Dwa lata temu Malediwy były pierwszym państwem, które otworzyło swoją ambasadę na wirtualnej wyspie w grze Second Life. To, co wtedy było chwytem marketingowym, może jednak stać się rzeczywistością w nadchodzących dekadach, gdy podnoszący się poziom wód oceanicznych zredukuje cały kraj do stanu wirtualnego. Światowe emisje gazów cieplarnianych już skazały mieszkańców Malediwów na podwodną przyszłość: ekspansja oceanu, spowodowana ociepleniem klimatu, podniosła poziom jego wód na tyle, że systematycznie zatapia on część wysp należących do archipelagu. Topnienie lodowców na pewno nie polepszy sprawy.
Zgodnie z prognozami wiodących modeli klimatycznych, ze względu na stale podnoszący się poziom oceanu, Malediwy staną się niezdatne do życia w roku 2070, 2050 lub nawet w 2030. Mieszkańcy nie zamierzają jednak poddać się bez walki. Powstał już ambitny plan ochrony wysp. Czy dzięki niemu uda się powstrzymać ocean?

Zgodnie z teorią powstawania atoli Darwina, Malediwy zapoczątkowała obecność ciągu wulkanów, wokół których powoli narastała rafa koralowa. Z czasem, gdy wulkany osiadały, a poziom oceanu się podnosił, na powierzchni widoczna była jedynie rafa koralowa, która stale się rozrastała, by pozostać w zasięgu światła słonecznego oraz ciepłych wód przy powierzchni. Z czasem szczątki koralowców oraz naniesiony piasek uformowały płytko osadzone wyspy. Obecnie 26 tak powstałych atoli tworzy 1196 wysp – 200 z nich jest stale zamieszkanych. Malediwy są najniżej położonym krajem na świcie – 80 procent ich powierzchni znajduje się zaledwie 1 metr nad poziomem morza. Najwyżej położony punkt ma wysokość 2.3 metra. Wiele z tych wysp to po prostu piaszczyste łachy, które są okresowo zalewane. Dlatego też mieszkańcy Malediwów nazywają swój kraj „Woden adhi Girun”, co znaczy „kraj, który pojawia się i znika”.
Niestety, w ciągu ostatnich 15 lat coraz więcej wysepek znika w oceanie i już się nie pojawia. Ze względu na ocieplenie klimatu, roztapianie się lodowców oraz zwiększanie się objętości wody wraz z temperaturą, poziom oceanów się podnosi, a rafa koralowa w cieplejszej wodzie przyrasta znacznie wolniej. Tym samym wysepki położone na rafie są coraz bardziej narażone na powodzie, zaś fale, zwłaszcza te sztormowe, przyspieszają erozję wybrzeża.
Wszystko to nie pozostaje bez wpływu na populację ludzką na tych obszarach. Drogi i domy rozpadają się, malownicze palmy kokosowe są wymywane z plaż, wody gruntowe są zanieczyszczone słoną wodą z oceanu i stają się niezdatne do picia. Jak dotąd ludzie byli zmuszeni do opuszczenia 20 wysp, głównie po nadejściu olbrzymiej fali tsunami z roku 2004.
W roku 1990 ówczesny prezydent Malediwów, Maumoon Gayoom, zaproponował program wybudowania sztucznych zapór na obrzeżach rafy, by ochronić wyspy przed falami powodziowymi. Jak na ironię, takie działanie tylko pogorszyłoby sprawę. Rafa do życia potrzebuje stałego ruchu wody – bez niego koralowce umierają. Zabudowanie wysp wielkimi ścianami, unieruchomiłoby wodę wewnątrz, zabijając koralowce i pozbawiając wyspy ich naturalnej ochrony przed erozją.
Obecny prezydent, Mohamed Nasheed, zamierza chronić wyspy poprzez wspieranie naturalnych procesów – tj. narastania rafy koralowej oraz rozwoju roślinności na wybrzeżu. Nasuwa się jednak pytanie: czy nie jest już za późno na taką ochronę?
Istnieje jednak inna szansa dla rafy i tym samym dla Malediwów. Robert Tomasetti, naukowiec zajmujący się biologią morza, prowadzi obecnie eksperyment z użyciem ciepłolubnych koralowców, zaszczepionych na betonowych ramach lub skorupach. Wzrost rafy jest stymulowany za pomocą elektrycznych impulsów o niskim napięciu. Gdyby udało się zastosować to rozwiązanie na większą skalę, to mogłoby ono ocalić rafę koralową przed wymarciem, zabezpieczyć wyspy przed erozją lub chociaż dać wyspiarzom trochę więcej czasu na poszukiwanie nowych rozwiązań.
Niestety, na razie rozwój eksperymentu Tomasetti’ego jest zatrważająco powolny. Naukowiec nie ma odpowiedniego wyposażenia, by próbować przeszczepiać nowy gatunek koralowca na żywej rafie. Obecnie eksperyment robi wrażenie głównie na turystach. Inni naukowcy obawiają się jednak, że zastosowanie tej metody na większą skalę jest niemożliwe ze względu na brak odpowiedniej technologii.
Ogromne straty podczas tsunami spowodowane były także tym, że naturalna ochrona wysp, tj. rafa koralowa oraz lasy namorzynowe, eksploatowane były przez wyspiarzy jako materiał budowlany. Odpowiednie zarządzanie roślinnością na wybrzeżu powinno odnowić tę barierę tak, by w ciągu od 5 do 10 lat widoczne już były jakieś efekty. Lokalna organizacja ekologiczna, Bluepeace, uważa jednak, że nie ma czasu na takie zabiegi i należy zająć się problemem mieszkańców na większą skalę. Według jej członków w pobliżu powinno się wybudować siedem sztucznych wysp, tak by lokalna ludność mogła się na nie przenieść, gdy zostaną zalane ich rodzime wyspy. Jedna taka wyspa, Hulhumalé, została już utworzona w roku 2004. Jest wyniesiona na 3 metry ponad poziom morza, co powinno starczyć na co najmniej sto lat. Niestety, koszt takiej inwestycji jest ogromny i rząd nie ma zamiaru jej powtarzać. Dodatkowo obecność sztucznej wyspy, poprzez zaburzanie naturalnych prądów, przyspiesza erozję wysp z nią sąsiadujących.
Prezydent Nasheed zdaje sobie sprawę z tego, że prędzej czy później ocean pochłonie zarówno naturalne jak i sztuczne wyspy. Dlatego też założył specjalny fundusz, by umożliwić swemu państwu kupno ziemi gdzie indziej, gdy Malediwy zostaną zupełnie zalane.
Nie ważne jednak, jak bardzo będą zabezpieczać się mieszkańcy Malediwów, gdyż ich los leży w rękach reszty świata. To my emitujemy gazy cieplarniane, które przyspieszają ocieplenie klimatu i jeśli nie ograniczymy emisji, to nic nie powstrzyma globalnego ocieplenia.
więcej w newscientist









