Felietony Ryszarda Kulika pokazują świat okiem ekologa-filozofa, bez liczb i wykresów, ale z głęboką wrażliwością na otaczający nas świat. Choć dla większość naszego społeczeństwa uznałaby te myśli za bardzo krytyczne i radykalne, niewątpliwie warte są refleksji.
Interesujące jest to, że raporty o stanie świata, w tym o kondycji człowieka nie przebijają
się medialnie do szerokiego odbiorcy. O tym wszystkim, co napisałem, nie dowiemy
się z pierwszych stron gazet, a nawet jeśli, to większość z nas obojętnie wzruszy ramionami
i przejdzie nad tym do porządku dziennego. Do ludzi w większości nie dociera to,
jak jest źle i w związku z tym nie zmieniają, nie chcą zmieniać swojego życia.
Dlaczego tak się dzieje? Otóż kryje się za tym ważny psychologiczny mechanizm,
który każdy z nas zna z codziennego życia. Chodzi o to, że bardzo lubimy mieć rację.
Uważamy, że nasz sposób postępowania jest właściwy i robimy wszystko, żeby potwierdzać
jego słuszność oraz podtrzymywać się w dobrym samopoczuciu. W kontekście kryzysu
ekologicznego przychodzi nam to o tyle łatwiej, że jego skutki są zwykle odroczone
w czasie, a sama katastrofa, która się nieuchronnie zbliża, ma znamiona katastrofy pełzającej,
a nie jednorazowego spektakularnego zdarzenia o wyraźnej i jednoznacznej
przyczynie. Zatem lubimy żyć tym życiem, którym żyjemy, lubimy czuć się dobrze i robimy
wszystko, by nie dostrzegać, jak kolejne nity wypadają z samolotu, którym lecimy, bo
przecież ciągle jeszcze on leci.
Jesteśmy mistrzami w podtrzymywaniu dobrego samopoczucia i przekonywaniu siebie,
że wszystko jest OK. Używki, cały przemysł rozrywkowy i nasze codzienne małe
i duże uzależnienia chronią nas przed tym, żeby spojrzeć prawdzie w oczy. Podobnie jak
alkoholik, nie widzimy problemu, nie potrafimy przyznać się do tego, że jesteśmy chorzy.
Zamiast tego po raz kolejny znieczulamy swoją świadomość i wprowadzamy się w stan
upojnej beztroski. Dlatego wolimy nie słuchać lub bagatelizować doniesienia tych okropnych
ekologów, którzy psują nam nastrój. Niech żyje bal! Zabawmy się na śmierć!
Co więc pozostaje? Chyba tylko czekać, aż wypadnięcie kolejnego, może nawet
niezbyt ważnego nitu spowoduje katastrofę samolotu. Wtedy nie będzie już można nie
dostrzegać problemu. To prawdziwie zbawienna sytuacja. Alkoholik też zwykle dostrze60
ga problem i udaje się na leczenie, gdy osiąga dno.
Czym jednak jest ten wszechobecny kryzys, który manifestuje się niemalże na każdym
kroku? Ci, którzy go widzą, w większości jednak traktują go jako coś, czego nie
powinno być. Kryzys, to coś złego, niewłaściwego i szkodliwego. Kryzys to destrukcja,
choroba, cierpienie i śmierć. To koniec pewnego stanu obecnego, czegoś, co trwało do
tej pory.
W historii naszej planety mieliśmy pięć tego typu dramatycznych epizodów, kiedy to
niemalże całe życie zostało zmiecione z powierzchni Ziemi. Oczywiście później się odradzało,
by załamać się podczas kolejnego wymierania. Ten schemat powtarzany jest na
innym poziomie codziennie w historii gatunków, poszczególnych osobników, a nawet
określonych procesów życiowych. Życie i śmierć, choroba i zdrowie, sukces i porażka, ale
też wdech i wydech, dzień i noc, skurcz i rozkurcz serca, wszystko to jest wpisane w uniwersalny
i odwieczny rytm wszechświata, który pulsuje na wszystkich poziomach swojego
istnienia: od atomu, poprzez komórkę, organizm, gatunek, aż po planety i galaktyki.
Wydaje się nawet, że kosmos jako taki również poddaje się temu pulsowaniu – właśnie,
po wielkim wybuchu, jesteśmy w fazie rozszerzania się wszechświata i kto wie, czy po
nim nie nastąpi jego kurczenie się i zapadanie. To prawdziwy wdech i wydech Absolutu.
Jaki to ma związek z kryzysem? Ano taki, że my, ludzie, z powodu naszego wewnętrznego
podzielenia, rozdzielamy ten naturalny proces i jednej części przypisujemy wartość
pozytywną, a drugiej negatywną. Rozwój, życie jest dobre, kryzys, śmierć są złe.
Ale kryzys jest jak najbardziej częścią wielkiego spektaklu życia, jest zarzewiem zmiany,
jest cudowną sposobnością, jest zapowiedzią nowego. Bo stare w końcu musi odejść
i zrobić miejsce nowemu. Żeby wyzdrowieć, najpierw trzeba zachorować – jak mawiał
pewien poeta. Trzeba doświadczyć tej choroby w pełni, jej bólu i cierpienia, a nie łykać
kolejną tabletkę przeciwbólową i udawać, że wszystko jest w porządku. Trzeba więc zachorować
i wierzyć w to, że choroba, że kryzys jest częścią procesu zdrowienia i że musi
mieć swoje miejsce, bo bez tego nie dokona się przemiana. Wietnamski mnich buddyjski
Thích Nh?t H?nh mówi, że jednym z najważniejszych zadań, jakie przed nami stoją,
jest „usłyszeć w sobie głos płaczącej Ziemi”. Ten głos jest naszym głosem, który póki
co tłumimy, wypuszczając się w kolejne cywilizacyjne poprawiacze nastroju. I dlatego
kryzys się pogłębia, dobijając się do bram naszej świadomości coraz bardziej wyraźnymi
sygnałami.
Taka perspektywa patrzenia na świat pozwala jednak na zachowanie niewzruszonego
spokoju umysłu oraz zaufania w mądrość procesu, który się toczy, jakkolwiek może
się on nam nie podobać.
To prawdziwa sztuka i niezmiernie ważna rzecz: czuć wyraźnie kamyk w bucie, doświadczać
„kryzysowej niewygody”, zmieniać swoje życie i jednocześnie mieć w sobie
spokój, który podpowiada, że żyjemy jednak na najlepszym ze światów…
Felietony Ryszarda Kulika z cyklu „Stąpając mocno po ziemi”
jest dostępny tutaj.








