Premier stwierdził, że w tym roku w budżecie
zabraknie 24 mld zł. Rząd przymierza się do zawieszenia progu ostrożnościowego 50% długu/PKB i przejęcia pieniędzy z OFE na bieżące wydatki.
To skutek spadającego wzrostu gospodarczego. Przed tygodniem NBP opublikował przewidywania wzrostu PKB, który w tym roku ma wynieść 1,1%, czyli dwukrotnie mniej, niż zakładał rząd, co jest najniższym wynikiem od początku lat 90. XX w. Coraz bardziej ciążą nam też wysokie koszty importu nośników energetycznych – nie tylko ropy i gazu, ale też węgla. Perspektywy gospodarki (zarówno krótko jak i długoterminowe) wyglądają mizernie – podnosi się
coraz więcej głosów, że nie jest to problem chwilowy i cykliczny, ale że znana
od dawna epoka wysokiego wzrostu gospodarczego z wielu względów odchodzi już do
przeszłości. Zasady gry się zmieniają.
Jak zapewnić stabilność gospodarczą, miejsca
pracy i bezpieczeństwo energetyczne? Czy wielki i coraz pilniejszy program
odbudowy polskiej energetyki może pomóc rozwiązać te problemy? Jakie są plany
rządu w tej kwestii – czy mamy rozwijać energetykę węglową, gazową, jądrową czy
odnawialne źródła energii?
Na razie wszystko stoi. Nie ma chętnych do
inwestowania w energetykę.
W dużym stopniu to skutek „rozgrzebania”
przez rząd prawa w tym obszarze. Przedłużające się rządowe spory z nieznanym
terminem ich zakończenia wstrzymują inwestycje, które mogłyby stanowić koła
zamachowe polskiej gospodarki. Potencjalni inwestorzy potrzebują
przewidywalności i stabilność prawa, a tego nie ma.
Gaz
łupkowy
Od momentu, w którym pojawiły się pierwsze
prognozy wielkich złóż gazu łupkowego w Polsce rząd przeżył już cztery fazy. Najpierw była euforia i wielkie plany
gazowego eldorado, które sfinansuje przyszłe potrzeby polski, aż po
emerytury obecnych pracowników. Potem przyszła refleksja, gdy rząd zauważył, że obowiązujące przepisy podatkowe
nie przyniosą budżetowi spodziewanego przychodu. Rozkręciła się więc gorączka ustawodawcza w postaci projektów
nowych ustaw, znacznie podnoszących podatki od wydobycia i rozszerzających kontrolę
państwa. Było to jednym z czynników (obok mało obiecujących wyników wierceń,
coraz niższych prognoz rezerw gazu łupkowego, protestów społecznych i
uciążliwej biurokracji) wycofywania się kolejnych firm. Rząd zaczął mięknąć, a Ministerstwo
Finansów zapowiedziało zmiękczenie
stanowiska. Jednak kolejne terminy ostateczny kształt prawa wciąż nie jest
znany. Wiercą więc tylko ci, którzy akceptują duże ryzyko oraz państwowe
spółki, które muszą.
Inwestorzy w energetyce gazowej chcieliby
przepisów wspierających wytwarzanie prądu z gazu, który wg rządu miał być coraz
ważniejszy w naszym miksie energetycznym i przynieść miliardowe inwestycje.
Resort gospodarki wciąż jednak nie jest w stanie przedstawić ustawy, a dyskusje
z Ministerstwem Finansów, MSZ i Komisją Europejską wróżą jeszcze długi okres
niepewności. Państwowe PKN Orlen i PGNiG z Tauronem mimo wszystko budują, ale
inne firmy: polska PGE, francuski GDF czy fińskie Fortum wstrzymały swoje
inwestycje.
Węgiel
Cena węgla do odbioru w Amsterdamie to 75 dolarów
za tonę (około 240 zł). Jednocześnie Polskie kopalnie sprzedają węgiel za ponad 500 zł za tonę i narzekają, że wydobycie im się nie opłaca – nic dziwnego więc, że
import węgla też rośnie.
W 2010 roku miał zostać utworzony fundusz węglowy
na utrzymywanie mocy wydobywczych w krajowych kopalniach, które borykają się z
problemem kurczących się zasobów, stałego wzrostu kosztów i perspektywy
ogromnych inwestycji, pozwalających utrzymać się na powierzchni i prowadzić
dalej wydobycie. Bez tego polska energetyka węglowa (która zdaniem premiera nadal
ma opierać się na węglu) będzie importować coraz większe ilości surowca, stając
się coraz cięższym kamieniem u szyi bilansu handlowego.
O funduszu nikt z rządu od lat nie powiedział ani
słowa. Wygląda więc na to, że w naturalny sposób, zgodnie z rekomendacjami klimatologów,
do 2050 roku wygasimy wydobycie węgla, po prostu przez wyczerpanie pokładów w
eksploatowanych kopalniach. Alternatywą jest uruchomienie wydobycia węgla
brunatnego w województwie lubuskim. Będzie to wymagać wysiedlenia tysięcy
mieszkańców, szczególnie, że lubuskie złoża mają tylko 10 m grubości (dla
porównania, złoże Bełchatowskie ma 80-100 m grubości) – kopalnia będzie więc
zajmować olbrzymi teren. Miejscowa ludność zacięcie
protestuje i szykuje się do referendum, w którym chce odwołać popierających
budowę odkrywki lokalnych polityków. Jak zauważył
jeden z inicjatorów zbliżającego się referendum:
„Mamy dobrą ziemię. Możemy produkować zdrową
żywność. Są tu świetnej jakości wody pitne. Poza tym odkrywka więcej miejsc
pracy zabierze, niż da – uważa. – Widzimy, jak to wygląda po drugiej stronie
granicy. Są tam cztery odkrywki, a mimo to jest to obszar największej biedy.
Pewien mieszkaniec Forst na moje pytanie, jakie korzyści przynosi kopalnia,
powiedział tak: „Kiedyś mieliśmy wszystko, teraz mamy tylko
kopalnię”. Co to oznacza? Mogli rozwijać się w różnych kierunkach.
Pozostał im tylko jeden.”
Odnawialne
źródła energii
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda z inwestycjami w
energetyce odnawialnej. Inwestycje topnieją w oczach. Zamiast 1400 MW, jak rok
temu, eksperci szacują, że w tym roku uruchomimy tylko 400 MW. Źle
zaprojektowany w czasach SLD, wprowadzony za PiS i nie poprawiony przez PO
system wsparcia elektrowni zasilanych energią odnawialną (za pomocą tzw. „zielonych
certyfikatów”) sprawił, że przez lata płaciliśmy za ich wsparcie więcej, niż
było potrzebne i do tego nie tam, gdzie to miało sens. Połowę kwoty wsparcia
dostały elektrownie węglowe, wspólspalające biomasę. To nie służący niczemu (poza
zarabianiem pieniędzy przez politycznie umocowane koncerny energetyczne) kompletny
idiotyzm: pozbawiony sensu energetycznego (spalanie często mokrego, dowożonego
z daleka drewna), innowacyjno-technologicznego (to prymitywna technologia, na
podstawie której nasza gospodarka nie wypracuje żadnych nowych technologii) i
prowadzący do erozji gleb (biomasa po współspaleniu z węglem zawierającym
siarkę, metale ciężkie itp. może trafić już tylko na hałdy, a zawarta w niej materia
organiczna, ze wszystkimi minerałami, nie wróci już na pola, przyspieszając ich
jałowienie). Kolejną 1/4 kwoty wsparcia dostały dawno już zamortyzowane stare elektrownie
wodne (Włocławek, Solina itp.). Ostatnie 1/4 dostały wielkie farmy wiatrowe, nie
płacące licznych kosztów zewnętrznych (budowa sieci, moce rezerwowe). Na nowe,
wymagające wsparcia innowacyjne rozwiązania, w oparciu o które mogłyby powstać
nowe miejsca pracy i koła zamachowe polskiej gospodarki (mikrobiogazownie, elektronika smartgrid, technologie energooszczędne w budownictwie, nowoczesny transport …). Pieniądze z zielonych certyfikatów powinny wesprzeć właśnie
takie rzeczywiście przyszłościowe i ekologiczne technologie.
W końcu okazało się, że współspalanie biomasy rozwinęło
się szybciej, niż wróżono (to właściwe słowo). Na rynku pojawiła się
nadprodukcję „zielonego” prądu i wsparcie dla wszystkich producentów spadło
tak, że ci najdrożsi, np. biogazownie rolnicze – które rząd chciał rozwijać na
potęgę – są bliskie bankructwa.
Zdaniem Instytutu Energetyki Odnawialnej roczne
obroty na rynku małych, domowych elektrowni mogłyby wynieść nawet 5 mld zł,
jednak instalacje takie nie powstają. Dlaczego? Wydawałoby się, że skoro
budżetu państwa to nic nie kosztuje, bo inwestycje prosumenckie finansują sami
obywatele i małe firmy, to państwo powinno wyłożyć przed inwestorami w tym
sektorze szeroki czerwony dywan. Ale nie, bariery biurokratyczne skutecznie do
tego zniechęcają – żeby produkować prąd i sprzedawać go do sieci, trzeba obecnie
przygotować ilość papierów taką, jakby miało się budować Bełchatów II. Dochodzą
do tego problemy z przyłączeniem do sieci, stawkami za odbiór prądu i cały
szereg innych barier. Wszystko to nie bez powodu zresztą, bo kierunek prosumenckiej demokracji energetycznej jest odbierany przez koncerny energetyczne jako
poważne zagrożenie dla status quo, ich interesów i uprzywilejowanej pozycji
(poniekąd zupełnie słusznie).
Ministerstwo Gospodarki postanowiło zrewidować
system wsparcia energetyki odnawialnej tak, aby każda technologia dostawała
tyle, ile rzeczywiście potrzebuje. W rezultacie obcięcia wsparcia najtańszym, a
dołożenia najdroższym, system i tak per saldo miał być tańszy dla odbiorców
prądu. Resort zapowiedział projekt w 2010 roku, pokazał go rok później i… do
dzisiaj nie przyjął. Banki obecnie uznają, że ryzyko regulacyjne jest zbyt
wysokie, aby finansować inwestycje w tym obszarze. Preferencyjnych kredytów nie
przyznaje już nawet państwowy fundusz. Prawdopodobnie nie uda się wykorzystać
także milionów złotych unijnych dotacji.
Atom
Już trzy lata trwa przygotowanie Programu
Polskiej Energetyki Jądrowej, który miałby nakreślić ramy tej inwestycji. Do
dzisiaj nie został przyjęty, państwowa spółka nadal nie wie jak sfinansować
inwestycję, a rozmowy na temat pomocy państwa dla projektu zaledwie raczkują. Wielki
plan budowy elektrowni jądrowych za ponad 100 000 000 000 złotych
wciąż jest na horyzoncie (to taka linia, którą się od nas oddala, kiedy się do
niej zbliżamy). Premier Donald Tusk przyznaje, że „budowa
polskiej elektrowni jądrowej opóźni się.” Wiele wskazuje na to, że temat
trafia właśnie na półkę.
Rządowe przeciąganie liny
Przeciągające się latami prace nad ustawami to w
dużej mierze skutek rządowych targów. Ministerstwo Gospodarki chce znaczących zmian,
Ministerstwo Skarbu każdą ustawę chce układać pod „swoje” spółki, na co nie
zgadzają się prywatni inwestorzy, a Ministerstwo Finansów, które w rządzie
Tuska ma największe wpływy, jest hamulcowym niemal wszystkich projektów. Wicepremier
Rostowski przypomina księgowego, którego jedynymi zadaniami są
podnoszenie krótkoterminowych wpływów i cięcie wydatków, niezależnie od
sensowności projektów w dłuższej skali czasowej, miejsc pracy i bezpieczeństwa
energetycznego. Resort tak mocno zagalopował się w cięciu, że oprotestowuje
nawet te ustawy, w których pieniądze na inwestycje mają iść z prywatnych
kieszeni.
Nie znający się na temacie politycy i urzędnicy nie
potrafią wypracować wspólnej wizji, wypracować potrzebnych rozwiązań i przygotować
ustaw. W efekcie ministerstwa wymieniają się uwagami, organizują konferencje,
przerzucają argumentami bez pokrycia w liczbach, a decyzji wciąż nie ma. Zniecierpliwieni
i coraz bardziej rozczarowani inwestorzy wciąż czekają.
Chcielibyśmy, żeby rząd potrafił podejmować przemyślane,
przyszłościowe decyzje, oparte na strategii uwzględniającej zmienione zasady
gry w świecie bez wzrostu gospodarczego, z rosnącymi problemami zasobowymi,
środowiskowymi i międzynarodowymi korporacjami wymykającymi się wszelkiej
władzy państw i ich systemom podatkowym. Jesteśmy od tego niestety bardzo odlegli.
Co gorsze, rząd nie potrafi podejmować nawet prostych, technicznych,
średnioterminowych decyzji. Zamiast tego leci na autopilocie, bez wizji, bez
planu, bez celu.
A czasu jest coraz mniej. Być może chcemy
poczekać, aż sytuacja gospodarcza się poprawi i wtedy podejmiemy program
inwestycyjny. A co, jeśli się nie poprawi? A nawet jeśli jeszcze przez jakiś czas utrzyma się na obecnym poziomie, to przy takim braku wizji zapowiada się dalszy lot na autopilocie, w którym zamiatane pod dywan problemy będą dalej narastać.
Wolałbym nie mieć racji.








