Felietony Ryszarda Kulika pokazują świat okiem ekologa-filozofa, bez liczb i wykresów, ale z głęboką wrażliwością na otaczający nas świat. Choć dla większość naszego społeczeństwa uznałaby te myśli za bardzo krytyczne i radykalne, niewątpliwie warte są refleksji.
Jedno jest pewne: umrzemy. Każdy z nas w końcu musi się zmierzyć z perspektywą
nieuchronnego końca własnego życia, z tą wielką tajemnicą i paradoksem. Kto wie, czy
to zmaganie się z nieuchronnością własnej śmierci, a raczej lękiem przed nią, nie jest
motorem napędowym całej współczesnej cywilizacji. Zmaganie się ze śmiercią nie dotyczy
jednak wyłącznie naszego własnego odejścia, ale też sytuacji, w której inni umierają,
a my pozostajemy z uczuciami, które są dla nas trudne. Zostawmy jednak na moment
ludzi, ponieważ to, że odchodzą nasi najbliżsi, zdarza się w przeciągu naszego życia zaledwie
kilka razy, więc stosunkowo rzadko. Jakkolwiek te straty są najbardziej bolesne, to
jednak zostawmy na moment ludzi.
Odchodzą bowiem też wszystkie inne istoty. I mimo, że nic w tym nadzwyczajnego,
bo wszyscy bez wyjątku dzielimy nieuchronność śmierci (no może oprócz organizmów,
które nie rozmnażają się płciowo), to jednak odchodzenie innych istot w obecnych czasach
odbywa się na niespotykaną skalę – jak wiemy nazywane jest to wielkim wymieraniem
lub szóstą katastrofą. Odchodzą nie tylko gatunki, odchodzą również siedliska,
czyli miejsca, gdzie te gatunki do tej pory żyły. Gleba, powietrze, woda, całe krajobrazy
zostają zdegradowane, zatrute i zmienione. Coraz mniej jest dzikiej przyrody, coraz więcej
za to betonowo-stalowo-plastikowego porządku.
Większość ludzi może nawet o tym wie, ale specjalnie się tym nie przejmuje. No właśnie,
to zadziwiające zjawisko, bo ogrom cierpienia, jakie zadajemy musi w nas przecież
zostawiać jakieś ślady. I zostawia! Moja hipoteza jest taka, że każdy z nas oraz ludzkość
jako całość nosi na swoich barkach i w swoich sercach ogromne pokłady smutku, żalu,
rozpaczy, poczucia bezradności oraz poczucia winy, które wiążą się z tym, że jesteśmy
odpowiedzialni za pogrom życia.
Dlaczego zatem tak niewielu jest w stanie się do tych uczuć przyznać? Otóż działa
tutaj mechanizm psychologiczny, który chroni nas przed tym, co nieprzyjemne. Tak już
jesteśmy skonstruowani, że lubimy czuć się dobrze i że negatywne uczucia próbujemy
186
neutralizować. Stosujemy tutaj kilka technik: możemy nie dostrzegać, nie przyjmować
sygnałów, że coś jest nie tak. Unikamy zatem informacji, które pokazują, że przyroda
cierpi, a jeżeli nie da się już tych informacji dalej ignorować, możemy tak je zinterpretować,
że znowu możemy poczuć się dobrze. Możemy też nie przyznawać się do negatywnych
uczuć, które w nas pojawiają się, gdy to wszystko jednak do nas dociera.
Spychamy gdzieś głęboko te wszystkie trudne emocje i może się nam nawet wydawać,
że po prostu ich nie ma. To odcinanie się od uczuć, wypieranie ich i represjonowanie
nieuchronnie prowadzi do tego, że stajemy się coraz bardziej obojętni i zamrożeni. Nasz
związek z naturą jest więc coraz słabszy, bowiem brakuje w nim uczuć – i to nie tylko
tych trudnych. Również coraz mniej umiemy cieszyć się i zachwycać prostymi rzeczami.
Musimy wymyślać coraz lepsze sztuczki i niezwykłe atrakcje, by doświadczanie natury
było dla nas pociągające. Ostatecznie prowadzi to do tego, że wzruszamy ramionami,
gdy dzieje się coś niedobrego na naszych oczach i nie przejmujemy się tym, że obszar
cierpienia i zagłady jest coraz większy. W ten sposób nasze oddzielenie, obcość i brak
zaangażowania osiąga zatrważające rozmiary. Czy widzicie to wokół siebie?
Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Jest jeszcze bowiem inny mechanizm, który
w relacji sprawca – ofiara dodatkowo nakręca niekorzystną spiralę. Otóż sprawca
(a mam na myśli tutaj człowieka), zagłuszając własne poczucie winy próbuje obarczyć
odpowiedzialnością ofiarę za to, co ją spotkało. Sprawca rzadko bije się w pierś i zmienia
swój stosunek do ofiary. Najbardziej prawdopodobny jest wariant, że jeszcze bardziej
negatywnie się nastawia i deprecjonuje tego, który doznaje krzywdy. Dzięki temu oddala
od siebie poczucie winy i z drugiej strony uzyskuje uzasadnienie własnego nikczemnego
zachowania. Zauważcie, jak myśliwi mówią o zwierzętach i ich mordowaniu. Zwierzęta
sprowadza się do trofeum, a sam proceder nazywany jest zarządzaniem populacją
jakiegoś gatunku. Wiemy dobrze też, jaką złą sławą cieszą się wilki i inne drapieżniki.
Im bardziej postępowała ich eksterminacja, tym bardziej były spostrzegane jako krwiożercze
bestie. Zatrzymano się i opamiętano dopiero wtedy, gdy wilków, orłów, kruków,
niedźwiedzi i rysi zostało już naprawdę mało.
Widać więc wyraźnie, że im bardziej niszczymy przyrodę, tym bardziej niszczymy
przyrodę. Tak pewnie powiedziałby Kubuś Puchatek, choć wcale nie jest tutaj do śmiechu.
Im bardziej niszczymy, tym bardziej jesteśmy obojętni i tym bardziej musimy
siebie przekonywać, że jest to jedynie słuszna droga.
Co więc można z tym zrobić? Co każdy z nas może z tym zrobić? Zbawienne tutaj
może okazać się otwarcie się na to, co jest. A co jest? Ano: smutek, rozpacz, żal, poczucie
winy. Zamiast uciekać o tego wszystkiego, trzeba się w końcu z tym skonfrontować.
Spojrzeć prawdzie w oczy. Dopuścić do siebie uczucia. Specjalnie nie trzeba się tutaj jakoś
starać czy wysilać. Właśnie dobrze jest nie robić nic. Ciągle przecież coś robimy, żeby je
zagłuszyć. Bardzo się staramy i sporo energii na to poświęcamy. Trzeba inaczej. Trzeba
pozwolić sobie na ich doświadczenie. Trzeba otworzyć się. Generalna i podstawowa zasada,
którą dobrze jest stosować wobec naszych emocji jest taka: im mniej się przy nich
kombinuje, tym lepiej. Zamiast przy nich majstrować, uczmy się je szanować, przeżywać
i mieścić je w sobie. Dokładnie tak samo, jak przyrodę wokół nas. To bardzo proste, choć
właśnie proste rzeczy są dla nas najtrudniejsze, bo my lubimy sobie komplikować życie.
Przeżycie żalu po stracie, doświadczenie smutku i cierpienia otwiera serce i pozwala
odczuć ożywczy przepływ życia. To prawdziwy punkt zwrotny na drodze do odkrycia
Wielkiej Wspólnoty Życia. Po tamtej stronie już nie ma obojętności, nie ma tej ślepej agresji
i wojny przeciwko życiu.
Ale jeszcze raz: droga do tego miejsca wiedzie poprzez smutek i rozpacz, które
w sobie niechybnie nosimy, jak worek kamieni, jak kamyk w bucie.
Wietnamski mnich buddyjski Thích Nhất Hạnh mówi w tym kontekście, że najważniejszą
rzeczą, jaką musimy zrobić, to „usłyszeć w sobie głos płaczącej Ziemi”. To poetyckie
określenie wskazuje na warunek, jaki musi być spełniony, by dokonała się rzeczywista
przemiana w świecie. Zmiana obecnej sytuacji wymaga naszej wewnętrznej przemiany,
gdzie pozwolenie sobie na przeżycie trudnych uczuć smutku, rozpaczy i żalu otwiera nasze
skamieniałe serce na życie. Otwiera nas na nas samych oraz na otaczający świat. I nie
chodzi tu o jakieś cierpiętnictwo, o katowanie się negatywnymi emocjami. Chodzi wyłącznie
o otwarcie się na to, co jest, chodzi o uczciwe i proste skonfrontowanie się z tym,
co do tej pory skrzętnie ukrywaliśmy, bojąc się, że to doświadczenie będzie zbyt trudne.
I jakkolwiek jest trudne, to ostatecznie otwiera nas ono na bogactwo doznań, również
tych pozytywnych, które przynosi z sobą zwykłe i proste życie. Otwiera nas na emocje,
które pozwalają nam w pełni zakorzenić się w życiu, docenić jego wartość, zaangażować
się w jego obronę. Doświadczenie cierpienia roztapia naszą obojętność, dzięki czemu
powracamy do życia.
Jak co roku, podczas Święta Zmarłych zapalę kadzidełko dla wszystkich istot, dla Ziemi.
Ale robię to nie tylko dla nich, robię to też dla siebie, żeby nie zobojętnieć, żeby doświadczać
tego, co jest. Dla nich, dla siebie – przestaje mieć znaczenie.
WSZYSTKO JEDNO!
Felietony Ryszarda Kulika z cyklu „Stąpając mocno po ziemi” jest dostępny tutaj.








