ArtykulyPowiązania

Ryszard Kulik: Dlaczego miejscowi nie chcą chronić tego, co mają u siebie?

Felietony Ryszarda Kulika pokazują świat okiem ekologa-filozofa, bez liczb i wykresów, ale z głęboką wrażliwością na otaczający nas świat. Choć dla większość naszego społeczeństwa uznałaby te myśli za bardzo krytyczne i radykalne, niewątpliwie warte są refleksji.

W teorii wygląda to bardzo pięknie. Człowiek jest jednością ze swym fizycznym otoczeniem.
Najbliższe środowisko jest ważnym źródłem zaspokojenie najróżniejszych potrzeb:
od tych materialnych związanych z wodą, pożywieniem, możliwością zarobkowania,
do tych wyższych, związanych z kulturą, wartościami estetycznymi czy duchowością.
Degradując swoje otoczenie, człowiek niechybnie skazuje się sam na unicestwienie.

Te mechanizmy są tak oczywiste, banalne i – można by powiedzieć – do bólu logiczne,
że dziwny może wydawać się fakt, iż można myśleć inaczej. Dzisiaj, z wielu różnych powodów
zerwaliśmy w naszej świadomości te proste powiązania. Jesteśmy obcy. Migrując
i przemieszczając się, tracimy związek z miejscem i tak naprawdę nigdy nie jesteśmy
u siebie. Każde miejsce wydaje się być równie dobre, ale z żadnym nie nawiązujemy
głębszego związku. Dzieje się tak, ponieważ nasza mobilność podpowiada nam, że nie
warto się przywiązywać do czegoś, co za chwilę będziemy musieli pozostawić. Brak głębokich
związków z miejscem sprawia, że traktujemy je jak coś, co można bezwzględnie
eksploatować, przy okazji niszcząc i degradując. Stąd pojawia się koncepcja ponownego
zakorzenienia, jako antidotum na destrukcyjny charakter współczesnej cywilizacji. Ta
bioregionalna idea zakłada, że jeśli człowiek ponownie odkryje swoje głębokie związki
z miejscem, w jakim żyje, i poczuje się dumny z samego faktu zamieszkiwania w jakimś
otoczeniu, to jego podejście do owego miejsca radykalnie się odmieni. Czyż ktoś chciałby
niszczyć to, co kocha i z czego jest dumny? Czy ktoś chciałby odcinać się od życiodajnego
źródła?

A jednak tak!

Ta piękna, szlachetna i logiczna koncepcja bioregionalna nie działa. W Polsce dwa
najcenniejsze i może najpiękniejsze obszary przyrodnicze (i kulturowe) są nadmiernie
eksploatowane i ostatecznie degradowane. Przez kogo? Przez miejscową ludność, której
trudno wprost zarzucić wykorzenienie i brak związku z miejscem i tradycją. Chodzi o Tatry
i Puszczę Białowieską. Wielu (zbyt wielu) górali chętnie zamieniłoby Tatry na dobrze prosperujący
lunapark, gdzie nowoczesny turysta może wygodnie i bezwysiłkowo doświadczyć
„piękna i majestatu gór”. Puszczę Białowieską miejscowa ludność traktuje jak zwykły
las gospodarczy, który przede wszystkim ma dostarczać surowca drzewnego, czy leśnych
płodów. Miejscowym trudno jest zobaczyć w tym lesie inne wartości niż te związane
z jego funkcją produkcyjną.

Tatry i Puszcza Białowieska to dwa najbardziej wyraziste przykłady. Ale poza nimi jest
całe mnóstwo innych przypadków. Generalnie widać to przy okazji wprowadzania programu
NATURA 2000, który wywołuje niemal powszechny sprzeciw w lokalnych społecznościach
i samorządach. Z jakiegoś powodu ludzie uwierzyli, że ochrona przyrody, że
zachowanie przyrodniczego dziedzictwa jest przeciwko nim. No i mamy paradoks. Wielu
z tych lokalnych samorządowców, czy zwykłych mieszkańców, to prawdziwi miłośnicy
swojej ziemi. często z dziada pradziada zamieszkują swoją małą ojczyznę. A jednak,
gdy przychodzi co do czego, skłonni są sprzedać swój skarb za przysłowiową garść
srebrników.

Jak można to zrozumieć? Jak rozwikłać tę zagadkę?

Wiele wskazuje na to, że nasza troska i zaangażowanie zatrzymuje się na płocie naszej
posesji. Patrzymy na świat przez pryzmat wąsko i krótkoterminowo pojętego dobrobytu.
Dobre jest to, co pozwala się nam bogacić i poszerzać obszar naszego wpływu
i kontroli. To, co daje się zamienić na pieniądze, jest dobre, to, czego się nie daje zamienić
– jest bezwartościowe.

W tych zasadach kryje się jakieś uniwersalne ludzkie podejście do miejsca. Te zasady
przybierają ostatecznie postać konkretnej kultury i tradycji związanej z obszarem przyrodniczym,
ale prawdopodobnie większość z nich opierała się i opiera na bezwzględnej
eksploatacji zasobów naturalnych. Kiedyś Tatrom najbardziej zagrażał nadmierny wypas
bydła i owiec. Górale nie znali umiaru w prowadzonej przez siebie gospodarce. Podobnie
w Puszczy Białowieskiej – gdyby nie królewskie ograniczenia, z puszczą stałoby się to, co
z lasami wokół niej – zostałaby zamieniona na pola uprawne lub zwykły las gospodarczy.
To, co można eksploatować, wykorzystuje się do końca, to, czego nie można wykorzystać
– jest bez wartości. Jeśli więc formy ochrony przyrody pozostawiają jakieś miejsce
poza oddziaływaniem człowieka, to zamieniają je w coś bezużytecznego. I nie ma na to
zgody.

Kultura i tradycja nasiąkają oczywiście elementami przyrodniczymi: obecne są w nich
góry, lasy, rośliny i zwierzęta, ale ten „romantyzm” ostatecznie przegrywa z podejściem
utylitarnym. Z rozrzewnieniem możemy mówić o pięknie ziemi, wieszać landszafty na
ścianach, wzruszać się na widok sarenki, ale jak przychodzi co do czego – nie mamy
wątpliwości.

Jest też w tym pewien zadziwiający mechanizm psychologiczny. Otóż zawsze wydaje
się nam, że gdzie indziej jest lepiej. Nawet, jeśli mamy u siebie taką perłę jak Puszcza Białowieska,
to wydaje się, że ludzie gdzie indziej żyją lepiej, ciekawiej i wygodniej. To przekonanie
ciągle podsycane jest przez kulturę masową. W telewizji zawsze jest ciekawsze
życie niż to w lesie za oknem. Nawet, jeśli w telewizji wyświetlany jest film o puszczy!
Miejscowi ludzie są jakby ślepi na piękno i wartości wyższe miejsca, w którym przyszło
im żyć. Może dlatego, że miejsce to jest spostrzegane prawie wyłącznie w kategoriach
utylitarnych.

Jednym z podstawowych argumentów przeciwko ochronie miejscowej przyrody
podnoszonym przez samorządowców jest to, że zatrzymany zostanie rozwój. Miejscowi
ludzie oburzają się na to, że rzekomo chce się zamienić ich życie w skansen. To pokazuje,
czego tak naprawdę pragniemy: chcemy życia jak w telewizji, chcemy luksusu i wygody.
Im wyższe standardy związane z poziomem życia lansuje się w środkach masowego
przekazu, tym gorzej spostrzega się własną sytuację. Telewizja zasiewa w nas poczucie
nieszczęścia. Co ciekawe jednak, ci, którzy żyją w tym bajkowym świecie dobrobytu coraz
częściej tęsknią za skansenem i prostotą w otoczeniu nieskażonym przez cywilizację.
Zawsze chcemy czegoś, czego nie mamy; gdzie indziej zawsze jest lepiej.

Innymi słowy, nawet, jeśli jesteśmy mocno związani z lokalną kulturą i tradycją,
nawet, jeśli mówimy, że kochamy te góry i ten las, to jednak wiele wskazuje na to, że nasz
związek ze światem przyrody jest płytki i chętnie zamienimy go na telewizyjny miraż.

Podobny proces obserwujemy w naszym osobistym doświadczeniu. Najbliższym
nam kawałkiem dzikiej przyrody jest nasze ciało. Zależy nam na dobrostanie naszego
ciała, ale jednocześnie nie przeszkadza nam to palić papierosy, odżywiać się śmieciami,
mało odpoczywać, krótko spać i niewiele się ruszać. Degradujemy to, co jest nam najbliższe
i od czego zależymy.

Brakuje w tym logiki? No cóż, psychologowie już dawno zauważyli, że co jak co, ale
istota ludzka logiką raczej nie grzeszy.

Felietony Ryszarda Kulika z cyklu „Stąpając mocno po ziemi” jest dostępny tutaj.

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly