedlającej, jak bardzo zamierzamy żyć kosztem naszych dzieci) niż my. Autorzy „Raportu 2030” użyli stopy 10%, McKinsey użył stopy 4-8% (stąd pewnie nieco „mniejsze” koszty). Jednak ekonomiści formatu prof. Nicholasa Stern, tzw. „utylitarianie” używają do celów analiz klimatycznych stopy dyskonta równej 1,4 % (nie tak dawno omawiałem na odnawialnym bardzo ciekawy artykuł na ten temat Johna Brooma w „Science”).

Wiem też, że rozłożenie pomiędzy kraje kosztów walki ze zmianami klimatu to problem nie tylko światowy czy europejski, ale też problem polityki wewnętrznej. Ale takiej jak dotychczas polityki Polska nie może kontynuować i myśleć, że dalej corocznie, jako ludzkość możemy pompować w atmosferę kilkadziesiąt miliardów ton zanieczyszczeń i uważać, że nikt tego nie zauważy i że to wszystko będzie za darmo (albo że ktoś inny zapłaci?), że natura nie upomni się o swoje. W obecnych uwarunkowaniach nie możemy gloryfikować bieżącego wzrostu PKB jako jedynego kryterium oceny polityki i cieszyć się, że Polska w 2008 r jest liderem w UE, bo pewnie szybko zapłacimy za to właśnie spadkiem PKB w kolejnych latach. Tylko do końca XX wieku warunkiem wzrostu gospodarczego było nieograniczone wręcz korzystanie przez niewielką grupę mieszkańców Ziemi z jej naturalnych zasobów i możliwości utylizacji (upychania) odpadów. Jak piszą Laggewie i Welzer w najnowszej książce „Koniec świata jaki znaliśmy” (omówionej np., przez Piotra Brusa na łamach Gazety Wyborczej:
(…)”Zmiana klimatu i wyczerpywanie się modelu gospodarczego opartego na >religii wzrostu< to nie problem ekonomiczny, lecz kulturowy” … Ludziom trzeba mówić prawdę i pozyskiwać ich dla prawdy, zrozumieją tak, jak obecnego prezydenta Obamę w dużym stopniu zrozumieli wcześniej konserwatywni z natury i nie skłonni do poświęceń Amerykanie. Tylko dojrzali i świadomi obywatele są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.

Chylę czoła przed np. krajowymi organizacjami ekologicznymi, że potrafią patrzeć szeroko i że w zdecydowanej większości są społecznie odpowiedzialne i wiarygodne w tym co robią. Pewnie sektor OZE sporo się od nich może jeszcze nauczyć i być bardziej wiarygodnym i odpowiedzialnym w dążeniach (np. „zielony certyfikat” to nie tylko określona kwota przychodu) bo zależy jednak jeszcze silnie od polityków, a w konsekwencji od wyborców i obywateli. Ale rząd i elity polityczne mają na tym polu najwięcej do zrobienia. Zacząć trzeba od mówienia prawdy i to takiej samej „prawdy” na forum międzynarodowym i w kraju. Problem jest tak poważny, że uznaję za w pełni uzasadnione głosy ekologicznych organizacji pozarządowych mówiących o konieczności powołania silnego Ministerstwa ds Energii i Klimatu (przykłady w poprzednim wpisie), tym bardziej, że teraz, po rezygnacji Ministra Macieja Nowickiego (to z kolei temat na inny wpis) polityka klimatyczna będzie jeszcze bardziej podporządkowana bieżącej polityce, a różne raporty i tumult medialny w tym obszarze będą coraz bardziej robione na bieżące zamówienie polityczne.

pl Źródło Salon24

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly