W swoim liście do „Gazety Wyborczej” prof. Turski postawił wyraźną granicę pomiędzy „prawdziwą nauką”, a politycznie motywowanymi manipulacjami IPCC:
Nie wiem, ile takich konfabulacji lub wyrzutek lobbystycznych jest w Raporcie, ale zapewniam czytelników „Gazety Wyborczej”, że w prawdziwej nauce nie liczymy fałszerstw na procenty tekstu.
Ponieważ w liście autor polecił swój artykuł „Brudno, Choro, Bogato - Czysto, Zdrowo, Biednie. Nieprawdziwy dylemat ekologii”, ciekaw byłem jak w porównaniu do krytykowanego IPCC wypadnie zarówno sam prof. Turski, jak i „prawdziwa nauka”. O globalnym ociepleniu są tam raptem dwa krótkie fragmenty, z których pierwszy brzmi tak:
Kilka lat temu raport specjalnego ciała eksperckiego ONZ dotyczący problemu globalnego ocieplenia, został sfałszowany przez przewodniczącego tegoż zespołu celem uczynienia raportu politycznie poprawnym, tj. stwierdzającym odpowiedzialność działalności człowieka za zmiany klimatyczne. Dopiero opublikowany w gazetach list członka tego zespołu eksperckiego Frederica Seitza, byłego Prezesa Narodowej Akademii Nauk USA, zwrócił na to manipulowanie faktami uwagę opinii publicznej. Gorąco zachęcam do zapoznania się z materiałami na ten temat udostępnianymi na stronach internetowych instytutu Marshalla w Waszyngtonie.
Trochę dziwi mnie, że powoływanie się na prace dyplomowe było wg. prof. Turskiego dowodem na „konfabulacje” zawarte w raporcie IPCC, skoro tutaj bez najmniejszych zastrzeżeń poleca materiały ze strony konserwatywnego think-tanku, który z nauką wiele wspólnego nie miał. O miernej jakości zawartych tam materiałów może świadczyć chociażby to, że wbrew temu co twierdzi prof. Turski, Frederick Seitz nigdy nie był członkiem „specjalnego ciała eksperckiego ONZ”, tj. IPCC, i nie uczestniczył w pracach nad drugim raportem, o którym mowa.
Nie można zresztą było oczekiwać, by w nich uczestniczył, skoro jako fizyk ciała stałego nie miał nigdy kontaktu z badaniami klimatu. W czasach o których mowa był już na naukowej emeryturze, więc zajmował się, jako płatny konsultant R. J. Reynolds Tobacco Company, „badaniami” szkodliwości biernego palenia. Próbował go także zwerbować w swoim czasie Philip Morris, ostatecznie jednak uznano, że z racji podeszłego wieku Seitz nie jest wystarczająco „racjonalny” by korzystać z jego usług.
Oskarżenie o „fałszerstwo” wobec głównego autora ósmego rozdziału drugiego raportu IPCC, Bena Santera, Seitz opublikował w Wall Street Journal. Zarzucił w nim Santerowi, że samowolnie wprowadził do tekstu tego rozdziału poprawki, po tym jak jego ostateczna forma została zatwierdzona przez Posiedzenie Plenarne IPCC. Tymczasem poprawki te wynikały z uwag jakie wnieśli recenzenci, i nie wprowadzał ich sam Santer, ale całe grono autorów raportu (z których 40 podpisało list ze sprostowaniem do WSJ), co potwierdził zarówno przewodniczący IPCC, jak i szefowie pierwszej grupy roboczej Panelu. Według logiki prof. Turskiego „fałszerstwo” Santera polegało więc na tym, że wraz z współautorami wprowadzał poprawki do własnego tekstu po otrzymaniu uwag recenzentów, do których miał obowiązek się odnieść.
Drugi fragment z artykułu prof. Turskiego, który przedyskutuję poniżej, jest o tyle ciekawy, że odnosi się do literatury przedmiotu. Możemy więc sprawdzić, jak wygląda według niego „prawdziwa nauka” i „szalenie wyważony tekst naukowy”:
Październikowy numer Climat Research zawiera przeglądowy artykuł grupy meteorologów z Uniwersytetu Harwarda i Instytutu Nauki i Medycyny w Oregonie poświęcony ocenie wpływu wzrostu zawartości CO2 w atmosferze na procesy klimatyczne oraz pewne procesy biologiczne, szczególnie wzrost produkcji roślinnej. Jak wiadomo powszechnym i politycznie poprawnym pewnikiem jest to, że wzrost zawartości CO2 wywołany działalnością człowieka jest odpowiedzialny za efekt szklarniowy i zbliżającą się globalną katastrofę ekologiczną. Krok po korku analizując przeszło 150 pozycji literaturowych autorzy opracowania krok po kroku podważają tezę o wpływie CO2 na wzrost temperatury atmosfery i o tym, że istniejące dane są w stanie wykazać jakikolwiek negatywny wpływ CO2 wytwarzanego przez działalność człowieka. To co, zdaniem Soon’a i współpracowników daje się bezsprzecznie wykazać to wpływ zwiększonej koncentracji CO2 na wzrost roślinności (efekt zazielenienia). Przytaczam (w wersji drukowanej) cztery rysunki z tej publikacji. Niemal 80% wzrostu zawartości CO2 nastąpiło już po inkryminowanym wzroście temperatury atmosferycznej. De facto zmiany w zawartości atmosferycznego CO2 wydają się następować po wzrostach temperatury a nie je poprzedzać. Drugi rysunek pokazuje jedną z najlepszych znanych mierzonych historii zmian temperatury średnio-rocznej pomiędzy 1895 a 1998 r. Pomijając zawarty w opisie rysunku aspekt liczbowy tej analizy zwracam uwagę na to, że nie ma najmniejszej korelacji pomiędzy danymi z okresu niemal deklaracji Massachusetts a dniem dzisiejszym. Trzeci rysunek pokazujący zależność trendu zmiany temperatury w funkcji populacji zamieszkujące okolice pomiaru, wskazuje na to, jak silnie dane używane w analizie globalnych zmian temperatury zależą od przestrzennego rozkładu punktów pomiarowych. (zbyt duży procent punktów pomiarowych używanych obecnie w analizach globalnych znajduje się w tzw. terenach wiejskich). Czwarty rysunek to procentowa zmiana wzrostu rozwoju drzew pomarańczowych w zależności od koncentracji CO2. Polecam wszystkim zapoznanie się z tym szalenie wyważonym tekstem naukowym przedstawiającym złożoność problemu korelacji wpływu drobnych zmian parametrów składu atmosfery na jej dynamiczne i statyczne oraz biologiczne własności tejże.
Brzmi znajomo? Prof. Turski pisze oczywiście o „Environmental effects of increased atmospheric carbon dioxide” Robinsona, Robinsona, Soona i Baliunas, czyli artykule dołączanym do Petycji Oregońskiej F. Seitza.
W swojej pierwszej wersji artykuł RRSB, choć niepublikowany w żadnym czasopiśmie naukowym, udawał formatowaniem publikację z Proceedings of the National Academy of Sciences. Sama amerykańska Akademia Nauk, podejrzewając że autorzy petycji oregońskiej chcą wykorzystać jej autorytet, wystosowała oświadczenie, że nie ma z działalnością Seitza i Robinsonów nic wspólnego.
Druga kwestia, o której trzeba wspomnieć: autorami artykułu nie są „meteorolodzy”, jak wydaje się prof. Turskiemu, lecz chemik Arthur B. Robinson, jego syn Zachary W. Robinson (weterynarz), oraz dwójka astrofizyków z Harvardu, Willie Soon i Sallie L. Baliunas. Sam artykuł – obejmujący swoją treścią zagadnienia z kilkunastu dziedzin nauki – jest jednak tylko przeglądem literatury, czyli streszczeniem wniosków innych naukowców, więc brak doświadczenia badawczego autorów w dziedzinie o której piszą, choć zastanawiający, nie musiałby ich od razu dyskwalifikować.
Oczywiście przegląd literatury powinno się robić rzetelnie, a ten „szalenie wyważony tekst naukowy” takim nie jest. Taktykę autorów może obrazować druga sekcja artykułu „Atmospheric Carbon Dioxide”, poświęcona cyklowi węglowemu:
The concentration of CO2 in Earth’s atmosphere has increased during the past century, as shown in Fig. 1 (Keeling & Whorf 1997). Solid horizontal lines show the levels that prevailed in 1900 and 1940 (Idso 1989). The magnitude of this atmospheric increase during the 1980s was about 3 gigatons of carbon (Gt C) per year. Total annual human CO2 emissions – primarily from the use of coal, oil, natural gas and the production of cement – estimated for 1996 are 6.52 Gt C (Marland et al. 1999).

Czyli wszystko, póki co, w najlepszym porządku. Autorzy przygotowują jednak grunt pod „wątpliwości”:
To put these values in perspective, it is estimated that the atmosphere contains 750 Gt C; the surface ocean contains 1000 Gt C; vegetation, soils, and detritus contain 2200 Gt C; and the intermediate and deep oceans contain 38000 Gt C. Each year, the surface ocean and atmosphere exchange an estimated 90 Gt C; vegetation and the atmosphere, 60 Gt C; the marine biota and the surface ocean, 50 Gt C; and the surface ocean and the intermediate and deep oceans, 100 Gt C (Schimel 1995).
Akapit ten jest oczywiście poprawny, choć można odnieść wrażenie, że celem autorów jest stworzenie wrażenia, że emisje antropogeniczne są zbyt mało znaczące, by liczyły się w cyklu węglowym. Dalej jednak czytamy:
So great are the magnitudes of these reservoirs, the rates of exchange between them, and the uncertainties with which these numbers are estimated, that the source of the recent rise in atmospheric CO2 has not been determined with certainty (e.g. Houghton et al. 1998, Keeling et al. 1998, Peng et al. 1998, Segalstad 1998). Atmospheric concentrations of CO2 are reported to have varied widely over geologic time, with peaks, according to some estimates, some 20-fold higher than at present and troughs at approximately 18th century levels (Berner 1997).
Autorzy sugerują więc czytelnikowi, że nie jest pewne, czy za obserwowany wzrost poziomu CO2 odpowiada człowiek. Na potwierdzenie cytują cztery źródła:
* Houghton RA, Davidson EA, Woodwell GM (1998) Missing sinks, feedbacks, and understanding the role of terrestrial ecosystems in the global carbon balance. Global Biogeochem Cycles 12:25–34
* Keeling RF, Manning AC, McEvoy EM, Shertz SR (1998) Methods for measuring changes in atmospheric CO2 concentration and their application in southern hemisphere air. J Geophys Res 103:3381–3397
* Peng HF, Wanninkhof R, Feely RA, Takahashi T (1998) Quantification of decadal anthropogenic CO2 uptake in the ocean based on dissolved inorganic carbon measurements. Nature 396:560–563
* Segalstad TV (1998) Carbon cycle modeling and the residence time of natural and anthropogenic atmospheric CO2: on the construction of the ‘greenhouse effect global warming’ dogma. In: Bate R (ed) Global warming the continuing debate. European Science and Environmental Forum, Cambridge, p 184–218
Z tych czterech, trzy pierwsze w żaden sposób nie podważają odpowiedzialności naszej cywilizacji za podniesienie stężenia atmosferycznego CO2 – choć mówią o niepewnościach związanych z mierzeniem przepływu węgla pomiędzy poszczególnymi jego rezerwuarami, w szczególności pochłanianiu emisji antropogenicznych przez biosferę i oceany. Podważa ją dopiero autor czwartego cytowanego źródła, geolog Segalstad, którego opinii na ten temat nikt w środowisku naukowym nie bierze poważnie. Ale nawet nie wnikając już w to, kto ma rację, absurdalne jest jednoczesne cytowanie naukowców, których poglądy na ten sam temat stoją ze sobą w jawnej sprzeczności, jako potwierdzenie rzekomo tej samej tezy.
Identyczne oszustwo napotykamy w kolejnym akapicie, gdzie Robinson et al twierdzą że
The observed increases in the atmospheric concentration of CO2 are of a magnitude that can, for example, be explained by oceans giving off gases naturally as temperatures rise (Dettinger & Ghil 1998, Segalstad 1998).
Ponownie napotykamy Segalstada – bo trudno znaleźć innego naukowca, kto miałby zbliżone do niego poglądy na temat funkcjonowania cyklu węglowego – oraz odnośnik do artykułu Dettingera i Ghila. Zaglądamy do niego i – niespodzianka – odkrywamy, że nie zawiera on wniosków, które próbują nam wcisnąć Robinson i spółka. Owszem, jest mowa o sezonowych i wieloletnich wahaniach poziomu CO2, związanych ze zmianami temperatury oceanów i cyklem El Nino, jednak nie mają one nic wspólnego z obserwowanym trendem wzrostowym stężenia CO2, i nie mogą mieć, bo z danych tych, przed dokonaniem analizy, trend wpierw został usunięty.
Takie perełki można znaleźć niemal w każdym akapicie – tyle że w odróżnieniu od izolowanych błędów znajdowanych w raportach IPCC, „błędy” Robinsonów, Soona i Balliunas są wprowadzanymi w systematyczny sposób przekłamaniami wniosków innych badaczy. Jest to zresztą znak rozpoznawczy astrofizyków z Harvardu, bo kiedy w 2003 roku Soon i Balliunas zrobili przegląd literatury paleoklimatycznej, protestowali nie tylko autorzy cytowanych przez nich prac, ale i część redakcji czasopisma, w którym ukazał się artykuł.
Jeśli tak ma wyglądać „prawdziwa nauka”, o której pisze prof. Turski, to ja wolę wersję uprawianą przez IPCC, pomimo wszystkich jej niedoskonałości.
Źródło Doskonale Szare









