Felietony Ryszarda Kulika pokazują świat okiem ekologa-filozofa, bez liczb i wykresów, ale z głęboką wrażliwością na otaczający nas świat. Choć dla większość naszego społeczeństwa uznałaby te myśli za bardzo krytyczne i radykalne, niewątpliwie warte są refleksji.
Cóż to za szalone pytanie! Jak można poddawać w wątpliwość zabiegi, które mają
chronić ludzi, zwierzęta gospodarskie czy zgromadzony majątek? Jeśli przychodzi woda,
mała lub wielka, to trzeba robić wszystko, by ograniczyć, a jak się da, to zniwelować
zagrożenie.
Powódź, która nawiedza Polskę co kilka lat prowokuje ludzi do refleksji i działań dotyczących
coraz lepszej i skuteczniejszej obrony przed wielką wodą. Ech, gdybyśmy tak
mieli nieograniczone fundusze, można by przeprowadzić te wszystkie inwestycje, które
odkładaliśmy do tej pory, a których brak spowodował dramatyczne skutki. Spróbujmy
jednak puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie taką rzeczywistość, która w sposób doskonały
chroni nas przed powodziami.
Gdybyśmy tak wyprostowali wszystkie rzeki, jednocześnie obudowując je wysokimi,
nowoczesnymi wałami, gdybyśmy uczynili z nich wybetonowane rynny, to wtedy żadna
woda nie mogłaby nam zagrozić. Każdy większy deszcz, czy gwałtowny roztop śniegu
szybko zostałby przetransportowany wprost do morza. Gdyby w pobliżu rzek i wałów
wykarczować całą roślinność, ponieważ utrudnia ona szybki spływ wody, przewężając
koryto i akumulując osady, to mielibyśmy spokojną głowę. Gdyby w pobliżu wałów powystrzelać,
wytruć czy w inny jeszcze sposób zlikwidować wszystkie bobry, piżmaki,
nornice, krety, myszy, dżdżownice i inne żywe organizmy naruszające strukturę wałów,
to moglibyśmy w końcu spać spokojnie – wały by nie rozmiękały i nie groziłoby nam ich
przerwanie. Gdyby tego jeszcze było za mało, moglibyśmy zbudować ogromne zbiorniki
retencyjne, które gromadziłyby nadmiar wody i redukowałyby do zera ryzyko powodzi.
A gdyby przyszły naprawdę solidne deszcze? Może wtedy nasi, a najlepiej amerykańscy
naukowcy wymyśliliby naprawdę skuteczne metody wpływania na pogodę. To byłaby
prawdziwa rewolucja – nie ograniczanie skutków, tylko sięgnięcie do samej przyczyny.
Deszcz na zawołanie, błękitne niebo na życzenie. Czy coś wtedy mogłoby nam jeszcze
zagrozić?
Gdyby te wszystkie marzenia się spełniły, gdyby te ambitne, ale jakże szlachetne i ze
wszech miar korzystne cele zostały zrealizowane, to wtedy ze spokojną głową moglibyśmy
robić to, czego tak pragniemy: budować domy tam, gdzie się nam zachce, mieć
piękne osiedla z oknami skierowanymi na płynącą rzekę. Ale przede wszystkim moglibyśmy
mieć pod kontrolą całą rzeczywistość. To jest sen, który musi się spełnić. To pragnienie,
które kieruje niemal każdym naszym krokiem, które stoi u podstaw całego rozwoju
cywilizacyjnego. Ech, tak by się chciało…
Gdy dotyka nas powódź, gdy jesteśmy boleśnie zranieni przez naturę, tym bardziej,
z większym zaangażowaniem będziemy wcielać w życie tę piękną i ambitną wizję. Niech
w końcu ziści się nasze pragnienie. Niech cały świat legnie u naszych stóp! Niech już
nigdy nie będzie źle.
Ktoś powie, że ten program jest nierealny. Ale to jeszcze pół biedy. On jest najzwyczajniej
zabójczy – dla nas. Gdyby jakimś cudem udało się go wprowadzić w życie, już
bylibyśmy martwi.
Przypomina to sytuację, w której paląc codziennie po kilka paczek papierosów, odżywiając
się tłusto i siedząc w bezruchu, decydujemy się walczyć z potencjalnym zawałem
serca, wyrzucając je z własnej klatki piersiowej i zastępując najnowocześniejszą maszyną,
o której wiemy, że nigdy się nie zatka i nie zepsuje.
Czy to jest dobry pomysł – walczyć z własnym sercem, bronić się przed nim, gdy do
oczu skacze, że to my sami jesteśmy sprawcami nieszczęścia?
Jeśli idziemy na wojnę z rzekami, bo rzekomo nam zagrażają, to niechybnie prowokujemy
jeszcze większe kłopoty. Co ciekawe, nie pomagają tutaj najbardziej nawet rozsądne
argumenty, analizy naukowe, wypowiedzi specjalistów, czy przykłady chociażby
z Europy Zachodniej, gdzie zamiast ujarzmiania rzek (jak kiedyś) stopniowo się je renaturalizuje.
Dlaczego to do nas nie dociera?
Po raz kolejny widać, że ponad wszystko pragniemy mieć rację. Wolimy cierpieć,
a wielu z nas nawet zginąć, byleby postawić na swoim. To jeden z najbardziej zadziwiających,
ale też i uniwersalnych mechanizmów psychologicznych. Jesteśmy stronniczy
i zapatrzeni w siebie – taką właściwością obdarzyła nas natura, bo do pewnego stopnia
jest to przystosowawcze – nazywamy to zdrowym narcyzmem. Ale w nadmiarze, jak
wiemy, ta tendencja szkodzi. Dlatego też dramatyczne sytuacje, tragedie czy momenty
kryzysowe są dla nas szansą na zmianę, na odstąpienie od własnego stanowiska. Co
jednak sprawia, że część z nas nie jest nawet wtedy skłonna zrewidować swoich przekonań?
Są dwie możliwości: albo tragedia nie była wystarczająco dotkliwa, albo człowiek
tak bardzo tkwi w schemacie walki – obrony, że nie jest dla niego możliwy inny sposób
funkcjonowania. Tacy ludzie ciągle czują się zagrożeni, ale paradoksalnie sami prowokują
to zagrożenie po to, by uzasadniać nieustanną potrzebę walki i totalnej kontroli. Tutaj
można by zapytać dalej: skąd taka silna tendencja do utrzymywania schematu walki –
obrony? Wiedza psychologiczna sugeruje, że stoi za tym słabość struktury „ja”. Wczesne,
dziecięce zranienia i traumy przekładają się na kurczowe trzymanie się obron, które mają
chronić przed potencjalnym zranieniem. Im słabsze „ja”, tym paradoksalnie silniejsza
tendencja do walki, do manipulowania i kontrolowania rzeczywistości. „Odpuszczanie”
sobie jest możliwe wyłącznie, gdy człowiek nie czuje się zbyt zagrożony, a głównym źródłem
zagrożenia jest zawsze własna osoba z dominującym rysem charakterologicznym.
To, co napisałem, nie dotyczy wyłącznie relacji międzyludzkich, ale również naszej relacji
ze światem. Dzisiaj psychologowie podkreślają coraz wyraźniej, że mamy do czynienia
z epidemią postaw i zaburzeń narcystycznych, które charakteryzują jednostki o słabym
i niepełnym „ja”. Nie tylko coraz więcej ludzi manifestuje takie skłonności, ale też dostrzegamy,
że nasza cywilizacja staje się coraz bardziej narcystyczna. Usilne i nadmiarowe
budowanie własnej przewagi oraz próba kontrolowania w coraz większym stopniu
rzeczywistości są przesiąknięte narcystyczną trucizną.
Jeśli więc po powodzi, która ludziom zabrała domy i dorobek całego życia, ci sami
ludzie z pomocą państwa odbudowują swoje dominium w tym samym miejscu, to zachowują
się jak małe dziecko, które za wszelką cenę chce postawić na swoim, choć prowokuje
to większe kłopoty w przyszłości.
Wojna trwa, wyzwanie zostało rzucone, kolejny cykl eskalacji szaleństwa został rozpoczęty.
Zaraz pokażemy, że przyroda z nami nie wygra, że jesteśmy w stanie obronić się
przed każdym zagrożeniem.
Pytanie jest jednak takie: kto komu zagraża? Czy rzeki nam zagrażają?
Rzeka nie ma oczywiście intencji wyrządzenia komukolwiek szkody; nie ma złej woli,
ani jakiejś ukrytej złości na nas. Rzeka ma swój rytm wezbrań i opadania. To jej oddech,
który podobny jest do naszego, to właściwy jej puls, którym wibruje również wszystko
wokół: atomy, drzewa, oceany czy pory roku. Powódź jest wyłącznie zjawiskiem ludzkim.
Jest skutkiem naszych własnych działań – nadmiarowych tendencji do bronienia się
przed życiem z jego różnorodnością. Kto zatem zagraża komu?
Największym zagrożeniem dla nas jesteśmy my sami. Odcinając od siebie kolejne obszary
dzikości i naturalności, coraz bardziej osłabiamy nasze wątłe „ja”. Budujemy coraz
większy mur mający nas uchronić przed złym światem, choć to rozpoznanie jest iluzją,
a sam mur powoduje coraz większe cierpienie dla nas samych i dla tego, co wokół nas.
Dlatego, jeśli uważamy, że musimy bronić się przed powodzią, to oznacza, że uczestniczymy
w jakimś koszmarnym tańcu, w jakiś cyklicznym dramacie, który sami prowokujemy.
Zamiast więc walczyć z rzeką, najlepsze, co możemy zrobić, to odkryć ją w sobie,
stać się nią i zrobić to, co ona – dostosować się do tego, co jest. Woda zawsze idealnie
i bezwysiłkowo wpasowuje się w warunki. Dla nas oznacza to pójście tam, gdzie możemy
być w najlepszej zgodzie z tym, co jest. Gdzie nas chcą. To z pewnością nie jest rzeczna
dolina. W zgodzie z miejscem, z rzekami, chmurami, lasami, zwierzętami i ludźmi nasze
„ja” ma też znacznie większe szanse, by dojrzeć, stać się prawdziwie mocne i tak bardzo
nie bronić się przed życiem. W takich warunkach nasz toksyczny narcyzm rozpływa się
jak nocny koszmar w świetle porannego słońca.
Póki co jednak wojna trwa. My, ludzie, pokażemy tym rzekom takiego „wała”. O!
Ciekawe, jak długo jeszcze.
Felietony Ryszarda Kulika z cyklu „Stąpając mocno po ziemi” jest dostępny tutaj.








