Kierowcy w proteście przeciw rosnącym cenom paliw planują blokować
stacje benzynowe.. Może powinni przypomnieć sobie podstawowe prawo ekonomii. Kiedy popyt jest niski, a dostawy duże, ceny powinny spadać, prawda?
Gospodarki europejskie i USA stoją. Nawet w Chinach i Indiach wzrost gospodarczy wyhamowuje. A więc należałoby spodziewać się taniej ropy. Czemu więc cena ropy uporczywie trzyma się powyżej 100 dolarów za baryłkę, ponad dwukrotnie więcej, niż pięć lat temu, gdy gospodarka światowa kręciła się na pełnych obrotach? Co się dzieje?
Niektórzy twierdzą, że gospodarka światowa ma się lepiej, niż się wydaje. Chiny i USA trzymają się nieźle, pomimo pewnych problemów Europy, więc rynki oczekują odnowienia wzrostu popytu w tych dwóch wielkich gospodarkach, co może pomóc też Europie, kierując cały świat na ścieżkę wzrostu. Inni uważają, że jesteśmy blisko szczytu wielkiej, pompowanej przez spekulantów bańki na rynku ropy, związanej głównie z zalewem darmowego pieniądza ze strony FED.
Jednak fundamenty rynku ropy pokazują, że stagnacja podaży zderza się z rosnącym popytem i ograniczaniem eksportu przez kraje wydobywające ropę, co musi oznaczać wyższe ceny. Czy jednak aż tak wysokie? Swoje robią też czynniki geopolityczne.
Największym ryzykiem jest groźba wielkiej wojny w Zatoce Perskiej. Jeśli Izrael (być może z mniej lub bardziej otwartą pomocą USA) zaatakuje instalacje jądrowe w Iranie, a Iran zacznie zatapiać tankowce w cieśninie Ormuz, 200 dolarów za baryłkę mamy praktycznie zagwarantowane. Nawet mniejsze kroki, jak nałożenie embarga na import irańskiej ropy przez kraje Unii Europejskiej, spowoduje wzrost cen czarnego złota. Dlaczego? Odcięcie dostaw irańskiej ropy do będących jej znaczącymi odbiorcami krajów południowej Europy, w tym Grecji, Włoch i Hiszpanii, zmusi je do zakupu ropy gdzie indziej – a że całe wydobycie ropy jest już wykorzystywane, oznacza, że aby otrzymać surowiec będą musiały licytować wyżej. Podbije to światowe ceny ropy, być może nawet wystarczająco, aby Iran zarobił na sprzedaży swojej ropy więcej niż dotychczas (eksportując o 25% mniej).
Ale to nie wszystko. W Nigerii trwają masowe protesty (związane m.in. z cięciem dopłat do paliwa). Zarządzana fatalnie gospodarka Wenezueli sypie się kawałek po kawałku. Protesty w Rosji też nie budują klimatu zaufania do tego kluczowego eksportera ropy. Wydobycie w Libii jeszcze nie wróciło do poziomu sprzed rewolucji. Rosną napięcia w Iraku pomiędzy szyitami, sunnitami i Kurdami, grożąc poważną destabilizacją sytuacji politycznej i dalszym odwlekaniem inwestycji w nowe moce wydobywcze. Nad Syrią, Egiptem, Jemenem, a nawet Arabią Saudyjską wisi duch arabskiej wiosny, a dalszego rozwoju sytuacji, szczególnie przy uporczywie wysokich cenach żywności, można się tylko domyślać – co nie buduje klimatu stabilności i przewidywalności.
Wszystko to oznacza wyższe ceny paliwa. Można by mieć nadzieję, że kiedy sytuacja w tych wszystkich miejscach się uspokoi, rynki ochłoną, a cena ropy spadnie.
Ale kto wierzy w to, że sytuacja się uspokoi? I że jeśli uspokoi się w jednym miejscu, to dla równowagi nie zaogni się w innym – w polityce światowej to zupełnie normalne.
Ponadto nawet uspokojenie się sytuacji może nie przełożyć się na spadek cen – ponieważ kraje naftowe desperacko potrzebują pieniędzy. W normalnej sytuacji można by oczekiwać, że kraje naftowe nie będą przesadzać z cenami ropy – bojąc się stymulowania rozwoju alternatywnych źródeł energii. Jednak teraz rządy producentów ropy są skłonne zapomnieć o długofalowej polityce – po prostu dlatego, że mają nóż na gardle i muszą działać teraz, natychmiast. Arabska wiosna nie na żarty wystraszyła autokratyczne rządy krajów naftowych, które w celu odsunięcia widma wybuchu społecznego ruszyły z szeroko zakrojonymi programami przekupywania obywateli rozlicznymi subsydiami i podwyżkami płac.
Wysokie wydatki z budżetów trzeba jakoś sfinansować, oczywiście przede wszystkim dochodami z ropy. Rosja dla zachowania „zdrowego” budżetu potrzebuje cen ropy na poziomie 110 dolarów za baryłkę. Irak 100 dolarów. Podobne ceny odpowiadają też Algierii, Katarowi, Omanowi, Wenezueli, a nawet Arabii Saudyjskiej (którą jeszcze dekadę temu kontentowała cena 25 dolarów).
Jeśli więc cena ropy spadłaby poniżej 100 dolarów za baryłkę, kraje naftowe mogą ogłosić decyzję o ograniczeniu wydobycia (choćby o drobne 2-3 mln baryłek dziennie). Po ogłoszeniu tego planu nie trzeba go będzie nawet realizować, bo wystraszone rynki same podbiją cenę ropy.
Tak więc, pomimo mizernej kondycji światowej gospodarki zapowiada się, że wysokie ceny ropy zadomowiły się na dobre, a protesty sfrustrowanych kierwowców nie będą w stanie tego zmienić.
Mogłoby pomóc czasowe zmniejszenie podatków i akcyzy. Pomogłoby to na krótką metę, na dłuższą zaś tylko zwiększyłoby nasze zużycie, uzależnienie od importu i jego koszty. Podatki i akcyzy to pieniądze krążące wewnątrz kraju. Z punktu widzenia kraju liczy się ile ropy kupujemy za granicą i ile w związku z tym wypływa z kraju. Im wyższe ceny ropy, tym na dłuższą metę mniej pieniędzy wypłynie za granicę. Bo tania ropa na rynkach światowych to już była.








