Górska droga przebiegająca nad stromą doliną Shennogjia powinna oferować jedne z najbardziej malowniczych widoków w Chinach. Od gęstych dziewiczych lasów po przecinające ją rzeki, przebiega obok obszaru ekologicznego bogactwa, uznanego przez ONZ za Światowy Rezerwat Biosfery, a przez kulturę popularną za dom mitycznego „dzikiego człowieka z Shennongjia”.
Jednak w ostatnich tygodniach, ten wspaniały region przyciągnął uwagę mieszkańców Państwa Środka nie dzięki swoim bogactwom naturalnym, lecz z powodu szybkiej i słabo uregulowanej ekspansji małych elektrowni wodnych, które przegrodziły rzeki, wzgórz poprzebijanych rurami oraz ludzi pozostawionych bez źródeł utrzymania, czyli ciemnej strony rozwoju gospodarczego Chin.
Debatę – która rozszerzyła się do kwestii zarządzania, cenzury oraz praw obywatelskich – zapoczątkował raport z zeszłego miesiąca, który ujawnił wyschnięcie 4 rzek, zbudowanie dziesiątek elektrowni wodnych bez oceny ich oddziaływania na środowisko oraz łapówki w sektorze samorządowym, który nie regulował spółek z powodu udziałów, które w nich posiadał.
Shennongjia pokazuje jak wiele i jak szybko może pójść źle. Więcej niż połowa z 88 elektrowni wodnych w tym regionie została wybudowana przed wprowadzeniem obowiązkowych ocen oddziaływania na środowisko w 2003 roku. Dwie zapory na pięć zbudowanych po 2003 roku były oddane do użytku nielegalnie bez niezbędnych badań i kontroli na prawdopodobny wpływ na ludzi i ekosystem.
Kiedy jedziemy ze stolicy powiatu Songbai, prawie każdy, kogo napotykamy na swojej drodze wyraża złość z powodu lekkomyślnej eksploatacji zasobów wodnych. Mimo, że jest to jeden z najbiedniejszych regionów prowincji Hubei, miejscowi mówią, że nie mają z tego korzyści. Elektrownie wodne wytwarzają niewielką ilość energii, zyski są przejmowane przez urzędników, a wszystko kosztem poważnych szkód dla środowiska.
Liu Jianguo (imię zostało zmienione) był rolnikiem do czasu, aż wody powstającej zapory Raojiahe zalały jego ziemię. Teraz rozkrusza skały w wyschniętych korytach rzek, których wody zostały przekierowane gdzie indziej. Jego żona została skazana na trzy dni więzienia za rzucanie kamieniami w deweloperów. Jej frustracja była spowodowana utratą środków do życia oraz odmową rządu do wysłuchania ich skarg bądź zaoferowania sprawiedliwej rekompensaty.
„Co możemy zrobić? Jesteśmy tylko zwykłymi ludźmi. Oni są urzędnikami.” , żali się. „Chcę, żeby ludzie się o tym dowiedzieli”.
Bliżej elektrowni wodnej, Zhou Xiaoqi (nazwisko zostało zmienione) złości się, że zapora Raojiahe przecięła jej grunty rolne i doprowadziła do erozji brzegu nad którym stoi jej dom. „Możesz zobaczyć pęknięcia na ścianie”, mówi.
Przedsiębiorstwo energetyczne, Xingfa, zaoferowało rekompensatę w wysokości 110.000 juanów za trzeci stracony przez nią hektar, jednak nie dało jej żadnego wyboru, nie umożliwiło negocjacji czy omówienia kwestii prawnych.
„Skarżyłam się ciągle i ciągle, ale mnie spławili i powiedzieli – ‘Idź i nas pozwij. Nigdy nie wygrasz.’”, mówi Zhou. „Wszyscy urzędnicy państwowi zainwestowali w te projekty. Każdy to wie. Jak inaczej mogłyby powstać tak szybko?”
Istnieją podobieństwa do nielegalnych kopalni węgla z którymi rząd centralny (jak twierdzi) próbuje rozprawić się od dziesięcioleci. To przedsięwzięcia prywatne, opłacalne dzięki łapówkom przekazywanym lokalnym urzędnikom, którzy ignorują przepisy, dzięki czemu inwestycje przynoszą lukratywne zyski. Jak przyznają same samorządy, nawet po uchwaleniu prawa ochrony środowiska w 2003 roku, aż 39% nowych projektów jest kontynuowanych bez odpowiedniej zgody.
Zwykle przyciąga to niewiele uwagi. Podczas gdy megaprojekty, jak Zapora Trzech Przełomów czy projekt transferu wody Północ-Południe mają dotykają milionów ludzi, to następstwa małych projektów wodnych w odległych obszarach są odczuwane przez mniej niż 1000 rodzin. Jednak przy 85 000 tamach w Chinach, sumaryczny wpływ środowisko, ekosystem i ludzi jest ogromny i nawet małe w skali chińskiej projekty wodne mogą powodować ogromne szkody ekologiczne, zwłaszcza jeżeli tamy są blisko siebie, są źle zaprojektowane czy nieodpowiedzialnie obsługiwane.
Ostatnia rzeka, która znalazła się „na celowniku” to Chengfeng, która jest domem wielkiej salamandry o nazwie „wawayu” lub rybą-dzieckiem, ze względu na płaczliwe dźwięki jakie wydają. Mieszkańcy używają wody z rzeki do przygotowywania posiłków, nawadniania i higieny osobistej, zależy im więc na jej jakości.
Dwa lata temu, robotnicy zaczęli przebijać tunel w zboczu góry i wznosić tamę na rzece. Po zakończeniu jej budowy, woda z rzeki Chengfeng będzie przekazywana przez góry za pomocą rur, a później w dół doliny po drugiej stronie, gdzie znajdują się turbiny, które będą wytwarzać energię elektryczną. Projekt wygeneruje zyski dla kompanii energetycznej, natomiast zabije wioskę poprzez zalanie jej dróg oraz zabranie większości wody z rzeki.
„To kraj kwitnących brzoskwini”, powiedział wieśniak, odwołując się do klasycznej chińskiej historii mitycznego raju. „Ale w momencie powstania zakładu, nie będziemy mieli wody, a ryby umrą”.
Mieszkańcy próbują walczyć. Próbowali legalnie protestować składając petycje oraz nielegalne blokując ruch. Gdy to zawiodło, zwrócili się do prasy.
„Jesteśmy tylko wieśniakami. Nie wiemy, jak wyjaśnić to, co się tutaj dzieje, dlatego zaprosiliśmy dziennikarzy, aby przekonali się o tym na własne oczy”, powiedział jeden z protestujących.
Dziennikarze gazet Chutian Metro i Farmer Daily, z siedzibą w Wuhan, ujawnili i nagłośnili sprawę. Pojawił się nawet program w państwowej telewizji CCTV. Miejscowy wydział propagandy podjąć zdecydowane działania w celu uciszenia protestujących, lecz w międzyczasie publikacje zdążyły wywołać niezwykłe poruszenie i przyciągnąć uwagę rządu centralnego.
W wyniku nacisków, Shennongjia ogłosiła w zeszłym miesiącu przeprowadzenie badań oceny oddziaływania na środowisko, które mogą spowodować zamknięcie niektórych istniejących zakładów. „Zdajemy sobie sprawę z tego, że nadzór nie jest wystarczająco dobry. Niektóre elektrownie wodne nie działają zgodnie z przepisami ochrony środowiska. Pobierają więcej wody niż mogą.”, przyznał dyrektor propagandowy Shennongjia, Luo Yongbin. „Jesteśmy w trakcie oceny stanu środowiska naturalnego. W ciągu miesiąca będziemy posiadali politykę regulowania działania wszystkich elektrowni wodnych”.
Mieszkańcy wyrazili nadzieję na wizytę dygnitarzy z Pekinu, osądzenie i ukaranie lokalnych dyrektorów ochrony środowiska i służb elektrowni wodnych oraz innych urzędników podejrzanych o udziały w firmach, które powinni nadzorować. Mają też nadzieję, że Shennongjia wykorzysta swój wyjątkowy status i przeprowadzi zamknięcie nieprzemyślanych elektrowni wodnych w zamian za państwowe odszkodowania dla przedsiębiorstw wodnych.
„Brak ocen oddziaływania na środowisko dotyczy całych Chin. Ale tutaj problem jest zdecydowanie większy, gdyż Shennongjia słynie z wyjątkowego środowiska oraz chciałaby promować turystykę”, powiedział jeden z wiodących intelektualistów w regionie, który chciał pozostać anonimowy. „Wszyscy mieszkańcy czują to samo. Chcielibyśmy odzyskać wodę. Wszystkie tutejsze rzeki wyschły. Problemem jest to, że zwykli ludzie nie mają prawa głosu przy projektach. Nie mają z tego żadnych korzyści i nie mogą nic z tym zrobić”.
Rząd centralny uznał problemy małych projektów wodnych w Chinach i zobowiązał się do znalezienia pieniędzy na ich naprawę. Miesiąc temu, gazeta partii komunistycznej, Global Times, naświetliła skalę tego problemu w artykule mówiącym o około 40 000 złych i niebezpiecznych zbiorników.
Wartości przyrodnicze są jednak daleko za priorytetami ekonomicznymi. Władze są zdecydowane na rozbudowę elektrowni wodnych, co oznacza, że najlepsze na co mogą liczyć ekolodzy, to prawdopodobne zamknięcia lub odroczenia projektów, które są szczególnie szkodliwe lub niezgodne z prawem, w najbardziej wrażliwych ekologicznie obszarach.
Jak mówi slogan stojący na drodze poza Shennongjia: „Zieleń to tylko moda. Ekologia to tylko marka”.
Tłumaczenie: Monika Kulesza
Źródło The
Guardian








