Wielokrotnie pisaliśmy o kłopotach finansowych śląskich kopalni. Złoża są już mocno przetrzebione, trzeba kopać coraz głębiej i sięgać po złoża w trudniejszych warunkach geologicznych. Do tego wpływowe lobby górnicze blokuje zamykanie nierentownych kopalń, więc nadwyżki wypracowane przez wciąż rentowne kopalnie zamiast na inwestycje idą na utrzymanie zatrudnienia w nierentownych kopalniach. Ponieważ płace stanowią ok. 60% kosztów Kompanii Węglowej, więc poważne oszczędności można poczynić jedynie na płacach, ale górnicy każde ograniczenie przywilejów traktują jak świętokradztwo. Ponieważ nie ma perspektyw na istotne ograniczenie kosztów, śląskie kopalnie wydobywają węgiel drogo i dramatycznie przegrywają konkurencję z tanim i lepszym węglem z importu. Wszystko to, pomimo wielokierunkowego pompowania w nie pieniędzy podatników (umorzenia ZUS i podatków, finansowanie wczesnych emerytur górniczych, których koszt nie jest uwzględniany w cenie węgla, niskooprocentowanych kredytów, ignorowania zasady zanieczyszczający płaci itp.). Rynkowa cena węgla to obecnie 8-10 zł za gigadżul, podczas gdy próg rentowności dla Kompanii Węglowej to aż 12,8 zł. Mirosław Taras, prezes Kompanii Węglowej ogłosił właśnie, że pieniędzy w spółce starczy do grudnia.
Ostatni pomysł rządowy idzie w kierunku zmuszenia firm energetycznych do takiego czy innego dofinansowywania kopalni. Pierwszy pomysł polega na połączeniu firm energetycznych i kopalni. W takim wariancie nie tylko zyski firm energetycznych zasypały deficyt kopalni, ale też na długie lata zakonserwowana zostałaby węglowa rzeczywistość naszej energetyki. Drugim pomysłem jest zmuszenie firm energetycznych do podpisania długoterminowych kontraktów na dostawy węgla ze śląskich kopalni po cenach dużo wyższych od rynkowych. Inaczej mówiąc, konsumenci w cenie prądu, podatnicy i mniejszościowi akcjonariusze firm energetycznych mieliby zrzucić się na nierentowne kopalnie.
Oczywiście nie ma żadnych rynkowych przesłanek do podwyżki – energetycy duszą się od nadmiaru węgla, i do zwałów leżących na hałdach kopalni trzeba jeszcze doliczyć ogromne zapasy w elektrowniach. Rzecz jasna, wielkie firmy energetyczne (PGE, Tauron, Enea i Energa) nie palą się do tak „świetnego” biznesu. Choć ich większościowym udziałowcem jest skarb państwa, to jednak są spółkami giełdowymi i nie uśmiecha im się płacenie za węgiel powyżej cen rynkowych. Takie pomysły wywołują poza tym wściekłość mniejszościowych akcjonariuszy.
Gdyby zaś kontrolowane przez skarb państwa firmy energetyczne zostały jednak zmuszone do poniesienia kosztów ratowania kopalni, ich pozycja konkurencyjna względem pozostałych firm energetycznych, takich jak francuskie EDF czy GDF Suez uległaby (oględnie mówiąc) pogorszeniu. Firmy te będą kupować znacznie tańszy węgiel z importu. „Nie wyobrażam sobie, żeby cena węgla w Polsce była wyższa niż ARA plus koszty transportu do Polski” – mówi jeden z menedżerów firm prywatnych. Jeśli elektrownie EDF czy GDF Suez będą kupować tańszy węgiel z zagranicy, będą mogły sprzedawać tańszy prąd i wygrywać konkurencję z państwowymi firmami.
Wymuszona „zrzutka na kopalnie” prawdopodobnie zostałaby też uznana przez Komisję Europejską za niedozwoloną pomoc publiczną. Nawet sam resort gospodarki przyznaje, że „ryzyko jest wysokie”. Już zresztą samo zasadzie zebranie prezesów spółek energetycznych i dyskusja o wspólnej polityce cenowej dla zakupów węgla może być uznana za nielegalne spotkanie w celu zakazanej przez prawo zmowy cenowej.
Nasz rząd twardo walczy o tańszy gaz, bo „tania energia jest dobra dla gospodarki”. Jednocześnie walczy o drogi prąd z węgla. Jak Kalemu ukraść krowę, to źle. Jak Kali ukraść krowę, to dobrze.
Autor: Marcin Popkiewicz








