Artykuly

Richard Heinberg: Ktoś to musi zrobić

earth-puzzleWielkim problemem stojącym przed tymi, którzy chcą uratować świat jest to, że ludzie wcale nie chcą nic zmieniać. Po drugie zaś, Ci, którzy próbują go ratować, nie zgadzają się co do tego, dlaczego właściwie należy go ratować i jak się do tego zabrać.

Kiedy mówię o „uratowaniu świata”, mam na myśli zapobieżenie rozpadowi ludzkiej cywilizacji w chaotyczny, gwałtowny sposób, który przyniesie niezmierzoną ilość przemocy, cierpień i śmierci. Mam na myśli także zachowanie otaczającej nas przyrody, ograniczenia do minimum wymierania gatunków i utraty ekosystemów.

Uważam też, że oba te priorytety są równie ważne, i są blisko ze sobą powiązane: jeśli cywilizacja rozpadnie się w chaotyczny sposób, siedem miliardów desperacko próbujących walczyć o przeżycie ludzi doprowadzi do niewyobrażalnego niszczenia pozostałych ekosystemów; jeśli zaś to przyroda podda się najpierw, oznacza to, że cywilizacja również upadnie, gdyż od jej ekosystemów zależymy bezwarunkowo, o czym czasem wielu ludzi wydaje się zapominać.

Nie wszyscy są tego zdania, bez wątpienia na świecie jest wielu humanitarnie nastawionych ludzi, którzy uważają, że celem jest wzrost gospodarczy we wszystkich krajach i naśladowanie przez miliardy ludzi amerykańskiego modelu życia, a jeśli już świat należy zbawić, to od takich jak my, którzy ostrzegają przed wykładniczym wiecznym wzrostem populacji czy problemami z przyjmowaniem modelu konsumpcyjnego na całym świecie.

Jeśli społeczność próbujących uratować świat nie może wspólnie ustalić, co jest nie tak, nie wypracujemy wspólnych rozwiązań, a nasze wysiłki będą niespójne, a być może nawet nawzajem się wykluczające.

Próbując uratować świat i przekazując ludziom wiedzę o sytuacji i kierunku, w którym zdążamy, stajemy przed dylematem: czy powinniśmy mówić całą prawdę bez owijania w bawełnę, czy raczej tak stonować komunikat, aby mógł być ogólnie przyjmowany? Rozumiecie, większość ludzi nie lubi niemiłych, a nawet groźnych informacji, nie chcą też słuchać o problemach, dla których nie ma łatwych i gotowych rozwiązań. Tak więc próbujący uratować świat często próbują przykroić swoje wystąpienia publiczne tak, aby nie wystraszyć słuchaczy i nie wprowadzić ich w stan desperacji i paraliżu. Jak wiele razy mówiono mi „Bądź pozytywny! Podkreślaj rozwiązania”.

A jednak wiele razy siadałem w cztery oczy z aktywistami, których teksty są lekturą myślenia pozytywnego i aż kipią od rozwiązań, po czym w szczerej konwersacji okazywało się, że właściwie to uważają, że nasz gatunek ma niewielkie szanse na uniknięcie potężnej katastrofy, być może nawet wymarcia.

Trudno to zbalansować. Jeśli będziesz mówić prawdę prosto z mostu, nie będziesz zapraszany na seminaria, a politycy będą cię unikać jak zarazy. Jeśli posłodzisz przekaz, będziesz musiał żyć z wiedzą, że większość ludzi na planecie żyje w absolutnej nieświadomości, co ma się im i ich dzieciom wkrótce przytrafić, a tym im tego nie mówisz.

Dziś, w czasach kryzysu ekonomicznego, szczególnie trudno jest zwrócić uwagę ludzi na kwestie środowiska, kiedy zagrożony jest ich byt ekonomiczny; można więc powiedzieć, że w tej sytuacji ludzie przestają myśleć długoterminowo, a duże, trudne i złożone kwestie są unikane. „Misie polarne? A kogo to obchodzi! Jestem bezrobotny!”

A teraz jeszcze doszedł kolejny element: kryzys finansowy podkreślił niewygodną prawdę, że obecna ścieżka, którą podążamy nie może dalej trwać. To już nie jest kwestia mówienia ludziom, że powinni ograniczyć konsumpcję. Oni już ją ograniczają – nie mogą pozwolić sobie na samochody, podróże, i inne rzeczy związane ze zużywaniem zasobów i emisjami węglowymi. Czy w związku z tym powinniśmy dostosować nasz przekaz?

ang więcej w postcarbon

Podobne wpisy

Więcej w Artykuly