Nie ma nowoczesnej gospodarki bez efektywności. Usprawnianie działań na każdym etapie życia gospodarczego jest niczym tlen w atmosferze i pozwala firmom realizować podstawowy cel ich istnienia, czyli maksymalizować zysk. W świecie ograniczeń – trudniej dostępnych i gorszej jakości surowców – procesy muszą być efektywne. Potrzebujemy zatem być jeszcze bardziej wydajni, sprawniej zarządzać surowcami, bardziej optymalizować procesy produkcyjne i zarządcze. Trend ku jeszcze większej wydajności nikogo zatem nie zaskakuje. Z drugiej strony w naszym myśleniu nie powinno brakować choćby krzty sceptycyzmu. Zwłaszcza, na co wskazuje nasza codzienna praktyka, że efektywność może mieć też swoje złe strony.
Już u progu ery industrialnej angielski logik i ekonomista William Stanley Jevons zauważył, że zwiększenie wydajności spalania węgla niekoniecznie prowadzi do oszczędności. W latach 60. XIX wieku naukowiec przyglądał się zużyciu węgla w Wielkiej Brytanii, a swoje wnioski zamieścił w książce „Kwestia węglowa”. To w niej pisze, że surowiec nie jest nieskończony i przewiduje, że jego zasoby będą się stopniowo wyczerpywać. Nurtowało go tym samym czy bardziej wydajne jego wykorzystywanie pozwoli dłużej eksploatować dostępne pokłady węgla w kraju z którego pochodził. Wnioski jego badań były zaskakujące ponieważ przeczyły zwyczajowemu myśleniu. Jevons wskazał, że wzrost efektywności prowadzi do wzrostu ilości zużywanego surowca.
Paradoks opisany przez Jevonsa trudno zaobserwować, ponieważ wymaga jednego istotnego czynnika – czasu. W nowoczesnych, połączonych niemal nieskończonymi zależnościami gospodarkach, złożoność powoduje, że zmiany wymagają czasu właśnie na zamanifestowanie się. Za dobry przykład służyć może kryzys naftowy z 1979 roku oraz jego następstwa. Pokazuje bowiem jak oddziaływać na siebie mogą wydajność i eksploatacja strategicznego surowca, jakim jest ropa naftowa.
W 1979 roku konsumpcja ropy w Stanach Zjednoczonych osiąga rekordowo wysoki poziom. Zatrzymuje ją kryzys paliwowy, którego bezpośrednim następstwem jest nagły spadek popytu na surowiec. Reakcją administracji Jimmiego Cartera wobec kryzysu są nowe regulacje dotyczące ekonomiki eksploatacji pojazdów spalinowych. Przepisy zakładają limity dla spalania paliwa, wagi komponentów pojazdu i faktycznie redukują koszt eksploatacji samochodu oraz konsumpcję paliw. Ale stają się też zachętą do częstszego korzystania z samochodu i wzmacniają prymat tego środka transportu wśród Amerykanów. W 1991 roku, mimo wdrożenia rozwiązań służących efektywnemu eksploatowaniu aut, szczyt konsumpcji sprzed 12 lat – mierzony liczbą baryłek ropy – zostaje przekroczony.
Co się stało? Dlaczego, mimo zastosowanych rozwiązań ograniczających konsumpcję paliw, po dwunastu latach otrzymano rezultat inny od oczekiwanego? Przyczyną jest cały ciąg zależności przyczynowo – skutkowych, w tym wzrost wydajności pracy silnika (mierzony poborem mocy w relacji do jego masy), który przełożył się na tańszą i szybszą jazdę i w połączeniu z nowymi rozwiązaniami w zakresie bezpieczeństwa stworzył impuls do dynamicznego wzrostu rynku samochodów sportowych oraz rozwoju motoryzacji jako takiej. Nowe auta stały się szybsze, tańsze w eksploatacji i lżejsze dzięki komponentom nowej generacji. Miały zdobywać rynek i w mniejszym stopniu drenować kieszenie nabywców. I to właśnie jego wzrost zneutralizował osiągnięte drogą regulacji i technologii usprawnienia oraz oszczędności.
Współcześnie siłą o niebagatelnym znaczeniu jest marketing. To dzięki niemu biznesowe ekosystemy cechują się elastycznością, a ograniczenia przekuwane są w korzyści. Dlatego też nietrudno jest dostrzec aktywność instytucji finansowych, które zachęcają do atrakcyjnych rozwiązań przy kupnie lub leasingu, a dealerzy do nowych linii produktowych – SUVów, pick-upów, camperów. I mimo, że są one produkowane zgodne z narzuconymi regulacjami, to często bywają większe i masywniejsze od klasycznych sedanów i hatchbacków. Efekt jest taki, że więcej generowanej przez silnik mocy idzie w przysłowiowy gwizdek. Mówiąc dalej, kwestią czasu wydaje się być złamanie ostatnich historycznie wysokich poziomów konsumpcji ropy (dla najbardziej rozwiniętego rynku motoryzacyjnego, tj. USA przypadł w 2007 roku). No, chyba, że nie starczy na to ropy…
Również wskaźnik waga samochód/pasażer historycznie zmienia się na naszą niekorzyść. Tą energetyczną. W USA dla jednego z pierwszych modeli aut, T od Forda wynosił on 7,7, ale dla nowej Toyoty Camry jest równy 20, a pickupa Forda F150 aż 32. Nie bez znaczenia są zmiany stylu życia i zachowań użytkowników samochodów. Mamy ich więcej, częściej jeździmy sami, a ludzie są mniej skłonni do korzystania z komunikacji miejskiej. Według amerykańskiego Censusa trzy czwarte obywateli USA jeździ do pracy w pojedynkę (dane za 2012 rok), a carpooling, czyli wspólna jazda samochodem, spadł do historycznie niskiego poziomu (o 8% w porównaniu z 1980 rokiem). W Polsce, w której na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat znacząco wzrosła liczba samochodów, zjawiska te występują z tym samym, o ile nie większym nasileniem.
Dziedziną, która z czasem wyraźniej ujawnia negatywne strony zwiększania wydajności jest współczesne, wielkoprzemysłowe rolnictwo. Owszem, zawdzięczamy mu obfitość jedzenia na sklepowych półkach, w galeriach handlowych i naszych kuchniach. Nieco inaczej jednak postrzegają tę sytuację pszczoły i inne zapylacze. Nasz zbytek jest coraz częściej ich niedostatkiem. Rozległe obszary anektowane przez intensywnie zorientowaną agrokulturę ograniczają przestrzeń dla ekosystemów, które są niezbędne do właściwego funkcjonowania tych owadów. Nie sprzyja im też forsowna chemizacja rolnictwa. Chronione środkami chemicznymi monokulturowe uprawy nie dość, że nie zapewniają owadom zróżnicowanego pożywienia, to często stoją za chorobami o podłożu immunologicznym i w konsekwencji prowadzą do masowego wymierania. Niemcy, których agrokultura jest “wzorcowo” chemizowana, doświadczyli w ostatnich latach drastycznego spadku pszczelej populacji. Ostatnie badania alarmują, że u typowych przedstawicieli koloni pszczół miodnych można znaleźć aż 120 pestycydów. Albert Einstein mawiał, że ludzi czeka nieprzyjemny los kiedy znikną pszczoły. Dziś wiemy, że zapewniają nam jedną trzecią żywności, która trafia na nasze stoły. Trzeba to mieć na uwadze, bo owad ten ponosi coraz większe straty w rywalizacji z pszenicą, kukurydzą, soją, przemysłem rolno-spożywczym i sposobem myślenia, który je wspiera.
Konsekwencji wzrostu wydajności w rolnictwie doświadczają też ptaki. Giną, ponieważ mają coraz mniej pożywienia. W jednym z niedawnych numerów magazyn Nature informuje, że ich populacje maleją szybciej w miejscach, gdzie używa się więcej pestycydów i środków ochrony roślin uprawnych. Dzieje się tak ponieważ z pól eliminowane są między innymi insekty, naturalne pożywienie ptaków. Kiedy przewodniczący KPCh Mao TseTung uznał wróble za wroga ludu, naród przystąpił do zwalczania „szkodnika”. Po kilku latach, kiedy populacja ptaków drastycznie spadła, przyszła plaga szarańczy i spowodowała ogromne straty w zbiorach. Współczesne stosowanie środków chemii rolniczej, mimo doraźnych korzyści może mieć jeszcze większy zakres rażenia niż wojna Mao przeciw wróblom. Nie daje szansy ani insektom, ani ptakom i przypuszczalnie ma jeszcze poważniejsze dalekosiężne skutki niż się nam wydaje. Regularne, intensywne stosowanie chemii niszczy naturalne ekosystemy i zamyka cykl ich funkcjonowania. Przyroda w jej tendencji do szukania równowagi przestaje działać, a to oznacza coraz większą zależność od tego co sami wytwarzamy i zwiększa koszty naszych działań. A pamiętać należy, że wiele usług biosfery uznajemy za darmowe. Kiedy te zawodzą, to koszt bez wątpienia musi ponieść też człowiek.
Dążenie do podnoszenia wydajności nie jest wyłącznie domeną gospodarki przełomu XX i XXI wieku. Można rzec, że postawa ta wyróżnia działania ludzi i instytucje przynajmniej od początków rewolucji przemysłowej. To wtedy Karol Marks przestrzegał przed konsekwencjami industrializacji. Miała ona – zdaniem myśliciela – prowadzić do masowej pauperyzacji i drenażu miejsc pracy. Przyczyną miała być zmechanizowana, wielkoskalowa i efektywna produkcja dóbr. Najbliższa przyszłość zakpiła jednak z niemieckiego intelektualisty. Wiek XX, właśnie dzięki wydajnej produkcji dowiódł, że jest ona bezpośrednią przyczyną kreacji nowych miejsc pracy. Pojawiają się jednak głosy, że nowe stulecie ma być już inne. Naukowcy z MIT Sloan School of Management, Erik Brynjolfsson i Andrew McAfee ostrzegają, że ostatni przełom wieków wyznacza nowy trend, który ma przejawiać się dynamicznym wzrostem wydajności i marazmem, a nawet regresją rynku pracy.
Jest to odważne stwierdzenie, ponieważ dotąd ekonomiści uznawali postęp technologiczny i idącą z nim w parze wydajność za gwarant dobrobytu. Okazuje się jednak, że gospodarcza rzeczywistość zaczyna zacierać te zasady. Dane z minionych lat wyraźnie wskazują na wzrost produkcji, rekordową innowacyjność przy równoległym spadku mediany zarobków. Jedną z przyczyn marazmu ma być względnie mała zdolność ludzi i instytucji do adaptowania się do zmian, które niesie szybki postęp technologiczny. Kolejną – zdaniem naukowców – jest automatyzacja procesów produkcyjnych. Wspomnieć przy tym należy, że nie jest ona niczym nowym. Branża motoryzacyjna stosuje ją od kilku dekad. Spawanie, lakierowanie, instalacja niektórych modułów coraz częściej odbywa się bez udziału człowieka. Statystyki wskazują jednak, że w krajach najbardziej rozwiniętych, a nawet tych rozwijających się, w tym Chinach, w sektorze produkcji pracuje obecni mniej ludzi niż w 1997 roku.
To opis przeszłości i tego co dzieje się teraz. Przyszłością zdaniem wielu technofili – i to nie tak odległą, jak się pozornie wydaje – mają być samosterujące samochody. Od wielu lat koncern Google konsekwentnie przeznacza spore środki na prace R&D związane z tą technologią. Jeśli ta zostanie wdrożona, a na drogi wyjadą samochody automaty, to co stanie się z kierowcami zatrudnionymi w sektorze transportowym? Jak zadziała prawo zwiększonej efektywności? Trudno w tej chwili sobie to wyobrazić, tym bardziej, że znajomość faktów skłania do pytań o losy milionów ludzi. W Stanach Zjednoczonych kierowca ciężarówki jest najczęściej wykonywanym zawodem. Również w Europie zatrudnieni w sektorze transportowym mają niemały udział w rynku pracy.
Zdaniem naukowców nowy etap nastąpił również w dziedzinie robotyki. Baxter – „the bluecollar robot” – został przez wielu uznany za jedną z dziesięciu najbardziej przełomowych technologii 2013 roku. Jedną z niekwestionowanych zalet robota jest jego cena. Nie wymaga ogromnych nakładów inwestycyjnych i jest w zasięgu finansowych możliwości średniej wielkości firm. Ma też inne zalety. Jego „mózg” współdziała z popularnym systemem operacyjnym i szybko się uczy, a dzięki rozwiniętej sieci sensorów jest bezpieczny dla otoczenia. Posiadanie tak rzetelnego i opanowanego pracownika jest w dłuższej perspektywie mniej kosztowne niż zatrudnianie zawodnego człowieka. Baxter to dobry przykład na to, że dzięki automatyzacji sztampowa praca będzie w jeszcze większym stopniu przejmowana przez roboty.
Jednak nie tylko niebieskie kołnierzyki mogą czuć zagrożenie. Cyfrowy świat również zaczyna dążyć do podnoszenia efektywności. I to sam z siebie. Nikt oczywiście w tej chwili nie wie, jak będzie to rzutować na nasz przyszły dobrostan. Faktem jest, że dynamiczny rozwój technologii teleinformatycznych umożliwił wirtualnym procesom samo-organizowanie się i komunikację z innymi procesami. Tym samym mogą one ze sobą niejako rozmawiać i tworzyć następne. MacAfee mówi: „Chciałbym być w błędzie, ale brakuje mi pewności tego, co się stanie z ludźmi, czy będą jeszcze potrzebni, jeśli wszystkie te technologie, którymi już dysponujemy zostaną wdrożone?”. Naukowcy MIT nie są odosobnieni w swoich obawach. Podobni im też stawiają pytania o to, co stanie się z tymi, którzy ustąpią miejsca doskonalszym od nich maszynom i algorytmom. Paradoksalnie nawet przy stanie naszej obecnej wiedzy nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy automatyzacja jest przejściowym trendem i czy za jakiś czas wszystko wróci do stanu normalności. Czy przeciwnie, może postępująca wydajność działań gospodarczych wzmocni obserwowane ostatnimi czasy pogłębiające się różnice między wygranymi i przegranymi?
Dziś nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania. Wiemy – choć nie jest to wiedza powszechna – że żyjemy na skończonej planecie o ograniczonych zasobach i możliwościach. Zdrowy sceptycyzm może zatem wskazać nowe kierunki i otworzyć nowe możliwości. Nie powinno się podważać tego, że stare formuły i recepty przestają służyć powszechnemu dobru. Obserwacje i wnioski Stanley Jevonsa znalazły swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Czas pokazał, że udoskonalone, bardziej wydajne technologie spalania węgla nie zmniejszyły wydobycia w Wielkiej Brytanii. Jego spadek nastąpił dopiero z pogorszeniem jakości surowca oraz rosnącymi kosztami pozyskiwania. We wrześniu 2015 w Zjednoczonym Królestwie, kiedy branża przestała być rentowna, nie prowadzi się już wydobycia węgla. Doświadczenia innych oraz nasze – natychmiast na myśl przychodzą chroniczne problemy polskiego górnictwa – dają sposobność otwarcia się na inne możliwości. Tam gdzie zawodzi dogmat efektywności, powinna być przestrzeń na elastyczność.
Wiemy już – i są to doświadczenia coraz liczniejszych grup ludzi – że polikulturowe farmy z bogactwem upraw, kwietne łąki dla pszczół, wolne od orki, nawożenia i intensywnych oprysków, oraz pastwiska dla zwierząt dają w dalszej perspektywie zadowalające rezultaty. Tradycyjni rolnicy niekoniecznie muszą się z tym zgadzać. Podobnie jak zmotoryzowani mieszkańcy przedmieść nie będą popierać publicznych wydatków na przeprojektowywanie miast tak by były przyjazne życiu w nich. W zamian woleliby więcej dróg i w rezultacie więcej korków oraz bardziej zanieczyszczonego powietrza. Również lobby górnicze nie powinno opierać się nowym możliwościom. Węgiel – jak wskazują dane – nie jest kołem zamachowym naszej gospodarki, lecz jej obciążeniem, do tego bardzo brudnym i szkodliwym dla naszego zdrowia. Jesteśmy maruderem w dziedzinie OZE, dlaczego więc drenażu publicznych pieniędzy i społecznej energii skupionej w ostrych tarciach społecznych nie zamienić na tworzenie nowego sektora gospodarki z pożytkiem dla samych górników i całego społeczeństwa? Pisząc nieco w opozycji do stosowanej u nas ekonomii – nie zawsze interes osobisty lub grupowy powinien być nadrzędny względem rzeczywistych, choć nie zawsze jawnych potrzeb szerszej wspólnoty.
Krzysztof Giczewski








