Jak przekazać myśli ze „Świata na rozdrożu” w bardziej przystępnej dla szerokiego grona odbiorców formie? Wyzwanie podjęła Maria, przerabiając opowieść w stylu serii „Strrraszna Historia”.
Jeśli uznacie, że wysiłek Marii jest dobrze ukierunkowany, będzie to bardzo motywujące – oczywiście informacja zwrotna, co zrobić, żeby było jeszcze lepiej, też jest mile widziana. Są szanse na to, że powstanie coś wyjątkowego na skalę światową (łącznie z wydaniem książkowym i przetłumaczeniem na angielski).
Zapraszam do lektury i komentowania!
WSTĘP
Żeby dzieciom nie było za łatwo, niektórzy dorośli wymyślili trudny język, którym ciągle się porozumiewają między sobą. Używają bardzo dziwnych słów, takich jak:
BUDŻET, EFEKT CIEPLARNIANY, EKONOMIA, EKOLOGIA, FINANSE, GOSPODARKA, KONSUMPCJA, KRYZYS, NIERUCHOMOŚCI, RACHUNKI, WYKRES, WZROST WYKŁADNICZY, ZANIECZYSZCZENIE ŚRODOWISKA, …
Na przykład ten pan w telewizji. I to jest bardzo nudne.

I nawet nudzi to innych dorosłych i przełączają wtedy na inny kanał lub idą sobie do kuchni zrobić herbatę albo na przykład kanapkę.

W związku z tym my tutaj nie chcemy nudzić. Postaramy się rozszyfrować te trudne słowa, by uchylić rąbka tajemnicy z dziwnego świata dorosłych, w którym wyjaśnimy dlaczego pewne rzeczy są tak nudne, że nawet inni dorośli nie są w stanie ich słuchać. W tym pomogą nam bohaterowie tej książki oraz ich przygody.
ROZDZIAŁ I
W którym przedstawiamy Szalonego Naukowca Mariana oraz te super trudne słowa używane przez dorosłych, takie jak:
KONSUMPCJA ZANIECZYSZCZENIE ŚRODOWISKA KRYZYS
Bohater nr 1
SZALONY NAUKOWIEC MARIAN
Przedstawiamy Wam zatem Szalonego Naukowca Mariana:

Szalony naukowiec Marian przeprowadzi dla nas eksperyment z bakteriami (eksperyment jest wtedy, gdy sobie coś wymyślimy i chcemy sprawdzić, czy to zadziała, a po drodze do celu robimy pewne czynności. Na przykład zastanawiamy się, jaki kolor będzie miała plastelina, jeżeli się połączy wszystkie kolory? Jeżeli nikt nam nie powiedział lub nie widzieliśmy, jak ktoś inny to robi, to możemy jedynie zgadywać, co się stanie. By poznać odpowiedź musimy po prostu sami to zrobić (w tej książce będzie to za nas robił Szalony Naukowiec Marian). Szalony Naukowiec Marian może i wygląda niezbyt groźnie, ale pod tą powłoką kryje się wulkan. Uważajcie…
ZAGŁADA HODOWLI BAKTERII
Bakterie to takie małe żyjątka, których nie widać gołym okiem, tylko pod mikroskopem (mikroskop to urządzenie do powiększania rzeczy, tak jak lupa, tylko powiększa jeszcze bardziej, np. tysiąc razy).

Bakterie, mimo swoich niewielkich rozmiarów mogą być bardzo groźne, ale są też takie, które są pożyteczne. Te groźne mogą powodować kaszel, rozwolnienie lub dziury w zębach. Te dobre pomagają w brzuchu, żeby jedzenie trafiło tam, gdzie trzeba, lub są używane do robienia jogurtów i żółtego sera do kanapek.
Są firmy, które zajmują się tylko hodowaniem specjalnych bakterii do wyrabiania serów. Niektóre z tych serów śmierdzą jak stare skarpetki i są bardzo drogie, a w dodatku część dorosłych uważa je za rarytas.

Marian postanowił przeprowadzić swój eksperyment na bakteriach Clostridium botulinum (naukowcy, a już w szczególności tacy szaleni jak Marian, lubią nadawać żyjątkom dziwne nazwy, których nikt oprócz nich nie używa). Spowodowane to było traumą (złym doświadczeniem) z dzieciństwa, kiedy zatruł się starą konserwą podczas obozu harcerskiego.

Te bakterie występują właśnie w starych konserwach, czyli takich, którym skończyła się data przydatności do spożycia. Marian musiał spędzić dużo czasu w szpitalu z dręczącym go rozwolnieniem, podczas gdy reszta harcerzy super się bawiła w podchody i budowała szałasy.
Bogatszy o nabytą wiedzę zapałał teraz rządzą zemsty i postanowił stworzyć kolonię bakterii i powoli doprowadzić je do zagłady. W tym celu wziął to, czego naukowcy używają do wyhodowania bakterii, czyli


Co następnie zrobił okrutny naukowiec Marian? Wybrał się do piwnicy i przyniósł z niej najstarszą konserwę. Potem wybrał z niej dwie najładniejsze i najbardziej dorodne bakterie, które nazwał A i B.

Potem chichocząc złowróżbnie, niczym stara czarownica, położył odrobinę pożywki na szalkę i przeniósł tam bakterie A i B.

Brzmi niegroźnie… na razie. Oto jak zadomowiły się bakterie:

Tak nic nie widać. Trzeba zajrzeć pod mikroskop.
Od razu lepiej:

Ponieważ jedzenia było całe morze, to bakterie A i B obżerały się (czyli KONSUMOWAŁY to, co miały) do rozpuku. W końcu znudziło im się być tylko we dwie, więc zaczęły się rozmnażać, żeby im nie było smutno. Bakterie, jak to bakterie, mnożyły się przez podział. Z dwóch bakterii po minucie zrobiły się cztery, z czterech osiem, w trzeciej minucie było ich szesnaście i żadna bakteria się niczym nie przejmowała. Aby było jeszcze weselej, wszystkie bakterie zaczęły mnożyć się bez opamiętania. A bakterie mnożą się bardzo szybko. Może dlatego, że są takie malutkie i po prostu chciałyby, żeby w końcu ktoś je zauważył? Pod mikroskopem i z zegarkiem w ręku wyglądało to mniej więcej tak:

64 bakterie w ciągu 5 minut!
Dokładnie o 11:59 nasz naukowiec spojrzał na szalkę i zaśmiał się szyderczo. Wszystko szło zgodnie z jego planem.

O 11:59 bakterie zajmowały już połowę szalki. Co stanie się po kolejnym podwojeniu?
Niefrasobliwe bakterie imprezowały w najlepsze, mnożyły się dalej, by zabawa była jeszcze lepsza. Niestety bakterie nie posiadają mózgu. Więc w sumie:

tylko jedzą, wydalają np. trujące toksyny (czyli ZANIECZYSZCZAJĄ swoje ŚRODOWISKO), tak jak te, mnożą się i niczym innym się nie przejmują. No i nie zapominajmy dodać, że nie są zbyt dobre z matematyki…Dlatego nie umieją sobie policzyć czego ile mają.

Dlatego o 12.00 na szalce nie zostało już nic do zjedzenia.

Bakterie skonsumowały całą pożywkę i zaczynało być im bardzo niedobrze od toksyn, które same wyprodukowały. Można się domyślać, jak wtedy wyglądały ich dialogi:

Dlaczego tak się stało? Oto krótka historia na jednym rysunku (zwróćcie uwagę na godzinę i na te zwariowane liczby! U góry mamy ilość bakterii, a na dole godzinę):

Jak widzicie, na samym początku było dużo jedzenia i miejsca, ale niestety jego ilość była ograniczona do wielkości szalki. Z kolei bakterie były tylko dwie (i szalka wydaje się być pusta, ale tak naprawdę tam jest tyle bakterii, bo jak już pisaliśmy – są po prostu bardzo malutkie). Potem bakterie zaczęły się mnożyć jak szalone, a każda z nich jadła (czyli KONSUMOWAŁA) tyle samo. I wtedy jedzenia i miejsca było coraz mniej i mniej, aż w końcu go zabrakło. Im więcej było bakterii, tym mniej było jedzenia. Wyobraź sobie, że z kolegą dostaliście tabliczkę czekolady i obiecaliście sobie, że każdy z Was będzie jadł po jednej cząstce na każdej przerwie. Dzięki temu wystarczy jej na cały dzień. Ale na trzeciej przerwie przyszło jeszcze kilku innych kolegów i każdy też zjadł po jednej cząstce, bo przecież niby czemu nie. Nikt dużo nie zjadł, ale czekolada szybko zniknęła i już jej nie było. Możesz to nazwać KRYZYSEM, bo kryzys jest wtedy, gdy dość długo sytuacja jest w miarę okej, a potem nagle następuje katastrofa. Bakteriom wydawało się, że wylądowały niczym pączek w maśle, aż tu nagle właśnie nastąpił kryzys. Miały dużo jedzenia i nie myślały o tym, że go kiedykolwiek zabraknie. Dodatkowo Szalony Naukowiec Marian nie zamierzał w ramach zemsty nic nowego dorzucić bakteriom do jedzenia… Zatem bakterie po prostu po kolei zdechły z głodu i toksyn, które wytworzyły.
Co zatem zrobił Marian? Zaśmiał się w głos, aż było go słychać we wszystkich innych laboratoriach w instytucie, w którym pracował, po czym spoważniał w ułamku sekundy i bez mrugnięcia okiem (choć ze złośliwą miną) wyrzucił hodowlę do specjalnego pojemnika na odpady biologiczne (taki śmietnik u naukowców). Ot i cała historia zagłady kolonii bakterii na szalce Petriego. Przestrzegaliśmy przecież przed Marianem już na samym początku.
A jak pokazują takie historie dorośli? Niektórzy z nich tworzą tak zwany „wykres”. Wykres to rodzaj rysunku dla dorosłych, który na przykład pokazuje, czy coś się zmienia w ciągu godziny, dnia, miesiąca, roku lub wielu lat (czegoś zaczyna być mniej lub więcej, albo jest tego tyle samo). Wykresy wyglądają na strasznie skomplikowane, ale tak naprawdę wcale nie są. Po prostu dorośli używają linii, żeby oznaczyć bakterie lub inne rzeczy i się między sobą umawiają „Hej, a ta przerywana linia to będą bakterie. Ok.?”, na co drugi dorosły odpowiada: „Ok. Super!”, tak jak dzieci normalnie umawiają się, że np. „kupa piachu to będzie góra złota i tyle”. Nawet jeśli inny dorosły wolałby rysunek bakterii, to się nie przyzna do tego, tylko właśnie powie „Ok. Super!”, bo przecież wykresy są takie „d o r o s ł e i p o w a ż n e”…
I na przykład dorośli już dawno temu umówili się między sobą (zupełnie jak dzieci), że to jak sobie płynie czas też można pokazać za pomocą linii.

No, a skoro tak, to jeszcze można dorysować sobie tę przerywaną linię, o której wcześniej pisaliśmy. Dorośli dorysowują jeszcze jedną prostą linię po boku (zazwyczaj po lewej stronie), żeby pokazać ile czego było (bo to, że dzieci wiedzą, że czegoś jest dużo lub mało, w świecie dorosłych wcale nie jest takie jasne. I dla jednych dorosłych to, co jest uważane za „mało”, może być uznane przez innych dorosłych za „dużo”). No i skoro umówili się, że linia przerywana to bakterie, to nie będą mieli rysunków.
Ostatecznie dorośli zrobiliby mniej więcej coś takiego:

i wtedy wszyscy inni dorośli pomrukiwaliby z zadowoleniem i uznaniem: „No, no, no, ale ładny wykres!”. Może nawet niektórzy by cmokali, a jeszcze inni może też by cmokali, ale woleliby rysunek bakterii. My tutaj będziemy mieć głównie rysunki, bo są fajniejsze i ładniej wyglądają.
Niestety ten eksperyment przypomniał Marianowi o tym, że o ile bakterie i szalkę tak łatwo się obserwuje i że w sumie to było do przewidzenia, to nie za każdym razem nawet tak mądrzy naukowcy jak on umieją przewidzieć pewne zdarzenia. Otóż, kiedy Marian był jeszcze dzieckiem (no bo przecież tak od razu nie urodził się naukowcem) dziadek opowiedział mu straszną historię o reniferach. Marian w ogóle lubił renifery i raz nawet dostał od mamy krawat w renifery, który zakładał na jakieś większe uroczystości w instytucie naukowym.

RENIFERY NA WYSPIE ŚWIĘTEGO MATEUSZA
Historia brzmiała mniej więcej tak: dawno, dawno temu na Wyspę Świętego Mateusza wysłano 19 mężczyzn do obsługi stacji radiowej. Ponieważ ta wyspa jest położona 300 kilometrów od Alaski (czyli bardzo daleko) postanowiono, że razem z pracownikami stacji przypłynie 29 reniferów.

Tak na wszelki wypadek, gdyby zabrakło jedzenia, pracownicy ze stacji radiowej mogliby sobie upiec jakiegoś na obiad.

Na szczęście tak się nie stało, wojna się skończyła, a po kilku miesiącach pracownicy stacji radiowej wrócili do domów. Za to renifery zostały na wyspie. Oprócz reniferów były tam ptaki, małe lisy i gryzonie i żadne z nich nawet nie pomyślało o zjedzeniu renifera na obiad. Na całej wyspie rósł też przysmak reniferów, różnego rodzaju porosty (takie niezbyt duże rośliny, można je spotkać w lesie na pniu drzew, przypominają nieco mech i zazwyczaj są srebrno-szare).
Renifery może i są mądrzejsze od bakterii, ale niestety również nie umieją chyba liczyć. Dodatkowo, jeżeli pewne rzeczy dzieją się bardzo powoli, to dzieje się tak, że się ich nie zauważa. Tak jak z lizaniem lizaka. Poliżesz raz i nie widzisz zmiany, ale kilkadziesiąt liźnięć i lizaka nie ma w 15 minut. Magia? Wcale nie.
Zatem renifery po prostu spokojnie sobie jadły, może nie mnożyły się tak szybko jak bakterie (bo przecież takiego renifera widać już z daleka), ale mnożyły się w swoim tempie. Do dyspozycji miały całą wyspę pełną porostów. Zupełnie tak, jak bakterie miały pożywkę na szalce. Niestety z porostami jest taka sprawa, że one nie rosną zbyt szybko. Tak naprawdę porosty rosną sobie w żółwim tempie. Może rosłyby szybciej, gdyby ktoś im kiedyś na początku powiedział „Hej, musicie szybko rosnąć, bo będą was zżerać rozszalałe renifery!”. No, ale nikt tego nie zrobił. Oczywiście renifery wcale nie były rozszalałe, ale taki powolny porost był w niezłym szoku, jak patrzył, że za jednym kłapnięciem reniferowego pyska, znikało całe osiedle jego krewnych.

I renifery żyły sobie jak w raju. Cała wyspa była pełna jedzenia, a dodatkowo przecież nie było żadnych drapieżnych zwierząt, które polowałyby na renifery. Po 13 latach ktoś przypomniał sobie o reniferach na wyspie i postanowiono je odwiedzić i zobaczyć, jak się miewają. Z 29 reniferów w ciągu 13 lat zrobiło się 1350! Wszystkie były bardzo dobrze odżywione, zdrowe i szczęśliwe.

Uznano, że reniferom wiedzie się bardzo dobrze, zatem ludzie z ekipy badawczej wrócili do siebie. Renifery dalej żarły porosty i dalej się rozmnażały. Po 6 latach badacze powrócili na wyspę i policzyli, że reniferów było już około 6000! Przy okazji zauważyli, że renifery wyżarły prawie wszystkie porosty na wyspie i musiały przerzucić się teraz na mniej smakowite byliny i trawy. Dodatkowo, ponieważ reniferów było nagle tak dużo, musiały walczyć między sobą o jedzenie, bo było go coraz mniej. W rezultacie wyglądały również na bardziej mizerne i mniej szczęśliwe, niż kiedy badacze odwiedzili je 6 lat temu. Jedzenia było mniej i okazało się, że posiadanie tylu znajomych nie każdemu reniferowi pasuje, szczególnie jeśli musi swojemu koledze wyrywać średnio smaczną trawę prosto z pyska.

Badacze poobserwowali renifery i stwierdzili, że wrócą na wyspę za 3 lata, by zobaczyć, jak renifery dają sobie radę. Niestety to, co zobaczyli po powrocie (a minęły tylko 3 lata!) było bardzo smutne. Z 6 000 reniferów zostały tylko 42, które wyglądały gorzej niż współczesne modelki. Reszta po prostu umarła z głodu i wyczerpania.

Renifery zachowały się identycznie jak bakterie, nie policzyły sobie ile czego mają, żarły bez opamiętania, nikt im nie dowoził nowego jedzenia i ani się obejrzały, a już było za późno.

Z wyspą – chociaż inną – wiąże się jeszcze jedna, podobna historia.
PLEMIĘ RAPA NUI NA WYSPIE WIELKANOCNEJ
Przy okazji, należałoby tu wspomnieć o grupie kilku odważnych lub niefrasobliwych Polinezyjczyków (bo niby kto normalny płynie na tratwie w otwarty ocean bez mapy, kompasu, ani wiedzy, gdzie co się znajduje), którzy wpadli na pomysł przepłynięcia wielu kilometrów (czyli nie wiadomo ilu) i wraz ze swoimi rodzinami dotarli w końcu do bezludnej wyspy, na której rosło pełno palm.

Ponieważ nie wiemy do końca, jak to z nimi było, bo działo się to dawno, dawno temu w roku 300 lub 400 naszej ery, to możemy sobie wybrać wersję, która nam bardziej pasuje do tej historii.
Jak mogli wyglądać ci, którzy wpadli na pomysł płynięcia w nieznane:
Wersja „Polinezyjczycy odważni”

Wersja „Polinezyjczycy niefrasobliwi”

Polinezyjczycy (wybierz sobie, którzy ci bardziej pasują) dopłynęli w końcu na wyspę wraz z innymi, którzy uważali wyprawę w nieznane za super pomysł.
Nie wiadomo skąd wziął im się pomysł na rzeźbienie wielkich głów ze skały i ustawianie ich jedna przy drugiej. W każdym razie zaczęli to robić. To znaczy, podobno w ten sposób czcili swoich przodków, a ci przodkowie z kolei w zamian za te pomniki mieli na przykład sprawiać, że będzie dużo jedzenia i będzie ładna pogoda.
Ziemia była żyzna, zatem ludzie Rapa Nui (bo tak się nazwali) zaczęli uprawiać sobie różne rośliny. Z palm robili łódki i wypływali na ryby, których było w tamtych wodach pełno. Życie upływało im w miarę bezstresowo, pojawiały się dzieci i mieszkańców wyspy było coraz więcej, zatem zaczęli się dzielić na plemiona. Wtedy też, jak podejrzewają naukowcy (w tym i Marian), plemiona zaczęły konkurować ze sobą, kto wzniesie swoim przodkom bardziej okazały pomnik w nadziei, że im większy, tym bardziej przodek ich wynagrodzi. I stawiali je, jeden po drugim.

Żeby transportować i stawiać te głowy w odpowiedniej pozycji, mieszkańcy wyspy ścinali palmy. Palmy w przekroju (czyli jak się je przekroi jak ogórka na mizerię) są okrągłe i się po nich całkiem nieźle różne rzeczy toczy, nawet takie ciężkie, jak wielkie kamienne posągi przedstawiające przodków. W pewnym momencie całej historii, „konkursy na kamienne głowy” zaczęły przesłaniać całą rzeczywistość na wyspie. Palmy, tak jak i porosty rosną dosyć powoli, w dodatku nikt nie mógł ich dowieźć na wyspę. Zatem palmy nie nadążały z rośnięciem tak szybko, jak szybko były potrzebne do transportu głów i wyrobisk w kamieniołomach, w których wydobywano kamień i rzeźbiono głowy, Jednocześnie plemiona rosły w siłę, ludzie mnożyli się i każde plemię chciało zdominować wyspę i mieć większe prawa do jej zasobów (czyli głównie jedzenia). Ostatecznie ludzie nie mieli żadnych oporów, by wyciąć ostatnie drzewo na wyspie. W między czasie jak drzew ubywało, ziemia robiła się mniej żyzna (czyli bogata w różne składniki niezbędne roślinom do rośnięcia). Z korzenie drzew w ziemi trzymają glebę w miejscu, a gdy ich nie ma, deszcze ją wypłukują, a wraz z wodą wypłukiwane są te składniki. Nie można było dalej nic uprawiać, bo cokolwiek zostało posadzone, spływało wraz z deszczem. Nie można było łowić ryb, ponieważ nie było z czego robić łódek. Mieszkańcy wyspy zaczęli umierać z głodu. Oczywiście nie tak od razu. Po drodze jeszcze pobili się między sobą o resztki jedzenia, a potem zjadali siebie nawzajem.

Taki człowiek z wyspy nigdy nie mógł być pewien, czy sąsiad wpada do niego na pogaduchy o pogodzie, czy może ma ochotę na jego soczystą łydkę. A ponieważ nie było telefonów ani emaili, to nie mogli się umówić wcześniej co do celu wizyty.

Na całej wyspie, pod koniec upadku ich cywilizacji postawili około tysiąca głów!!! No i każda nowa była większa od poprzedniej albo przynajmniej taka sama. I nikt nie zareagował na wycinanie palm.
Wykresów miało być mało, więc tutaj będą dwa. Jakoś nikt wcześniej nie pokusił się, żeby połączyć te trzy historie na jednym, zatem trzeba to zrobić tutaj. W tym celu zaprosiliśmy analityka (kogoś, kto analizuje różne rzeczy, a potem na ich podstawie wyjaśnia innym o co chodzi) Marcina Frasobliwego. Tacy analitycy zazwyczaj siedzą z dużą ilością danych lub wykresów i wyglądają strasznie poważnie, bo marszczą brwi i czoło, a poza tym mało mówią. Ten tutaj w dodatku ma same czarne myśli.

No, ale jeśli chodzi o narysowanie i objaśnienie wspomnianego wykresu, gdzie to wszystko tak zgrabnie połączy, to nie ma sobie równych!

ANALITYK MARCIN FRASOBLIWY WYJAŚNIA O CO CHODZI
Tu nagle analityk Marcin nawet się uśmiechnął nieco (ale na krótko!), ponieważ znalazł się w swoim żywiole.

Na wykresie widzimy trzy linie. Każda z linii pokazuje inną populację. Populacja to zbiór osobników, które wzajemnie na siebie wpływają, czyli np. populacja bakterii na szalce Petri’ego, populacja reniferów na Wyspie Świętego Mateusza, populacja Rapa Nui na Wyspie Wielkanocnej. Albo populacja ludzi na Ziemi.

Wszystkie trzy populacje, które są na wykresie, znajdowały się w środowisku, w którym początkowo dostępne zasoby mogły zostać wyczerpane, a dodatkowo nie można było liczyć na dostawy z zewnątrz. Krótko mówiąc: bakterie i renifery żarły i żarły to, co miały aż zdechły. Ludzie nie tylko żarli, ale zużywali zasoby środowiska (czyli głównie palmy) aż prawie wymarli. Proste. Można to również opisać w czterech punktach, weźmy na przykład bakterie:
1. POŻYWKA W OGRANICZONEJ ILOŚCI + BAKTERIE
2. ŻARCIE POŻYWKI I ROZMNAŻANIE
3. JESZCZE WIĘCEJ ROZMNAŻANIA I JESZCZE WIĘCEJ BAKTERII ZŻERAJĄCYCH WSZYSTKO
4. BRAK JEDZENIA I ZAGŁADA BAKTERII
Wszystko ładnie, pięknie, ale co do tego mają ludzie na całym świecie? Otóż ludzie znajdują się dzisiaj w punkcie numer 3 (nie, nie oznacza to wcale, że zalewa nas fala bakterii, które zaraz nas zjedzą!!!). Ludzie – jako populacja – znajdują się w punkcie numer 3. I mimo, że znamy się na matematyce, to niestety nie jesteśmy w stanie policzyć wszystkiego gołym okiem, ponieważ nasz świat jest bardzo duży i skomplikowany (skomplikowany głównie przez Dorosłych oczywiście, którzy już sami się w tym nie łapią, tacy są z nich spryciarze!). Oto jak sprawa się przedstawia:

Należy się teraz przyjrzeć przez lupę, żeby zobaczyć co się stało. Na początku byli jaskiniowcy:

Siedzieli w jaskiniach, nie byli zbyt inteligentni, polowali na dzikie zwierzęta, one polowały na nich. Człowiek wtedy był jeszcze dosyć słabym gatunkiem. Potem działo się dużo różnych innych rzeczy, ale – co najważniejsze – ludzie uczyli się, jak wykorzystywać to, co mają na ziemi, w celu poprawienia swojej sytuacji. Ta linia, która na początku jest tak płaska, że prawie jej nie widać, mogłaby sobie być płaska dalej lub rosnąć bardzo powoli, gdyby nie kilka superważnych odkryć, które popchnęły ludzkość naprzód. Dzięki temu ludzie zyskali narzędzia, które pozwoliły im stawać się bogatszymi i w związku z tym Dorośli mogli sobie pozwalać na posiadanie więcej dzieci.
…
Na razie dotarliśmy do tego punktu opowieści. I jak się podoba?









